pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

 

Kup sobie letni spokój. Bez wychodzenia z domu i bez kosztów przesyłki na terenie całej Polski.

Kup numer letni

Numer letni (3/2020) dostępny jest także w pakiecie z numerem wiosennym (2/2020) za dodatkową złotówkę, bez dodatkowych kosztów wysyłki na terenie Polski.

Kup numer letni i wiosenny
Przekrój
Dzieciństwo jest po to, żeby dzieci mogły robić coś zupełnie innego niż to, co nam się wydaje, ...
2020-03-20 10:00:00

Przeciw wychowywaniu

rysunek z archiwum, nr 401/1952 r.
Przeciw wychowywaniu
Przeciw wychowywaniu

Dzieciństwo jest po to, żeby kolejne pokolenia mogły robić zupełnie nowe rzeczy i postrzegać świat inaczej niż poprzednie – psycholożka i filozofka Alison Gopnik namawia matki i ojców, babcie i dziadków, ciotki i wujów do podejmowania ryzyka: pozwólcie dzieciakom eksperymentować (nawet jeśli chcą zostać stolarzami, a nie lekarzami).

Czyta się 18 minut

Uwielbiam ludzi, którzy wywracają do góry nogami rozmaite stereotypy, utarte przekonania i tzw. niekwestionowane prawdy. Oczywiście pod warunkiem, że czynią tak z troski o naukową i filozoficzną rzetelność. Alison Gopnik, psycholożka i filozofka z University of California w Berkeley, jedna z najwybitniejszych współczesnych badaczek zajmujących się dzieciństwem, bez wątpienia tym się właśnie kieruje. I dlatego jej prace poświęcone umysłom niemowląt (zwłaszcza The Philosophical Baby) oraz – ostatnio – rodzicielstwu (The Gardener and the Carpenter) są tak fascynujące i orzeźwiające.

Gopnik stawia sprawę wprost. Silnie zakorzeniony we współczesnej kulturze mit, w myśl którego rodzice mają na dzieci niezwykle intensywny wpływ, kształtują je niczym wprawne dłonie garncarza, jest nie tylko fałszywy, lecz także szkodliwy. Bycie rodzicem nie polega na zabawie w demiurga, który lepi drugiego człowieka na swój obraz i podobieństwo. Przeciwnie, najważniejsza dla dziecka jest wolność – mówi Gopnik. I dodaje, że wielką wartość wychowawczą stanowi też różnorodność. Im więcej ludzi dookoła, tym lepiej. Nie ma to jak liczna, wielopokoleniowa rodzina, w której dzieckiem zajmują się wszyscy, a nie tylko mama i tata. No i do tego szczypta anarchii, nieporządku, chaosu. To właśnie zapewnia najlepsze środowisko rozwojowe, a nie wyłącznie porządek i dyscyplina.

No cóż, sądząc po kilkunastu płaszczach i kurtkach różnych rozmiarów spiętrzonych na wieszaku w jej domu w Berkeley Alison Gopnik – co dziś rzadkie – podąża w życiu za tym, co głosi. Już od progu wita się ze mną serdecznie i proponuje herbatę. A kiedy znika w kuchni, staram się usilnie dołożyć moją kurtkę do tej piętrowej wieszakowej konstrukcji. I kiedy już wydaje mi się, że jakimś cudem bezpiecznie zawisła, nie zaburzając chwiejnej stabilności układu, objuczony do granic możliwości wieszak z wielkim hukiem wali się na podłogę.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

„Co za wstyd!” – myślę i rzucam się do zbierania wszystkich tych kurtek i płaszczy.

„Nic się nie przejmuj – mówi słynna psycholożka, stając nade mną z kubkiem parującej herbaty. – Odrobina chaosu nikomu jeszcze nie zaszkodziła”.

Oddycham z ulgą i – w przekonaniu, że wytworzyłem właśnie sprzyjające środowisko do ciekawej i twórczej rozmowy – spokojnie zadaję pierwsze pytanie.


