pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

 

Kup sobie letni spokój. Bez wychodzenia z domu i bez kosztów przesyłki na terenie całej Polski.

Kup numer letni

Numer letni (3/2020) dostępny jest także w pakiecie z numerem wiosennym (2/2020) za dodatkową złotówkę, bez dodatkowych kosztów wysyłki na terenie Polski.

Kup numer letni i wiosenny
Przekrój
„Jajko i ja” jest wesołą opowieścią o przygodach młodego amerykańskiego małżeństwa. Dla ...
1947-09-14
archiwum

Tydzień na fermie
Jajko i ja

„American Gothic”, 1930 r., Grant Wood/Art Institute of Chicago Museum
Tydzień na fermie
Tydzień na fermie

„Jajko i ja” jest wesołą opowieścią o przygodach młodego amerykańskiego małżeństwa. Dla zapewnienia sobie oraz żonie szczęśliwej i pewnej przyszłości Bob (mąż) kupuje fermę, na której oboje zakłada ją hodowlę kur.

Czyta się 15 minut

Z książek o życiu na fermie nauczyłam się rzeczy, która okazała się fałszywą: że zima jest okresem sąsiedzkości. Wiosną i latem byliśmy zanadto zmęczeni przy końcu dnia, żeby robić cokolwiek poza zwaleniem się na łóżko, ale wyobrażałam sobie, że zimowe wieczory będą wypełnione sąsiedzkimi zebraniami, piciem gorącej kawy i pogaduszkami o zbiorach i o polityce. Okazało się, że myliłam się. Zima była porą roku, w której robiło się wszystko to co zwykle tylko, że zajmowało to dziesięć razy tyle czasu, bo wszystko było zimne i mokre i ciemne; fermer nie myślał o niczym innym, tylko, żeby jak najprędzej skończyć przeklęte obrządki i móc pójść do ciepłego domu i już tam zostać. Żona fermera miała mniej więcej taki sam rozkład zimowych zajęć jak ja. Zajmowało jej to od dwunastu do osiemnastu godzin dziennie, a przedstawiało się jak następuje:

Poniedziałek. Dzień prania

Pranie dla fermerek z gór zmieniało się w rodzaj konkursu, która z nich pierwsza wywiesi na sznurze bieliznę do suszenia w poniedziałek rano. Ale nie dla mnie. Ja miałam swój własny konkurs, mający na celu zobaczenie jak długo uda mi się w ogóle nie prać. Gdy atakowałam wreszcie moje pranie, robiłam to z takim samym poczuciem czczości, jak gdybym starała się wyczerpać ocean łyżeczką od herbaty. W czasie wielkiej wojny Bob był w wojsku, i zamiast wrócić z szokiem, przywiózł ze sobą obsesję, że tyle wody ile się mieści w hełmie, wystarcza na upranie wszystkiego, z kołdrą włącznie. W poniedziałki rano, przy śniadaniu Bob pytał mnie zwykle pogodnie:

— Będziesz dzisiaj prać?

— Tak, mam wielkie, OLBRZYMIE pranie — odpowiadałam z nadzieją.

Wobec tego Bob pogwizdując schodził przez sad do źródła, skąd wracał przynosząc po cztery łyżki wody na dnie każdego wiadra, poczem znikał w lasach, skąd go żadna siła nie mogła ruszyć aż do obiadu. Parę razy odłożyłam pranie aż na popołudnie, ale wkrótce nauczyłam się, że obfitość wody nie wynagradza przeskakiwania przez kosze z bielizną, tarki i deski w czasie gotowania kolacji, ani konieczności wychodzenia z ciepłego domu, żeby rozwieszać mokrą bieliznę po ciemku. Nosiłam więc 99 procent wody na pranie, a jeśli udawało mi się zagrzać ją porządnie i doskrobać ubranie do czysta, to i tak w zimie nic nigdy nie schło, więc co?

Woda była tak twarda, że na dobrą sprawę trzeba ją było łupać ze źródła po kawałku, i nawet kiedy ją mieszałam z mydłem, wychodziła z tego tylko tłusta piana. Jeden dzionek prania w tym płynnym minerale wystarczył, żebym mogła zdejmować skórę z rąk jak rękawiczki.

Nigdy nie mogłam zrozumieć dlaczego wielkie pranie miało dawać kobietom poczucie „dokonania” czegoś. Ja uważałabym, że dokonałam czegoś, gdybym mogła leżeć rozciągnięta na łóżku, podczas gdy ktoś inny by prał.

