Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Anna Rembowska

Czy da się uratować święta?

Francis William Edmonds "Przygotowanie do świąt (skubanie indyków)"/ zbiory Met Museum
Czy da się uratować święta?
Czy da się uratować święta?

Połowa grudnia. Przedświąteczna krzątanina w pełni. Dzieci ukryte w dorosłych czekają na śnieg i boją się, że znów może nie być magii. Że mimo, że wszystko się uda, znów będzie tak, jakby nic się nie wydarzyło. Choć przecież święta, tak nasycone nadzieją, wydarzą się, kolejny raz.

Przed świętami w gazetach pojawia się wiele artykułów o tym, jak uniknąć rozczarowania nimi. Jak nie dać się wybujałym oczekiwaniom, że będzie to magiczny i doskonały czas. Jak samemu wyczarować sobie tę magię. To problem wielu domów, w których nie ma na co dzień ani samotności, ani biedy. Dotyczyć może nawet tych, w których obchodzi się te święta religijnie, co, teoretycznie przynajmniej, powinno zagwarantować upragniony sens. Żeby te święta coś znaczyły. Coś zmieniały. Żeby zaraz po rozpakowaniu prezentów albo po powrocie z pasterki czy wypiciu kieliszka nalewki na trawienie po uroczystej kolacji nie ogarnęła nas panika, że jest już po wszystkim i… nic się nie stało. Na co czekaliśmy?

Święta Bożego Narodzenia poprzedza czas adwentu, „radosnego oczekiwania na przyjście”. Wiadomo czyje. Nie wszyscy wierzą, ale prawie wszyscy oczekują. Chcieliby radośnie. Ale czy można i jest na co radośnie oczekiwać, kiedy jest już po pierwszym śniegu, i po drugim? Kiedy od ponad miesiąca w sklepach i telewizji świąteczna orgia? Kiedy za kilka dni najkrótszy dzień roku, a wielu z nas trapi zmęczenie, niepokój i przeczucie klęski?

*

Co roku grudzień to miesiąc, w którym najwięcej wydajemy na uszczęśliwianie innych i pomaganie: wigilia dla samotnych starszych ludzi, koce do schroniska dla zwierząt, paczki dla potrzebujących rodzin… Rozglądamy się dookoła uniesieni nagłym poczuciem, że to, co robimy, może dla kogoś coś znaczyć. Może coś zmienić, choć na chwilę. Ale i to przestaje wystarczać. I nie tylko dlatego, że każdy z nas wie, że nie zdoła pomóc, choćby w swojej okolicy, wszystkim potrzebującym schronienia, uwagi, wsparcia. I nie tylko dlatego, że gdy się już raz zacznie pomagać na poważnie i pozna owoce swojego zaangażowania, ma się ochotę wszystko zostawić i robić tylko to, bo nagle wydaje się, że tylko to naprawdę ma sens. Co roku jesteśmy zaskoczeni mocą oddziaływania swoich, nawet drobnych, gestów, a jednocześnie bezradni wobec procesów zataczających coraz większe kręgi i wdzierających się coraz mocniej w nasze życie.

Może to dlatego, że nie ma już nadziei na lepsze jutro ani przekonania o tym, że przyszłość to postęp i może być tylko lepiej, bo przecież żyjemy w najlepszym ze światów, który na swoich błędach nauczył się już wszystkiego. W mijającym roku wyraźnie zobaczyliśmy, jak łatwo z życia w normalnym kraju i mieście, do których inni przyjeżdżają na wakacje, stać się nędzarzem błagającym o kawałek dachu nad głową i chleba dla swoich dzieci w obcym mieście. Jak łatwo stracić życie w rozpaczliwej drodze do jakiegokolwiek miasta, na które nie spadałyby bomby. Wielu jest w Polsce ludzi, którzy są tym agresywniejsi, im bardziej odpychają od siebie myśl, że i ich mogłoby to spotkać. I ich, i nas wszystkich. I spotka nas. Nasz adwent to czekanie na katastrofę. Trwa on już cały rok i zaczyna do nas docierać, że może trwać całe nasze życie. Niestabilność polityczna i gospodarcza, rosnące w siłę ruchy populistyczne, rządy łamiące prawo i cofające swoje państwa w czasy przedracjonalne i przedoświeceniowe, zaprzepaszczające zdobycze demokracji i wolności, budzące demony nacjonalizmu, nienawiści i retorykę rewanżu i nowej mocy. Do tego jeszcze mamy buntującą się przeciw naszemu wyzyskowi naturę i, co za tym idzie, konturów nabiera majaczące widmo walk o zasoby tak podstawowe, jak przestrzeń do życia, woda, surowce naturalne, żywność. Czy to nie wystarczy, by się przewlekle niepokoić?