Tomasz Stawiszyński: W drodze na spotkanie z Panią zajrzałem do znakomitej księgarni Moe’s Books. Jeden z pokaźnych regałów poświęcony jest w całości „wychowywaniu dzieci” (ang. parenting). Z Pani książek i wykładów wnioskuję, że nie rekomenduje Pani raczej tego rodzaju zakupów.

Alison Gopnik: Zdecydowanie nie. Pierwszy rozdział mojej książki The Gardener and the Carpenter (Ogrodnik i cieśla) zatytułowany jest ­Against Parenting (Przeciw wychowywaniu). Okazuje się, że słowo parenting praktycznie nie występowało w języku angielskim aż do początku lat 70. „Ojciec” i „matka” należą do najstarszych słów w angielszczyźnie, ale utworzony od tego czasownik jest bardzo świeżym wynalazkiem, podobnie jak cały ten pomysł, że wychowywania dzieci trzeba uczyć się z książek. W moim przekonaniu – bardzo zły pomysł.

Dlaczego?

Bo wprowadza w błąd i jest bezużyteczny, zarówno moralnie, jak i praktycznie. Wytwarza nieprawdziwy obraz rodzicielstwa i generuje mnóstwo lęku oraz poczucia winy. A to z całą pewnością nie przyczynia się do poprawy warunków życia dzieci. Rodziców zresztą też.

A zatem czemu stał się współcześnie tak popularny?

Przez większą część ludzkiej historii najmłodszymi członkami rodziny zajmowało się starsze rodzeństwo. W ten sposób najmłodsi mieli zapewnione liczniejsze towarzystwo, a starsi uczyli się sprawowania opieki na długo, zanim sami zostawali rodzicami. Dzisiaj wyrasta pierwsza generacja, której przedstawiciele mają 35 lat i ani razu nie trzymali niemowlęcia na rękach. Bywa, że kiedy tacy ludzie nagle zostają rodzicami, czują się zdezorientowani. Do tego dochodzi jeszcze inne zjawisko. W ostatniej dekadzie mamy do czynienia z intensywnym rozwojem czegoś, co nazwałabym intelektualną i edukacyjną merytokracją. U podstaw leży tutaj przekonanie, że jedyną ścieżką do osiągnięcia sukcesu – a może nawet do przetrwania klasy średniej – jest zdobycie możliwie jak najbardziej rozległego wykształcenia. Doprowadziło to wśród rodziców do swoistego wyścigu szczurów.

Wszyscy starają się, żeby ich dziecko za wszelką cenę uzyskało przewagę nad innymi.

W społeczeństwie feudalnym najistotniejszy był majątek, który się dziedziczyło. Należało się więc postarać, żeby syn czy córka odziedziczyli ziemię. W społeczeństwach epoki industrialnej ważniejsze od ziemi były pieniądze. W naszym postindustrialnym, informacyjnym społeczeństwie liczą się natomiast kompetencje. Kto poradzi sobie najlepiej w szkole, kto dostanie się na Harvard, kto, innymi słowy, najlepiej odnajdzie się w warunkach merytokracji – o to trwa największy wyścig. W związku z tym ludzie nabierają przekonania, że powinni swoje dzieci w ten wyścig wdrażać od najmłodszych lat.

Wyobrażają sobie dokładnie, kim ich dzieci powinny być, i starają się ukształtować je zgodnie z tym wyobrażeniem. Wielokrotnie podkreślała Pani, że jest to najgorszy możliwy model wychowawczy.