Wtorek. Prasowanie

Prasowanie nie ma nic wspólnego z ogólnie przyjętymi pojęciami o prasowaniu. Cały proces wygląda mniej więcej tak: bierze się żelazko, które jest zawsze czarne, potem biegnie się do deski do prasowania i uczernia się dokumentnie czystą poszewkę. Potem niesie się żelazko do zlewu, wyciera się je starannie, poczem wystygło ono już na tyle, że nawet uczernionej poszewki nie zdoła wykończyć. Wobec tego kładzie je się znowu na piec, i powtarza cały proces, dopóki mąż nie przyjdzie, pytając gdzie u DJABŁA, jest obiad.

Bob nie uważał mego prania i prasowania za nic nadzwyczajnego, w sposób wysoce irytujący, i ciągle wkładał czyste rzeczy, kiedy tylko udało mu się wyrwać je z moich rąk. Nad wszystkim co uprałam i uprasowałam, czuwałam zazdrośnie, jak pies nad ulubioną kością. Nie chodziło mi wcale o to, żeby Bob zachowywał się jak gentleman na ogłoszeniach z ilustrowanych tygodników i wchodził tanecznie do kuchni, przybrany w kalesony, z czystą koszulą w ręku, wołając: „Białe jak śnieg w tym tygodniu, mała Miękka Rączko!” Chciałam poprostu, żeby sobie zdał sprawę, że utrzymanie nas w czystości wymagało ode mnie długich godzin najcięższej harówki, no i żeby od czasu do czasu powiedział coś na ten temat.

— „Bóg wie, że ty wymagasz pochwał swojej pracy, i że ci ich nie szczędzę, chociaż zachowujesz się tak jakbyś każde jajko musiał dobywać kleszczami” — mówiłam nieraz doprowadzona do ostatniej rozpaczy.

Przez całą zimę, czułam się w ten sposób, we wszystkie poniedziałki i wtorki, kiedy cała robota wydawała się próżna.

Środa. Dzień pieczenia

W każdą środę rzucałam się głową naprzód w jeszcze jedną wielką bitwę z góry skazaną na klęskę: pieczenie chleba. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam jak na wspomnienie kur twarz Boba rozjaśniła się nieprzytomną szczęśliwością, postanowiłam, że stanę się w rekordowo krótkim czasie przykładną żoną fermera. Chleb przyniósł mi pierwszą klęskę.

Legenda mówi, że, przede wszystkim, dobra gospodyni robi własne drożdże, mieląc kartofle i używając JEDNEGO kawałka SUCHYCH drożdży na JEDNO MAŁŻEŃSTWO. Dobra gospodyni utrzymuje drożdże w cieple dodając wody z kartofli i nie pozwalając na wystudzenie się miski z drożdżami. W kilka sekund po wprowadzeniu się na naszą fermę zorientowałam się, że jedynym sposobem na utrzymanie czegokolwiek w cieple cały czas, byłoby wetknąć to sobie za dekolt. Zarzuciłam więc plany robienia drożdży w domu i uciekłam się do podstępu i „kupnych” drożdży.

Chleb z mego pierwszego wypieku był blado żółty. Drugi wypiek okazał się wilgotny i ciągliwy. Na łagodne, ale stanowcze nalegania Boba zabrałam swój bochenek, ciągle jeszcze drżący po porodzie, na diagnozę do sąsiadki. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że ta sąsiadka, Mrs. Kettle, wyjmowała właśnie z pieca czternaście największych, najlżejszych, najbardziej chrupkich bochnów chleba jakie kiedykolwiek w życiu widziałam. Położyłam na stole moją małą, niedokarmioną bryłkę, i wyglądała tak żałośnie przy tamtych opalonych na bronz pięknościach, że z trudem powstrzymałam się, żeby jej nie porwać i, przytuliwszy opiekuńczo do łona, nie pognać biegiem z szybkością czterech mil do domu.

Kettle’owa miała piętnaścioro dzieci i piekła co drugi dzień czternaście bochnów chleba, dwanaście tac bułek, i dwa placki. Była dobrą sąsiadką, cierpliwą żoną i matką oraz dobrą robotnicą, ale była przyziemna i krępująco prostolinijna. Wzięła mój martwo urodzony bochenek ze stołu, wypruła mu wnętrzności, powąchała, wykrzywiła się straszliwie i wyrzuciła go tylnymi drzwiami gromadzie nędznych, wiecznie głodnych kundli.

