Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Michał Książek

WIELKIE RŻNIĘCIE

rys. Karyna Piwowarska
WIELKIE RŻNIĘCIE
WIELKIE RŻNIĘCIE

„Nie wpuszczamy, droga w remoncie” – mówi smutnym głosem strażnik leśny gdzieś w lasach między Białowieżą a Narewką. Drogą jechałem wczoraj, w czwartek, kto miałby ją remontować w piątek? Strażnik wyraźnie pilnuje, żeby nikt niepowołany nie dostał się na zrąb, na którym minister Szyszko ma dziś sadzić las. Dotychczas wszystkie wiece z ministrem były otwarte. Tym razem, żeby go zobaczyć, trzeba próbować z drugiej strony, od Narewki. To daleko, ale perspektywa spotkania Specjalisty od Klinów Napowietrzających jest kusząca.

Tymczasem dzwonię do koleżanki, która o Lasach Państwowych wie wszystko. Czy jest jakaś możliwość wbicia się na imprezę z ministrem? „Nie mam pojęcia. Nawet czasopisma branżowe powiadomili dopiero wczoraj”. A skąd ta tajemnicza aura? „Może wstydzą się pokazać zrąb? Panuje opinia, że nie ma wielkich zrębów, tylko jakieś inteligentne rębnie. A tak w świat poszłoby zdjęcie łysej dziury, na której wcześniej rósł stary las”.

„Nie mogę wpuścić, nie ma pana na liście” – słychać znajomy smutek przy drugim posterunku. To nie ma na liście czy droga w remoncie? „I nie ma na liście, i droga w remoncie” – niecierpliwi się funkcjonariusz. Strażników wspiera Dzielna Polska Policja, której znowu nie ma tam, gdzie powinna być. Razem aż czterech mundurowych. Gdy wchodzę pieszo, nikt nie zatrzymuje. Służby właśnie maglują ekologów – tak w puszczy nazywają ludzi sprzeciwiających się wycince starodrzewów. Ich też nie ma na liście.

Mam szczęście: po paru krokach zatrzymuję samochód, który jedzie na miejsce akcji. W środku starszy pan. Mijamy kolejne posterunki straży leśnej. Poza czterema widzianymi dotychczas na odcinku około trzech kilometrów kolejne trzy. A oto majaczy jeszcze jeden. Żadnego remontu drogi nie widać. A jakim to cudem panu udało się wjechać? „Radio Nadzieja, z Łomży” – przedstawia się kierowca i wyjaśnia zasadę działania cudu.

„Dzień dobry, czy jest pan na liście?” pada smutne pytanie, ledwo docieramy na miejsce. „Dzień dobry, radio Nadzieja” – odpowiadam zgodnie z prawdą, wskazując na auto i kierowcę. „A co to za radio?”nie ustępuje strażnik. „Katolickie!”odkrzykuję z radością i ginę w tłumie ludzików ubranych na zielono.

***

„Klin napowietrzający” imponuje. Ma co najmniej dwa hektary. Zgromadzeni na drodze obserwują, jak ważny pan z Dyrekcji Regionalnej Lasów Państwowych w Białymstoku sadzi dąb. Atmosferę psuje wielki napis na ocalałym drzewie: PUSZCZA TO NIE PLANTACJA i zamazane graffiti na pniakach: TU BYŁEM Jan Szyszko. Wokół leśnicy, straż pożarna, straż graniczna, policja, jeden celnik i żołnierz. Normalnie wojna. Kilkoro pstrokatych dziennikarzy przypomina korespondentów frontowych. Tu i tam migają koloratki duchownych. Jan Szyszko nie przyjechał. Może się tego wszystkiego wystraszył? Trudno uwierzyć, że chodzi tu o sadzenie lasu.

A jednak. O 3 tysiące sadzonek dębu. Mistrz Ceremonii, chyba miejscowy nadleśniczy, ogłasza przez mikrofon wspólne sadzenie. Był las, zjadł go kornik, świerki uschły, zostały usunięte. Trzeba posadzić. Podkreśla fakt, że puszcza zależy od człowieka, że przez człowieka była kształtowana i teraz też będziemy ją kształtować. Wszyscy razem. Szpadlami. Z przerwą na posiłek. Wychodzi, że człowiek ważniejszy od gleby i wody dla takiego świerka. Prawie setka ludzi chwyta za rydle. Ruszają kamery, pstrykają dyktafony i aparaty. Podsłuchuję, gdyż podsłuchiwanie jest świętym prawem każdego włóczykija, poety i wszystkich nieproszonych gości świata.