Istnieją dzisiaj dwa zasadnicze przekonania związane z dzieciństwem. Po pierwsze – idea, że dzieciństwo, zwłaszcza wczesne, to najważniejszy okres w życiu człowieka. Fundamentalny dla naszego rozwoju. I rzeczywiście nauka to potwierdza. Freud wyprzedził swój czas, dostrzegając, że nawet u bardzo małych dzieci zachodzą skomplikowane procesy mentalne, jednak współczesna nauka wie na temat procesów poznawczych małych dzieci coraz więcej. Po drugie – idzie z tym często w parze przekonanie, że rodzice swoje pociechy w pełni kształtują. Że przez dzieciństwo jesteśmy głęboko zdeterminowani, w szczególności przez to, co zrobili albo czego nie zrobili nasi rodzice. Nie chodzi więc tutaj tylko o to, że jest to okres wyjątkowo ważny, ale że nieodwołalnie kształtują nas wychowanie oraz decyzje, jakie podejmują nasi opiekunowie.

To nieprawda?

Nieprawda. Poza wszystkim jest to mylące zarówno w sensie moralnym, jak i filozoficznym. Zastanówmy się: czym w istocie jest opieka nad drugim człowiekiem? Otóż z pewnością nie powinna ona polegać na tym, że się kogoś kształtuje tak, by uzyskać pożądany efekt. Wchodzimy w rozmaite relacje z ludźmi, ale te bliskie nie powinny być przecież budowane na podstawie konkretnego celu, nie powinny być nigdy nakierowane na coś precyzyjnie zdefiniowanego.

Ciekawa dyskusja toczyła się wokół tych kwestii na przełomie lat 90. i pierwszej dekady XXI w., kiedy ukazały się książki Judith Harris i Stevena Pinkera, w których krytykowali oni psychoanalityczne przekonanie, że rodzice kształtują naszą osobowość. Nic podobnego – powiadali – kształtują nas geny i relacje z rówieśnikami. Psychoanalitycy reagowali na to krytycznie.

Uważam, że żadna ze stron w tym sporze nie stała na gruncie nauki, choć obie naukę chętnie przywoływały. Chodziło tu raczej o spór ideologiczny. Ale badania, które się w tej dyskusji pojawiały, są bardzo ciekawe, szczególnie te związane z genetyką behawioralną. Pytanie jest tutaj następujące: z czego bierze się wysoka różnorodność w populacji? Weźmy grupę czterolatków, spośród ­których część ma gęstsze włosy, a część rzadsze. W jaki sposób koreluje to z gęstością owłosienia ich rodziców? W perspektywie genetycznej zakłada się, że cechy rodziców będą obecne także u dzieci. W perspektywie ewolucyjnej natomiast wcale się tego nie oczekuje. Założenie jest tu takie, że każda kolejna generacja będzie cechować się większą różnorodnością, a zatem bycie dobrym rodzicem nie polega na replikacji własnych cech i zachowań u dzieci, tylko na zapewnieniu im przestrzeni do rozwoju. Niech pan się nad tym zastanowi czysto intuicyjnie. Czy nie jest tak, że odruchowo myślimy dobrze o rodzicach, których dzieci wybrały jakieś zupełnie inne drogi niż oni? Czy nie bywamy pod wrażeniem, kiedy na przykład ojciec jest stolarzem, a jego syn zostaje neuronaukowcem? I odwrotnie. Sama to mogę powiedzieć z własnego doświadczenia – jako matka stolarza, z którego jestem bardzo dumna. Sytuacja, w której matka jest psycholożką, a syn stolarzem, również pokazuje, że dziecko dostało szeroką paletę możliwości. I mogło w sposób wolny wybrać zawód, nie zaś spełniać cudze oczekiwania.

Mogło zrobić coś nowego, coś innego, nieoczekiwanego – i to jest korzystne z perspektywy ewolucyjnej?

