Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 7 „Przekrojowych” tekstów oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Turystyczne lustereczko, powiedz przecie, czego, a właściwie kogo brakuje w największej buddyjskiej ...
2017-03-20 00:00:00
Turystyczny savoir-vivre

Kto ukradł świątynię?

zdjęcie: Indra Dewa/Unsplash
Kto ukradł świątynię?
Kto ukradł świątynię?

Turystyczne lustereczko, powiedz przecie, czego, a właściwie kogo brakuje w największej buddyjskiej świątyni na świecie?

Gdy w Biskupinie powstawały kilkumetrowe drewniane płoty warowne, władcy z dynastii Śailendrów postanowili zbudować w centralnej Jawie świątynię z ociosanych kamieni pochodzących z pobliskich kamieniołomów. Wydobyto z nich 55 000 m³ budulca. Kamienie te były tak doskonale wycięte i dopasowane, że ułożono je bez żadnej zaprawy cementującej – jeden na drugim, aż na wysokość 12. piętra. A na kamieniach znajduje się ponad 500 doskonale wyrzeźbionych posągów Buddy i kilka tysięcy reliefów opowiadających splecione historie wiary i władzy. Wnętrze skrywa zaś specjalnie zaprojektowany system kanalizacyjny, odprowadzający wodę podczas corocznych monsunowych burz.

Ten architektoniczny majstersztyk nazywa się Borobudur i jest największą buddyjską stupą na świecie. Lonely Planet zaczyna opis tej budowli kusząco: „To właśnie Borobudur na Jawie – wraz z Angkor Wat w Kambodży i Baganem w Birmie – powoduje, że pozostałe spektakularne świątynie Azji Południowo-Wschodniej wydają się niemal przypadkowe”.

Dimas Saputro, student ostatniego roku historii, który wychował się tuż obok Borobudur, ma jednak z tym opisem pewien problem. „To jest święte miejsce, to powinna być świątynia. Ale już nie jest, ukradli nam ją. Teraz oficjalnie nazywa się to atrakcją turystyczną”.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

7 to nadzwyczajna liczba w numerologii – w Chinach brzmi podobnie do słowa „pewny”. U nas masz siedem pewnych i bezpłatnych artykułów do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Jeszcze zanim świątynia została skradziona, na siedem stuleci zniknęła z map świata z zupełnie innego powodu. Po prostu o niej zapomniano. Gdy na Jawie zatriumfował islam, zaczęła porastać coraz gęstszą dżunglą.

Przed 203 laty na ruiny w dżungli natrafił korpus ekspedycyjny Thomasa Rafflesa, brytyjskiego kolonizatora, późniejszego założyciela Singapuru. Wiadomość o kamiennym gigancie szybko obiegła świat i rozbudziła wyobraźnię bywalców najważniejszych imperialnych salonów. Znalezisko zaczęto mierzyć, opisywać, z czasem restaurować, no i oczywiście rabować. Zaczęli też przybywać buddyści. A świątynia z dekady na dekadę piękniała, będąc częścią codziennego życia mieszkańców okolicznych wiosek, atrakcją dla przybywających od czasu do czasu turystów, szansą na zarobek dla straganiarzy i sprzedawców przekąsek.

Aż nastał rok 1973. Nagle wokół Borobudur zbudowano wielki płot, za którym zaczęła się formować nowoczesność. Wysiedlono świątynnych sąsiadów, przegoniono mnichów, wyrównano teren buldożerami i archeologicznymi łopatami, a świątynię rozebrano i zbudowano niemal na nowo. Po 10 latach prac w płocie pojawiła się wyrwa, w której zamontowano budki z kasami i pewnego dnia hucznie otworzono Turystyczny Park Borobudur.

Nowoczesność – ze swoim poddańczym stosunkiem do ludzkiego rozumu i stworzonych przez niego systemów społecznych, politycznych i ekonomicznych – jest również fundamentem turystyki. Turystyka z kolei ofiarowała rodzącej się w oświeceniu nowoczesności możliwość definiowania na nowo świata. To właśnie wtedy większość cudzych świątyń i rytuałów zaczęła zmieniać znaczenie i w wyobraźni nowoczesnych ludzi przemieniać się w turystyczne atrakcje.

Dean MacCannell, autor jednej z najważniejszych książek o turystyce Turysta. Nowa teoria klasy próżniaczej, tak opisywał ten mechanizm: „W krajach rozwijających się niektóre z najważniejszych atrakcji turystycznych wyłączono z ich oryginalnego kontekstu społecznego i religijnego, odbierając im pierwotne znaczenie po to, by mogły jawić się jako majestatyczne pomniki”.

Z czasem w sukurs turystyce przyszło UNESCO, które z europocentrycznym zacięciem zaczęło definiować światowe dziedzictwo ludzkości. W konsekwencji o wiele częściej stawały się nim budowle niż zwyczaje, spuścizna martwa niż ta żywa i zmieniająca się. Nowocześ­ni ludzie dziedzictwo widzieli bowiem przede wszystkim w pomnikach i zabytkach, a nie w pieśniach, potrawach czy językach.

Wraz z zamontowaniem kas indonezyjski rząd ogłosił, że po renowacji buddyści nie mogą już używać świątyni do zbiorowych ceremonii. Jest ich za wiele i co chwila trzeba by Turystyczny Park Borobudur zamykać dla zwiedzających, którzy pragną obcować z dziedzictwem ludzkości. Buddystom pozwolono modlić się we wspólnocie tylko raz w roku – w czasie święta Waisak. Na prywatne medytacje muszą zaś zakupić turystyczny bilet.

Zostali wyrzuceni ze świątyni nie tylko fizycznie, lecz także symbolicznie. Każde muzeum oparte jest na jakiejś opowieści. Naturalną opowieścią tego muzeum powinna być historia indonezyjskich buddystów. Tymczasem nie ma o nich ani słowa. Cała muzealna narracja jest zbudowana na historii wielkiego czynu archeologicznego, jakim była rekonstrukcja świątyni, i na kilku reliefach, które przedstawiają statek i są rzekomo dowodem na zapomnianą historię indonezyjskiego żeglarstwa. W pawilonie obok stupy znajduje się nawet rekonstrukcja żaglowca sprzed 1200 lat.

W tym roku do Borobudur przyjedzie 3,5 mln turystów. Prawdopodobnie będą tak bardzo przekonani, że zwiedzają największy na świecie buddyjski budynek świątynny, że nawet nie zauważą, że nigdzie nie ma gospodarzy tej świątyni – ubranych na pomarańczowo i ogolonych na łyso buddyjskich mnichów.

Dlatego Dimas Saputro miał problem z tym sformułowaniem. Powiedział jednak jeszcze coś: „To dziedzictwo wszystkich Indonezyjczyków i turystów – po czym dodał szybko – trochę bardziej jednak mieszkańców okolic Borobudur, a w szczególności buddystów”.

Jadąc obejrzeć jedno z najwspanialszych „dziedzictw ludzkości" w Azji Południowo-Wschodniej, warto odpowiedzieć więc sobie najpierw na pytanie: kto ukradł świątynię? I odpowiedzi poszukać w turystycznym zwierciadle. Bo być może mamy mniejsze prawo do przebywania w Borobudur niż ci, których tam nie ma. A być może ich tam nie ma, bo ukradziono im świątynię w naszym turystycznym imieniu.
 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!