Dzielna leśniczyna Maria sprężystym krokiem przemierza powierzchnię i udziela wywiadów. Jej ton nie jest smutny, o nie, wyraźnie była na innym szkoleniu niż strażnicy. A przesłanie jasne jak świeże trociny: to nie jest las naturalny. To las gospodarczy, kształtowany przez człowieka. Nie tniemy puszczy, ale las gospodarczy, zniszczony przez kornika, po to, żeby go odnowić zgodnie z zasadami gospodarki leśnej. Wtórują jej co niektórzy przy szpadlach: „1000 drzew na minutę!!!” „Tyle ścinacie?” „Nie, sadzimy!”

A mój świat się wali: przez pięć lat studiów leśnych powtarzali nam, że to pierwotny las, ostatni na europejskich nizinach. Perła w koronie, diament w puklerzu i tak dalej. Coś się z nim stało od tamtego czasu? Że zaatakował go chrząszcz? W lesie naturalnym to się zdarza, widziałem na Syberii. Tymczasem leśniczyna okazuje się rzecznikiem prasowym trzech puszczańskich nadleśnictw. „Może i pan posadzi las? Nie lubi pan lasu?” – wbija mi nagle szpilę, trafiając w skrywane od dziecka lenistwo.

Dzwonię do koleżanki, która o Lasach wie wszystko. „Pieśń o tym, że puszcza jest lasem gospodarczym to zielone światło dla pilarzy, ale pod pozorem walki z kornikiem i tak można ciąć dużo. Nawet w drzewostanach stuletnich i starszych, dotychczas objętych moratorium. Bo jest jakaś nowa decyzja nr 51, która pozwala. Tylko nikt poza leśnikami jej nie czytał – Lasy tego nie publikują. A zieloni myślą inaczej”.

Ci, którzy myślą inaczej, właśnie wyłonili się z lasu – musieli przyjść pieszo. Dwóch chłopaków i dziewczyna, a wywołują niemałe poruszenie. Strażnicy leśni zwiększają czujność: strzegą sznurków od tajemniczych rulonów umieszczonych wysoko na drzewach. „Będą chcieli rozwinąć banery!” – słychać ostrzeżenie. Mistrz Ceremonii przemyka z dowcipem: „Idą wariaci, dać im łopatę i sadzonki!”. Jakiś urzędnik z Hajnówki cedzi nieprzyjemnie: „Wziąść szpadli i pogonić tych ekologów!”. Ale na szczęście dziennikarze są pierwsi i witają ich mikrofonami, nie łopatami.

Adam Bohdan z Fundacji Dzika Polska nie wygląda na ekologa mistyka, raczej na przeciętnego Białostocczanina. Ani dredów, ani brody; trochę rozczarowuje jak na wojownika o Dziką Puszczę. Otóż według odpowiednich zapisów drzewostany ponadstuletnie są chronione, a w wielu miejscach tak nie jest. Ten wycięty tutaj, co prawda, nie był stuletni, bo gatunek panujący, czyli świerk, liczył sobie 92 lata, ale pojedyncze drzewa miały 100 lat i powinny być chronione. Dlaczego je usunięto? Nie sadził ich człowiek, a pochodziły z odnowienia naturalnego. Wycięto więc las, w którym były stuletnie i starsze drzewa. Świerki porażone przez kornika, ale i zdrowe dęby, które mogły żyć kolejne 100 lat i dawać młode pokolenie z żołędzi. Zdaniem Bohdana las można było zostawić. Odnowiłby się sam, naturalnie, jak wieki temu.

„Dlaczego ścięto stuletni dąb? Skoro sadzicie tu dęby, to przecież w latach nasiennych mógł wspierać odnowienie” – indaguje rzeczników. „Nie wiem” – rzecze pani rzecznik. „Może zagrażał bezpieczeństwu? Może był przygłuszony?” – rozważa. „Ale wycięto kilkanaście dębów, wszystkie były przygłuszone? Zazwyczaj to dęby przygłuszają i dominują. Dobrze chociaż, że nie było tu orki, a sadzi się w dołek pod szpadel. Dzięki temu układ glebowy i runo tak nie cierpią, są zachowane” – niespodziewanie docenia działanie leśników.