Tak. Właśnie dlatego używamw odniesieniu do rodziców metafory ogrodnika czy rolnika. Można oczywiście założyć, że najlepszą strategią z perspektywy rolnika byłaby ścisła kontrola tego, co sadzi w swoim ogrodzie. Tyle że biologia uczy, iż jest to tak naprawdę fatalna strategia. Jednorodna, monotonna uprawa jest mało odporna na niestabilne warunki środowiskowe i kiedy zmieni się pogoda albo przyjdzie jakaś plaga, może po prostu wyginąć. Natomiast kiedy panuje różnorodność, a nawet chaos, wytwarza się większa odporność na nieoczekiwane zmiany warunków zewnętrznych. Wiemy już dzisiaj, że jednym z czynników sprzyjających ewolucji gatunku ludzkiego była zmiana klimatu. Mawiam czasami, że kiedyś to nie ludzkość spowodowała zmianę klimatu, ale raczej zmiana klimatu spowodowała ludzkość. Mamy znacznie bardziej rozbudowane zdolności adaptacji niż inne naczelne. Szympansy są mniej więcej tam, gdzie zawsze były, podczas gdy my skolonizowaliśmy całą planetę – na dobre i na złe. Jeśli więc to wszystko jest prawdą – jeśli długi okres dzieciństwa oraz opieka zapewniają dużą różnorodność – wówczas nie powinniśmy spodziewać się zbyt wielkiej korelacji między cechami rodziców i dzieci. Nie oznacza to, że opieka jest nieważna! Świadczy to tylko o tym, że chodzi w niej przede wszystkim o zapewnienie potomstwu maksymalnie różnorodnych warunków do rozwoju, a nie o uzyskiwanie jakiegoś okreś­lonego rezultatu.

Ale w dyskusji, o którą pytałem, chodziło przede wszystkim o to, co kształtuje naszą osobowość: wychowanie przez rodziców czy raczej geny i wpływ rówieśników.

Generalnie, zarówno w biologii, jak i psychologi, nie sposób wprowadzić jednoznacznego podziału na to, co genetyczne, i na to, co środowiskowe. Nie jesteśmy nawet w stanie stwierdzić pobieżnie procentowego udziału tych czynników. Nawet jeśli weźmiemy tak prosty biologiczny mechanizm jak ekspresja genów – pomiędzy DNA a konkretnym organizmem, który jest jego nośnikiem, działa wiele najróżniejszych procesów środowiskowych. Nadzieja, że się znajdzie odpowiedź na pytanie, czy za naszą tożsamość odpowiadają geny, czy wychowanie, bierze się po prostu z błędnych założeń. To tak, jakby pytać, co sprawia, że rzeczy są gorące. Rzecz w tym, że mamy tutaj dwie kategorie zupełnie różne – temperaturę i gorąco – które ulegają w tym pytaniu nieuprawnionemu przemieszaniu. Inny przykład to pytanie, skąd się bierze życie. Mamy tutaj do czynienia z ogromnie skomplikowaną siecią zależności oraz interakcji między komórkami i całość tych procesów określamy zbiorczo mianem życia. Jednak nie sposób sprowadzić tego do jednej przyczyny. Jest to bardzo kuszące, ale fundamentalnie błędne.

Może więc linię sporu zarysujmy następująco: jedni twierdzą, że rodzice są odpowiedzialni za wszystko, inni – że nie są odpowiedzialni za nic. Pani z kolei uważa, że ani jedni, ani drudzy nie mają racji.

Moja teza jest prosta. Opiekunowie tworzą kontekst, w którym dziecko dorasta. I nawet jeśli faktycznie byłoby możliwe, żeby ukształtować je dokładnie wedle własnych wyobrażeń, byłoby to kompletne sprzeniewierzenie się idei dzieciństwa. Dzieciństwo jest właśnie po to, żeby kolejna generacja mogła robić inne rzeczy i postrzegać świat inaczej niż poprzednia. Ewolucja uwielbia różnorodność. Żeby jednak kolejna generacja mogła osiągnąć tego rodzaju perspektywę, poprzednia musi jej stworzyć sprzyjające warunki. Podczas jednego ze spotkań autorskich ktoś mnie zapytał: „Czy wobec tego wszystko, co moi azjatyccy rodzice zrobili, żebym osiągnął sukces, jest kompletnie bez znaczenia?”. Oczywiście odpowiedź brzmi: ależ skąd! Ludzie są istotami kulturowymi, uczenie się i przekaz kulturowy to jedna z najpotężniejszych sił, które nas kształtują. To właśnie robią opiekunowie. Nie tylko rodzice, nawiasem mówiąc, lecz także babcie, dziadkowie, ciotki i wujowie. We współczesnym społeczeństwie w znacznej mierze utraciliśmy tę szeroką sieć krewnych, wśród których kiedyś wyrastały dzieci.