Śmierdzi to świństwo — powiedziała przyjacielsko, ocierając ręce o brudny fartuch na bujnym biuście.

Przesunęła pięciolitrowy, szary garnek od kawy na przód pieca, i idąc do kredensu po filiżanki, zawołała do mnie:

— Matka Hinckley też miała kłopoty ze swoim chlebem kiedy mieszkała na waszej fermie.

Rozjaśniłam się nieco, myśląc, że może to wina klimatu górskiego, ale Kettle’owa mówiła dalej:

— Ona znowu zawsze zaczyniała swój chleb wieczorem i wszystko było dobrze, nie umiałam powiedzieć dlaczego jej się ten chleb nie udaje. Aż kiedyś poszłam tam do niej i od razu zobaczyłam, gdzie raki zimują. Zamiesiła ciasto, rozpaliła wielki ogień, a potem poszła i kładła się z robotnikiem. Kiedy wróciła do kuchni, chleb był za gorący, i całe drożdże na nic. Twoje drożdże też na nic — zakończyła.

Widząc, że sytuacja wymaga wyjaśnienia, prędko wytłumaczyłam, że nie mamy robotnika, a stodoła przerobiona jest teraz na kurnik. Kettle’owa westchnęła za dobrymi, dawnymi czasami i nalała kawy do filiżanek. Do kawy podała gorące bułeczki cynamonowe, marmoladę malinową i dokładne sprawozdanie z potknięć moralnych całej okolicy. Wyruszyłam do domu dopiero koło południa, z jednym z bochnów Kettle’owej, pełnymi kieszeniami anegdot dla Boba i kilku mglistymi wskazówkami dla siebie.

W czasie długiej drogi powrotnej usiłowałam przecedzić z obfitości folkloru mój przepis na pieczenie chleba. Moja niecka stała się dla mnie odtąd symbolem phallijskim. Miesząc i wałkując oporne ciasto, rozważałam sobie niepowszednie obyczaje moich sąsiadów i zastanawiałam się, przez które okno parobek kiwał na matkę Hinckley, żeby do niego wyszła.

Kettle’owa powiedziała mi, że za wolno pracowałam. „Kupne” drożdże nie powinny nigdy stać przez noc; należało piec chleb szybko i od razu jednego ranka. Przyjęłam więc opętane tempo pracy i piekłam trzy bochenki chleba dwa razy w tygodniu. Cały dom przesiąkał wiejskim zapachem i w listach do domu bardzo często wspominałam od niechcenia mój chleb domowego wypieku, ale istotnym sprawdzianem mojego sukcesu była zwykła reakcja Boba. Bob mówił tylko: „Czy to się będzie krajać?”

Wtorki i środy mogły też być ewentualnie dniami kąpieli. Soboty były obowiązkowymi dniami kąpieli, ale ponieważ przy prasowaniu i pieczeniu paliło się pod piecem cały dzień, więc czasami kąpaliśmy się też we wtorki i środy.

Kąpiele w balii należą do tej samej bolesnej ery, w której robiono operacje brzuszne bez usypiania, kiedy na ospę była lekarstwem melasa i siarka. I Bob i ja, jesteśmy oboje wysocy (Bob ma 188 cm wzrostu), ale nawet w idealnych warunkach, z palącym się piecem, ciepłą, pachnącą wodą i dużymi, suchymi ręcznikami (które w zimie zmieniały się w duże i lekko wilgotne ręczniki) — pozostaje niezaprzeczonym pewnikiem, że jedynym dorosłym człowiekiem, który mógłby się wygodnie wykąpać w balii — jest karzeł.

Mycie się gąbka nad zlewem też nie dawało zmysłom wielkiej frajdy, ale było szybsze i przynajmniej część brudu schodziła.