Rozmowy i polemiki powtarzają się, multiplikują. Niektórzy przestają pracować, żeby posłuchać. „Czym palić w piecu? Węglem? Na Podlasiu nie ma węgla” – argumentuje pani rzecznik. „A czemu tniecie stulatki? I decyzja nr 51 nie jest dostępna na stronie GDLP?” – naciskają ekolodzy. „Nie ma jej? – dziwi się druga strona. – Powinna być. Ja ją dostałam, mogę panu streścić co tam jest”. Siłę medialną Lasów Państwowych wspiera jeszcze jeden rzecznik.

Dzwonię do koleżanki, która o lasach państwowych wie wszystko. „Że dwóch rzeczników? Mogli przysłać czterech, bo dyrekcja białostocka ma specjalną komórkę. A tak naprawdę ma sześciu, bo minionej wiosny zatrudniła księdza”. To chyba pięciu? „Nie, sześciu; księdza można liczyć za dwóch”. Trochę jak Biały Konwój Putina dla Donbasu – pomyślało się przez tę militarną atmosferę. Wszyscy mówili o konwoju z pomocą, a w tym czasie Władimir robił tam wojnę. Niby sadzimy las, a w rzeczywistości chodzi o … wielkie rżnięcie?

Żołnierz sadzi z własnej woli, bo chce wesprzeć Lasy Państwowe. Wierzy w prawo: jest ustawa, że ciąć, to ciąć. Strażaka też nikt nie zmuszał. Z policją lepiej nie rozmawiać, jeśli cię nie ma na liście. Tylko jeden zielony ludzik kiwnął, że nie za bardzo można odmówić sadzenia, skoro wszyscy idą. Pewnie, że niektórzy zastanawiają się, co to będzie, jak władza się zmieni. Za las odpowiada leśniczy, nie urzędnik z ministerstwa czy regionalnej. A może polityczne wahadło poleci w drugą stronę i od razu park zrobią w całej puszczy? A tam zarobki o połowę mniejsze. Tu i tam wybuchają śmiechy, na pniaku wyrósł kieliszek, niby jest wesoło. Ale nie wszystkim. Czemuś nie widać nikogo z Białowieskiego Parku Narodowego.

Znałem ten wycięty las. Dąb ze świerkiem. Jego resztki pozostały po drugiej stronie drogi. Zerkam tam zmęczony rozmowami. Taki las nie wygląda za dobrze według drobnomieszczańskich, czyli powszechnych norm estetyki. Świerki w większości usychają. Choć nie od razu, to po około czterech latach gniją i czasem się łamią. Puszcza przypomina tutaj kołymską tajgę opisaną w opowiadaniach Wacława Sieroszewskiego. Dla zwierząt, grzybów i reliktowych mchów to raj. Dla pod-, nad- i leśniczych – katastrofa. Patrzę może trzy minuty. Niby martwy las, a na skraju polany rudzieje rudzik. Strzyżyk strzyże ogonem spod leżącego świerka. W koronach pstryka dzięcioł pstry duży. Rosną młode graby, gotowe tworzyć nową puszczę. Leśnicy nie cenią grabu, pieniędzy z tego mało. A naukowcy mówią, że taki las warto chronić, bo ma system glebowy o tysiącletniej grzybni, a nie do końca wiemy, jak ona funkcjonuje. Bo w dziuplach i na pniach można znaleźć tu nowe gatunki dla nauki, jak ten porost sprzed kilku miesięcy. Bo biologia ptaków i owadów odbywa się tu tak, jak wieki temu. Jerzyki na przykład w miastach zakładają gniazda w otworach wentylacyjnych, a w Puszczy Białowieskiej jak za czasów Jagiełły: w dziuplach. Dla ilu ludzi jest to wartością? I nagle z nieba: „A może pan też posadzi dęba?! Nie lubi pan drzew?!”.

Do samochodu prawie trzy kilometry. Mija mnie białawy od pyłu konwój. Białawy konwój Szyszkina – pomyślało się czemuś. Macham, a tu niespodzianka: pan Leśnik. Pytam więc, czemu taka czujność, czy planowano atak terrorystyczny? „Nieee” – śmieje się i udziela jednej z tych okrągłych odpowiedzi, które zawsze mają w zanadrzu ludzie na poważnych stanowiskach. „Może podwieziemy koleżankę z Greenpeace? – wyskakuję nagle, jak filip z konopi, na widok pieszej. „Wie pan – waha się. – Nieee… Nie mam tam z tyłu miejsca” – smutnieje jakoś, kiedy suniemy sobie suwem przez Puszczę.

Data publikacji:

Michał Książek

Poeta, reportażysta, kulturoznawca i ornitolog. Zdecydowany przeciwnik disco polo w świetlicach i na dyskotekach szkolnych.