A zatem w jaki sposób można stworzyć im najlepsze do tego warunki?

Dzieci najbardziej potrzebują bogatego i różnorodnego otoczenia. Takiego, w którym jest dużo różnych materialnych obiektów do zabawy, a także mnóstwo roślin i zwierząt. Ale przede wszystkim otoczenia, w którym jest wielu zainteresowanych nimi i dbających o nie doros­łych, dzięki czemu mogą spokojnie eksplorować wszystko, na co tylko przyjdzie im ochota. Ogromne zadanie do wykonania mają tutaj dalsi krewni, nie tylko rodzice. Zwracam na to szczególną uwagę, może dlatego, że sama jestem babcią. Ale faktem jest, że współcześnie zdajemy sobie coraz bardziej sprawę z tego, iż nie docenialiśmy wystarczająco wartości, jakie do wychowania dzieci wnoszą babcia i dziadek. Dzieci potrzebują kontaktu z ludźmi z pokolenia starszego niż ich rodzice. To jest niezwykle istotne z perspektywy ewolucyjnej. To jest również coś bardzo istotnego dla ludzi w starszym wieku – że mogą opiekować się młodszymi pokoleniami, przekazywać im swoją wiedzę.

Wszystko, o czym Pani mówi, jest jednak w dzisiejszym świecie luksusem dostępnym wyłącznie niewielkiej grupie najlepiej sytuowanych przedstawicieli klasy średniej i wyższej. Tych ludzi stać, żeby zapewnić swoim dzieciom całą tę różnorodność, o której Pani mówi, a tym samym przyczynić się do ich przyszłego sukcesu życiowego. Nie wszyscy mogą sobie na coś takiego pozwolić.

Słuchałam niedawno wywiadu Ezry Kleina [amerykańskiego dziennikarza i blogera – przyp. red.] z Rajem Chettym, bardzo ciekawym ekonomistą. Rozmówcy zastanawiali się, co można zrobić, żeby zmniejszać negatywny skutek oddziaływania nierówności. Otóż trzeba interweniować na wczesnym etapie, na etapie przedszkoli. Powinny one przypominać dawne wioski, w których dziećmi zajmuje się jednocześnie wiele osób. Dobrym przykładem są włoskie przedszkola prowadzone metodą Reggio Emilia. Pracują tam ludzie, którzy są etatowymi nauczycielami, a zarazem odgrywają dokładnie tę samą rolę, co starsi kuzyni, ciotki, wujowie czy dziadkowie. Zapewniają dziecku różnorodne otoczenie, dbają, by mogło je eksplorować bez ograniczeń, pozwalają na wolną zabawę, pilnując tylko bezpieczeństwa. Wiemy dzisiaj, że masowe wprowadzenie takich rozwiązań do powszechnej edukacji przedszkolnej mogłoby znacząco osłabić negatywne skutki nierówności. Mamy na to wiarygodne badania. Co ciekawe, kiedy zaczęto sprawdzać efekty tego rodzaju podejścia, okazało się najpierw, że dzieci, które w wieku przedszkolnym były wychowywane według tego modelu, wcale nie radziły sobie lepiej w szkole. Korzystne efekty były natomiast widoczne po 30–40 latach.

W kilku miejscach podkreśla Pani, że właśnie wiek przedszkolny, około 4–5 lat, okazuje się wyjątkowy, bo nasz umysł jest wtedy najbardziej nastawiony na eksplorację.