Czwartek. Dzień porządków

Mycie okien, mycie nóg stołowych, mycie futryn i ram, porządki w kredensie, wszystko to jako dodatek do normalnego mycia podłóg. Robiłam to, choć z pewną niechęcią, bo Bob, którego podejrzewałam, że został spłodzony przez odkurzacz elektryczny, należał do tej rozkosznej starej szkoły mężów, którzy podnoszą materac, żeby zobaczyć, czy mała kobietka odkurzyła sprężyny łóżka. Właściwie to nawet nie oponowałam przeciwko manii czystości u Boba, bo wobec siebie był on równie wymagający i na jego „terytorium” można było upuścić kromkę chleba z masłem i — wszędzie poza kurnikiem — nie odgadnąć, na którą stronę chleb upadł. Była jednak pewna mała robota, która stała się wielką kością niezgody w naszym szczęśliwym domu. Mycie podłóg. Pod koniec tej pierwszej zimy przysięgłam sobie, że w moim następnym domu będą tylko ziemne podłogi, pokryte piaskiem. Przede wszystkim Bob wybrał i położył, starannie i z wielką precyzją, podłogi z białej sosny. Jeden jest tylko rodzaj podłogi, który mógłby się brudzić nieco może łatwiej: z białego aksamitu. Bob zawsze pamiętał o wycieraniu nóg, ale właściwie równie dobrze mógłby był wskoczyć obiema nogami w kupę nawozu i zaraz potem wejść do kuchni. Dzień w dzień skrobałam podłogi wszystkim oprócz własnej szczotki do zębów, a mimo to wyglądały, jakby przez ostatnie cztery lata odbywało się w domu świniobicie.

Codzienne szorowanie podłóg złościło mnie szczerze. Uważałam to za stratę cennego czasu i energii, co w dodatku nie przekazywało niczego dla potomności. Nie umiałam zrozumieć dlaczego z nadejściem sezonu deszczowego nie machnęliśmy po prostu ręką na nasze podłogi. Ale nie, tradycja farm górskich i odkurzaczowe dziedzictwo Boba kazało mi szorować podłogi co dzień — było to zaszczytną oznaką dobrej gospodyni, pracą wykonywaną z zamiłowaniem i obowiązkiem kobiety wobec męża. Im lepiej poznawałam życie dobrej żony fermera, tym więcej powabów widziałam w życiu utrzymanki z dawnych dni.

Piątek. Czyszczenie lamp i szkieł od lamp

Słyszałam wielu niedoświadczonych romantyków, mówiących, że wolą światło świec i lamp naftowych. I że naumyślnie nie założyli elektryczności w swoich letnich domkach. I że (z wyższością) światło świec i lamp naftowych przydawało piękności kobietom. Osobiście, ja gardziłam świecami i lampami. Niebo wyobrażałam sobie jako kulę dziesięciu miljonów watów zwisającą na sznurze pośrodku mojej kuchni. Byłoby mi najzupełniej obojętne, czy wyglądam przytem jakby mnie ktoś właśnie wyciągnął z trumny. Mogłabym wtedy przynajmniej widzieć, a świece mogłyby sobie wracać na torty urodzinowe, a lampy na strych.

Żeby dobrze przyciąć knot trzeba mieć komplet precyzyjnych narzędzi. Nawet wtedy jednak, płomień pali się równo tylko przez chwilę, a potem wyskakuje wąsem w jednym rogu i zakopca szkło. Można wtedy używać połowy światła w jeden z dwóch sposobów: albo z knotem wykręconym do góry i połową szkła czarną, albo z knotem wkręconym poniżej linii światła.

Świece i lampy naftowe mają ponoć sprawiać, że rzęsy kobiet wyglądają długie i cieniste. Jakie rzęsy? Moje powieki były przeważnie tak bezwłose jak kule bilardowe od nachylania się nad lampami, żeby zobaczyć skąd, u licha, biorą się te kłęby czarnego dymu.

Sobota. Dzień zakupów

W zimie Bob wyjeżdżał do miasta jeszcze po ciemku, żeby sprzedać jajka, kupić karmę i nasze zapasy, zabrać pocztę, i kupić papierosy i pisma. Wiosną i latem towarzyszyłam mu z przyjemnością w tych wyprawach, ale zimą mile i mile jazdy ciężarówką w czasie deszczu nie były specjalnie przyjemne, a zresztą wobec wielu takich normalnych wydarzeń jak nawalające kichy, pęknięte sprężyny, zatkane przewody, i tak dalej bez końca, musiałam zostawać w domu, żeby zapalać światła w kurniku gdy tylko zapadł zmierzch.

W niektóre ranki sobotnie, gdy tylko góry połknęły ostatnie odgłosy odjeżdżającego ciężarówką Boba, brałam sobie filiżankę gorącej kawy, butlę z gorącą wodą, papierosa i jakieś pismo, i czując się jak pasożyt i flądra w jednej osobie — wracałam z powrotem do łóżka. Potem, od wpół do siódmej do dziewiątej rozkoszowałam się łamaniem starej fermerskiej tradycji, że uczciwa kobieta leży w łóżku tylko między siódmą wieczorem a czwartą rano, chyba, że rodzi, albo że nie żyje.