Liczy się wszystko, co zrobimy, ale ważniejsza jest zmiana perspektywy. Wtedy to, co zrobimy, będzie czemuś służyć i będzie przywracać nam poczucie sprawczości.  Co można zrobić przed świętami, żeby przyniosły nadzieję i zmianę, a nie tylko pustkę w sercu i kolejny debet na karcie kredytowej? Zaangażować się we własne życie.

Przejrzeć rzeczy, które posiadamy. Wszystkie. Zbędne oddać tym, którzy ich potrzebują, wymienić się, sprzedać. Zastanowić się, co jest nam potrzebne naprawdę i nakleić na kieszonkę portfela karteczkę „Czy ty tego potrzebujesz?”, na którą spojrzymy przed każdym kolejnym zakupem. Segregować śmieci. Jeść mniej mięsa. Zakręcać wodę. Gasić światło. Sprzątać po sobie. Zawsze, zanim coś wyrzucimy, spróbować naprawić. Majsterkować. Dbać o swoje otoczenie. Najlepiej wspólnie z sąsiadami, RAZEM. Jednoczyć się, by pomagać i wyrażać sprzeciw wobec tego, co szkodzi i krzywdzi. Uwierzyć, że możemy naprawdę dużo. Że przyszłość jest już teraz i tylko teraz możemy mieć na nią wpływ. Inwestować w umiejętności, nie w rzeczy. Będąc przygotowanym do drogi, doceniać jeszcze bardziej to, co mamy i co, być może, kiedyś przyjdzie nam opuścić. Być przytomnym i reagować na każde zło, każdą prośbę o pomoc, na którą możemy odpowiedzieć. Dziękować codziennie za wczoraj i dziś i mieć nadzieję na jutro. I tak trzymać.

W jednej z instytucji, z którą współpracuję, szefostwo ogłosiło bożonarodzeniowy konkurs z nagrodami. Pytaniem, na które trzeba odpowiedzieć w krótkim e-mailu, było: „Gdybyś spotkał Świętego Mikołaja, co byś mu powiedział?”. Nie wzięłam udziału w konkursie, bo nie zdążyłam, ale to chciałabym Mikołajowi powiedzieć:

Drogi Mikołaju,

Gdybym Cię spotkała, chciałabym Cię prosić, abyś sprawił, że ludzie będą dla siebie życzliwi i będą myśleli o sobie nawzajem – wtedy będziesz mógł trochę odpocząć, bo część Twoich zadań z przyjemnością wezmą na siebie. Chciałabym Cię prosić, żeby udało mi się zainteresować mojego synka czytaniem książek, rysowaniem, sadzeniem roślin i dbaniem o zwierzęta, bo myślę, że to wszystko może dać mu siłę i poczucie bezpieczeństwa. Proszę Cię, żeby nasze przyjaźnie trwały i pojawiały się nowe. Żebyśmy byli dla siebie ważni i rozumieli, że nic ważniejszego nie ma. Żebyśmy potrafili dalej odkrywać, cieszyć się i wierzyć, że budujemy swój świat, niezależnie od tego, ile o nim wiemy. Jeżeli to możliwe, niech każdy codziennie czymś się wzruszy, za coś podziękuje, czymś się zachwyci, a pod koniec dnia zapyta siebie: czy zrobiłem dziś wszystko, co mogłem? Czy nie skrzywdziłem dziś nikogo? I jeszcze, Mikołaju, dziękuję. Wesołych Świąt!

Data publikacji:

Anna Rembowska

Z wykształcenia reżyserka, literaturoznawczyni i psycholożka kliniczna. Dyrektor artystyczna Wydawnictwa Telewizji Kino Polska w latach 2008-2017, redaktorka, tłumaczka. Obecnie współpracuje z FINA, Newsweekiem Historia i TVN. W przyszłości chce zostać psychoterapeutką, stolarzem i ceramikiem.