Mniej więcej w wieku 4–5 lat następuje szczytowy moment w rozwoju mózgu. Tworzy się wtedy najwię­cej synaps, a mózg zużywa najwięcej kalorii – układ nerwowy pożytkuje ponad 60% energii dostarczanej organizmowi. Dla porównania: w wieku dojrzałym jest to około 20%. Przeprowadzono wiele eksperymentów, z których wynika, że cztero-, pięciolatki fantastycznie radzą sobie ze znajdowaniem nietypowych rozwiązań problemów. Doroś­li są lepsi w konwencjonalnych rozwiązaniach, są przy tym oczywiście szybsi, skuteczniejsi i potrafią się lepiej koncentrować. Dzieci natomiast osiągają znacznie lepsze wyniki, jeśli chodzi o rozwiązania zaskakujące i nieprzewidywalne. Ma to, rzecz jasna, sens z ewolucyjnego punktu widzenia. System, który jest generalnie szybszy, efektywniejszy i lepiej skoncentrowany, będzie wynajdywał statystycznie bardziej bezpieczne i oczywiste rozwiązania danego problemu, nie zaś tracił czas na poszukiwanie alternatywnych ścieżek. Z kolei system jeszcze w pełni nieukształtowany może sobie pozwolić na więcej wolności.

Najlepiej, gdyby udawało się to jakoś zrównoważyć…

Jedna z interpretacji mówi, że przestrzenią takiego równoważenia jest właśnie rozwój. Istnieje także wiele wypracowanych na gruncie kultury rozwiązań pomagających uporać się z tym napięciem. Weźmy religię. W wielu kulturach istnieją określone rytuały, w ramach których człowiek udaje się na odosobnienie, przyjmuje jakieś halucynogenne rośliny, bębni przez całą noc albo robi rozmaite inne – z perspektywy zewnętrznej kompletnie niepraktyczne – rzeczy. Tymczasem polega to właśnie na tym, że powraca się niejako do dziecięcego stanu umysłu – po to, żeby uzyskać nowe spojrzenie na aktualne problemy. Tego rodzaju techniki stosuje się też w zarządzaniu organizacjami. Świeżość spojrzenia dzieci polega również na tym, że nie mają jeszcze odpowiedniej wiedzy o funkcjonowaniu świata. Daje im to unikatowe spojrzenie na różne sprawy, które czasem może zaowocować niesłychaną innowacją. Dlatego do zespołów eksperckich pracujących w danej dziedzinie zaprasza się często specjalistów z zupełnie innych pól – właśnie po to, żeby spojrzeli na problem z nieoczywistej strony. Zresztą każdy z nas od czasu do czasu doświadcza czegoś podobnego, np. kiedy znajduje się w sytuacji, której kompletnie nie rozumie. Wówczas stajemy się jak dzieci – całkiem niemetaforycznie. I możemy starać się to wykorzystać w celach kreatywnych. Oczywiście, wszystkie te wspaniałe czterolatki nie byłyby w stanie wpadać na niesamowite pomysły i zadziwiać nas swoją kreatywnością, gdyby mnóstwo dorosłych nie przygotowywało im codziennie kanapek. I nie dbało o ich edukację. Mimo wszystko nie chcielibyśmy jednak, żeby to czterolatki rządziły państwem albo prowadziły biznes.

Okres dzieciństwa to także czas wielu trudnych, często traumatycznych doświadczeń. Czy faktycznie tego rodzaju przeżycia naznaczają nas na całe życie? W jaki sposób możemy sobie radzić z negatywnymi wspomnieniami z najwcześniejszych lat?

Z dostępnych badań wynika, że najważniejszy jest stopień świadomości. Ludzie, którzy niewiele ze swojego dzieciństwa pamiętają albo opowiadają o nim z wykorzystaniem ogólnych formuł, z większym prawdopodobieństwem będą bardziej wrażliwi na doznane we wczesnym wieku krzywdy. Natomiast ci, którzy potrafią spojrzeć w przeszłość i zdefiniować sytuację, w jakiej się znaleźli, zrozumieć jej przyczyny i przebieg, znacznie lepiej radzą sobie z tego rodzaju doświadczeniami. Zarówno teorie zajmujące się mechanizmami przywiązania, jak i teorie poznawcze zgodnie twierdzą, że istotnym elementem dojrzewania jest wykształcenie umiejętności tworzenia wewnętrznych modeli rzeczywistości oraz ludzi, z którymi wchodzi się w kontakt.