Koło czwartej po południu w soboty musiałam zapalić benzynowe latarnie, co było najbardziej przerażającą robotą na świecie i co sprzeciwiało się wszystkiemu czego mnie kiedykolwiek uczono, że jeśli ktoś dłubie się z zapałkami koło benzyny, prosi się po prostu o nieszczęście. Nigdy nie zrozumiałam dlaczego i jak działa benzynowa latarnia i zapalałam zapałkę zawsze z głębokim przeświadczeniem, że powinnam była przedtem posłać po księdza.

Bob tłumaczył mi nieraz cierpliwie cały ten skomplikowany proces, ale mimo to było to dla mnie równorzędne z hinduskimi sztuczkami ze sznurem, i tolerowałam te diabelskie maszyny w pokoju tylko wtedy, kiedy Boba nie było w domu. Wynosiłam je wtedy na deszcz, pompowałam, a potem, przykucnięta za drzwiami szopy, wyciągałam rękę jak najdalej mogłam i zapalałam je. Natychmiast i przez dobre parę przerażających minut, latarnie wybuchały płomieniem i zachowywały się tak, jakby lada chwila miały wybuchnąć, potem, równie nagle, osiadały spokojnie, i sycząc z zadowoleniem płonęły jasnym, białym światłem. Z dwiema latarniami w każdym ręku szłam wtedy przez opuszczony ogród, ignorując żałosne czepiania się uschniętych łodyg kukurydzianych i pomidorowych, drżących na deszczu, aż zawieszałam latarnie w wielkim kurniku, który natychmiast stawał się wesoły i przyjacielski jak salon. Wkrótce przycichały przerażone wrzaski kilku histerycznych młodych kur, i wtedy stałam przez chwilę i czułam jak moja samotność taje w zaaferowanej atmosferze zbiorowego życia.

Podłoga była usłana czystą suchą słomą, grubą na cztery cale, kury podśpiewywały i grzebały, podziobywały się wzajemnie, wskakiwały na żłoby, jadły i gdakały składając jajka. W listopadzie, kiedy cały zewnętrzny świat był ujarzmiony przez dąsające się góry i niekończące się deszcze, one były równie wesołe i beztroskie jak w ciepłe, wiosenne dni.

Potem zbierałam jajka. Zbieranie jajek byłoby jednym wielkim świętem, gdyby kury były na tyle uprzejme, żeby wynosić się z gniazd. Współpraca jednak nie jest jedną z zalet kurzych. W porze zbierania jajek każde gniazdo przelewało się rozpartą szeroko kurą z miną mówiącą: „Zabij jeśli nie szanujesz siwych włosów”. Robiłam wszystko co w ludzkiej mocy, żeby taką kurę wygnać z gniazda: wywijałam kijem, machałam fartuchem, wydawałam głośne i przeraźliwe dźwięki, wabiłam je ziarnem — wszystko na nic. Kura zaciskała zęby, ogarniała jajka i wyzywała mnie do boju. Swoją drogą nie bardzo mogłam ją za to potępiać, bo ostatecznie to były jej dzieciaki.

Z kogutem sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Nie obchodziło go za grosz, nawet gdyby pozbierać wszystkie jajka w kurniku i rzucać nimi jak piłką. Jest mu zupełnie wszystko jedno, jeśli cały kurnik brodzi po kolana w łasicach i krwi. Strząsając pyłek z klapy, spaceruje sobie dookoła, przeskakując z wdziękiem przez jeszcze ciepłe ciało swojej byłej kochanki i szacuje rozpustnym okiem nogę czy pierś następnej zdobyczy.

Bob mówił mi zawsze, że sposób w jaki zabierałam się do zbierania jajek, był z gruntu błędny. Ja sięgałam nieśmiało popod kury i oczywiście one wtedy dziobały mnie po przegubach rąk, a kiedy wyrywałam ręce, rozbijałam jajka, albo nadtłukiwałam je o brzegi gniazd, Bob sięgał władczo i kury oddawały jajka bez sprzeciwu.