Pisze Pani, że dzieci są małymi naukowcami, którzy nieustannie stawiają hipotezy, testują je i tworzą teorie.

Przede wszystkim są małymi psychologami. Wprawdzie jeśli chodzi o rozumienie tego, czym są bliskie relacje, mają do dyspozycji jedynie własnych rodziców. Niektóre badania wskazują, że większa liczba blis­kich osób pozwala zdecydowanie lepiej się rozwijać pod tym względem. Generalnie im więcej możliwości, tym lepiej. Wydaje się, że depresja i lęk biorą się właśnie z zawężenia pola możliwości. W depresji człowiek przeżywa siebie wyłącznie jako okropnego i beznadziejnego, w lęku widzi przed sobą tylko najgroźniejsze scenariusze. W obu przypadkach jego perspektywa jest radykalnie zawężona. Kiedy będzie w stanie dostrzec więcej opcji – dzięki terapii albo medytacji – zyska możliwość wydobycia się z tych jednostronnych stanów. Tego rodzaju mechanizmy mogą oczywiście pomóc również osobom, które cierpią z powodu trudnych doświadczeń w dzieciństwie.

Przyzna Pani, że coś osobliwego dzieje się z dzieciństwem w zachodniej kulturze. Z jednej strony mamy przekonanie o jego centralnej roli, a także o szczególnej wrażliwości ludzi na tym etapie rozwoju. Z drugiej – o czym wcześniej Pani wspomniała – wprzęga się dzieci w wyścig o prestiż społeczny, podaje się im leki, żeby lepiej radziły sobie w szkole, oczekuje się od nich kompletnie nierealistycznych rzeczy. Z trzeciej – dzieci są wtłaczane w rolę dorosłych, wystawiane w konkursach piękności, dosłownie połykane przez show-biznes.

W kulturze amerykańskiej – a więc w kulturze jednego z najbogatszych krajów świata – widać ten paradoks gołym okiem. Z jednej strony mamy przedstawicieli wyższej klasy średniej, którzy żyją w nieustającym lęku i poczuciu winy, wydają miliony dolarów na warsztaty i książki o rodzicielstwie, a przede wszystkim na edukację swoich dzieci. Z drugiej zaś mamy więcej dzieci żyjących w ubóstwie niż jakikolwiek inny zachodni kraj. Przy czym problemem jest tutaj nie tylko bieda, lecz także izolacja. Brak społecznych więzi. Mnóstwo dzieci dorasta praktycznie bez opieki. Są na przykład wychowywane przez samotną matkę, która jest zmuszona do nieustannej pracy i nie ma czasu się nimi zajmować. Pod każdym względem ich dzieciństwo jest zdeformowane. Jest jeszcze jedna ważna rzecz: obsesja na punkcie bezpieczeństwa, z powodu której dzieci chroni się przed jakimkolwiek ryzykiem.

To widać zwłaszcza na kampusach uniwersyteckich. Nawet kontakt z poglądami innymi od własnych bywa postrzegany jako opresja.

Dane pokazują, że dzisiejsi nastolatkowie są znacznie mniej skłonni do zachowań ryzykownych niż ich rówieśnicy sprzed dwóch, trzech dekad. Widać to na wielu poziomach – jest mniej nastoletnich ciąż, spożycia narkotyków, zachowań przestępczych. Zarazem jednak wyraźnie wzrósł poziom zaburzeń lękowych.

Dlaczego?

Lęk pojawia się między innymi wskutek braku zdolności do realnej oceny ryzyka. Jeśli pozwala się dziecku podejmować ryzyko i dzięki temu osiągać sukcesy, uczy się ono funkcjonować bez lęku. Wie, że potrafi sobie radzić z zagrożeniem. Kiedy natomiast nie pozwala mu się podejmować żadnych ryzykownych zachowań, nie będzie miało możliwości, żeby samodzielnie z nim sobie poradzić. W jednym z najbardziej klasycznych psychologicznych eksperymentów stawia się szczura przed dwoma tunelami. Kiedy idzie w prawo, zostaje porażony prądem, kiedy w lewo – dostaje jedzenie. Już po pierwszej rundzie szczury wybierają wyłącznie tunel z jedzeniem.

Bardzo sensowna strategia.

Tak, chociaż ma swoje wady. Bo jeśli szczur nigdy więcej nie pójdzie tym pierwszym tunelem, nie przekona się, czy aby następnym razem nie pojawi się tam jedzenie albo czy nie spotkają go tam inne korzyści. Okazuje się jednak, że młode szczury zachowują się inaczej niż dorosłe. Mianowicie chętniej wybierają tunel, na którego końcu czeka ich porażenie prądem. Jest tylko jedno „ale” – robią tak wyłącznie w obecności matki. Podobny mechanizm działa u trzy-, czterolatków. Chętnie podejmują ryzykowne zachowania, jednak tylko w obecności opiekuna. To dla nich sygnał, że wszystko w porządku i sytuacja jest bezpieczna. Proszę sobie jednak wyobrazić, że opiekun – albo mama szczur – krzyczą nieustannie: „Nie, nie, absolutnie tego nie rób, to niebezpieczne!”. W ten sposób wytwarza się lęk. Dlatego właśnie najlepszą metodą terapii fobii jest – paradoksalnie – ekspozycja na to, czego się boimy. Jeśli boisz się węży, to żeby pozbyć się lęku, przebywaj z wężami. Po pewnym czasie przekonasz się, że nic strasznego się nie dzieje.

Zatem w tej kombinacji zmniejszenia liczby ryzykownych zachowań i wzrostu poziomu lęku u młodych ludzi nie ma nic zaskakującego.

To zrozumiałe, że te dwie kwestie idą w parze, zwłaszcza u dzieci pochodzących z klasy średniej i wyższej. Weźmy analogię – wzrost występowania alergii wiąże się bezpośrednio z nadmiarem higieny. Układ odpornościowy potrzebuje odpowiedniego treningu i jeśli mu się go nie zapewnia, staje się nadwrażliwy, rea­guje nawet w momencie, kiedy nic mu nie grozi. Z lękiem jest tak samo. Jeśli komuś brak odpowiedniej iloś­ci doświadczeń przezwyciężania obaw i radzenia sobie z przeciwnościami, jego psychika zacznie reagować nawet wtedy, kiedy nic złego się nie dzieje. Tego rodzaju sytuacja jest specyficznym wyzwaniem, przed którym stoją dzisiejsze pokolenia młodych ludzi, szczególnie tych pochodzących z lepiej sytuowanych rodzin. Niewątpliwie lęk ich rodziców – żeby przypadkiem nie zaszkodzić karierom swoich dzieci – jest tutaj istotnym czynnikiem.

Ale system ekonomiczny, w którym żyjemy, jest niezwykle brutalny. Zwyczajne przetrwanie staje się jednym z głównych celów wielu ludzi. Nic dziwnego, że rodzice obawiają się o losy swoich dzieci.

Ludzie zawsze chcieli, żeby ich dzieci odnosiły sukcesy, jednak ten ograniczony, wąski, jednostronny model, o którym rozmawialiśmy, przynosi więcej szkody niż pożytku.


Alison Gopnik:

Psycholożka i filozofka, znana przede wszystkim z badań nad rozwojem poznawczym dzieci. Autorka wielu książek, m.in. wydanych po polsku Naukowiec w kołysceDziecko filozofem. Ma troje dzieci, troje wnucząt i pięcioro rodzeństwa.

 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!