Próbowałam i ja przyswoić sobie tę władczą postawę, ale nigdy ani przez minutę nie udało mi się oszukać żadnej kury, i po trzech czy czterech dziobnięciach zmieniałam się w kłębek nerwów, zupełnie na łasce kur.

Bob wracał zwykle z miasta koło piątej. Nic mi już nigdy w życiu nie potrafi dać tak ekstatycznej radości jak pierwszy odgłos jego powracającej ciężarówki. Co parę sekund rzucałam się do okna, żeby zobaczyć zbliżające się światła, aż wreszcie Bob wchodził do domu, wnosząc ze sobą zapach tytoniu, zimna i dworu, obładowany pocztą, gazetami, pismami, papierosami, cukierkami i zapasami. Rozkoszowaliśmy się tymi wieczorami sobotnimi bez miary, paląc papierosy, jedząc, czytając na głos i rozmawiając. Chyba że, jak się to czasem zdarzało, zapomniałam zamówić nafty. W takich wypadkach wyciskałam ostatnią kroplę z bańki i zlewałam wszystkie lampy razem, i wykręcałam jak mogłam knot tej jedynej lampy, która miała zaledwie jedną skąpą filiżankę nafty w sobie. Słabe, skąpe światło, zapocone ściany i zaciśnięte usta i urażone oczy Boba, sprawiały, że wydawało się, iż jesteśmy uwięzieni w starym szybie kopalnianym. Piec uwielbiał tego rodzaju sytuacje i korzystał z nich prędko, żeby zaczernić się dokumentnie za każdym razem kiedy podnosiłam fajerkę; potem korzystając z półmroku, wystawiał swoje drzwiczki tak, żeby mnie kopnąć w łydkę. Bob nigdy nie zrzędził, ale okazywał swoje niezadowolenie ze mnie, wstając od stołu nie przełknąwszy jeszcze ostatniego kęsa i rzucając się na łóżko, prawdopodobnie po to, żeby śnić o dobrych dawnych czasach, kiedy to bijało się żony.

Niedziela

Na wsi niedziela jest dniem, w który wykonuje się dokładnie tyleż pracy, co każdego innego dnia, ale ma się nieczyste sumienie cały czas, bo niedziela ma być dniem odpoczynku.

W niedzielę rano czyściłam ubranie Pieca, usuwając wszystkie plamy z jego kamizelki i marynarki. Widocznie podobało mu się to, bo gotował kury i piekł mięso i nawet dawał nieco ciepła.

Dzięki niedzielnemu usposobieniu Pieca, myłam też tego dnia włosy i próbowałam je czesać modnie, według fotografii z przywiezionych przez Boba w sobotę pism. Niestety mam gęste włosy, z którymi trudno cokolwiek zrobić i wszystkie wysiłki kończyły się jakoś kudłato. Nie robiło to zresztą najmniejszej różnicy, chyba jako rozrywka dla mnie, bo gdy tylko Bob wracał z kurnika, robił niezmiernie obrażoną minę i szybko czesałam się znowu po staremu.

W niedziele zimowe już o pierwszej dom świecił czystością, ja miałam wymytą głowę, a Bob czyste ubranie na sobie i obiad był gotów. Gdyśmy siadali do stołu, jak na dany sygnał, wychodziło zwykle słońce. Świeciło co prawda równie ciepło i rubasznie, jak wiktoriańska stara panna i ciągle uciekało za chmury, jakby szukało tam swojej robótki włóczkowej, wystawiając potem znowu głowę z przepraszającym uśmieszkiem. Zawsze jednak — to było słońce, nie deszcz.

Te minuty niedzielne, których nie trawiłam przy piecu czy przy zlewie, spędzałam ścierając błoto, przyniesione z szopy. Bob pracował rąbiąc drzewo i nosząc wodę. Po kolacji robiliśmy sobie wakacje, ważąc i pakując jajka.

Jeden dzień zimowy następował po drugim i jeden tydzień zimowy po drugim, i jedyną rzeczą zmienną była pogoda. Nic dziwnego, że starzy ludzie wyglądali tak spokojnie — nie mieli się nad czym głowić. Dnie przesuwały się jak twaróg, nie zostawiając smaku w ustach.

Tekst pochodzi z numeru 127/1947 r. (pisownia oryginalna), a możecie Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.


Więcej przygód z amerykańskiej fermy w naszym archiwalnym zbiorze „Jajko i ja”.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy – wesprzyj nas!​​​​​​​
​​​​​​​
Fundacja PRZEKRÓJ

 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!