Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii.
Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie
zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Stach Szabłowski

Zegar z ludzkiej skóry

mat. prasowe
Zegar z ludzkiej skóry
Zegar z ludzkiej skóry

Galeria Raster huknęła z dubeltówki. I to jakiego kalibru! Do jednej lufy załadowała prace Zofii Rydet. Do drugiej – Anety Grzeszykowskiej. Ta podwójna salwa trafia widza celnie, w ciało i duszę – aż do szpiku kości.

Wystawa nazywa się Głowa, skóra, twarz i jest międzypokoleniowym spotkaniem na szczycie. Rydet (1911–1997) to jedna z najwybitniejszych postaci polskiej fotografii XX w., ale moment, w którym jej spuścizna spocznie w muzeum i zacznie się tam kurzyć, jest jeszcze daleki. Przeciwnie, 20 lat po śmierci autorki Zapisu socjologicznego zainteresowanie jej dorobkiem rozpala się płomieniem o rosnącej temperaturze. Młodsza o dobre trzy pokolenia Grzeszykowska to z kolei najwybitniejsza – nie bójmy się tego słowa – współczesna polska artystka posługująca się fotografią.

Twórców wybitnych poznać można m.in. po tym, że potrafią unieść tematy najcięższej wagi – i takimi właśnie sprawami zajmują się obie artystki na swoim spotkaniu w Rastrze.

Śmierć, czas i fotografia – na temat związków tego tercetu wylano rzekę atramentu; wystawa Rydet i Grzeszykowskiej też płynie z ciemnym nurtem tej rzeki. W pracach pokazanych w Rastrze obie artystki skupiają się na wizerunkach kobiet. Kluczem do tej wystawy jest kobieca skóra – staje się ona zegarem, który odmierza przemijanie. Rydet fotografowała wiejskie kobiety u samego kresu życia. Od tych portretów, w których kobiecość i starość splatają się w wyrzeźbionych przez czas twarzach, nie da się oderwać jej oczu. Kiedy fotografka robiła te zdjęcia, sama była w zaawansowanym wieku – Rydet swoje najważniejsze rzeczy stworzyła po sześćdziesiątce.

Grzeszykowska z kolei kieruje obiektyw kamery na samą siebie. Prace rozsadzają jednak formułę klasycznego autoportretu. Artystka pokazuje wstrząsającą serię wizerunków swojego sobowtóra. To lalka, którą zbudowała z pomocą specjalistów od filmowych efektów specjalnych. Kopia jest nie tylko upiornie wierna, ale i do bólu szczera – na twarzy lalki została odtworzona każda zmarszczka, każde przebarwienie skóry, każda zapowiedź starości. To zapowiedź, która dla Grzeszykowskiej spełni się w tak odległej przyszłości, że dziś można by ją zignorować, wyprzeć ze świadomości. A jednak artystka niczego nie wypiera, przeciwnie, przygląda się własnemu przemijaniu uważnie, wnikliwie, jakby nie chciała uronić ani jednego szczegółu, pragnąc zobaczyć i pokazać ten proces do końca. Przedstawiona na fotografiach lalka nie różni się od autorki niczym – z wyjątkiem faktu, że jest (już) martwa.

W kulminacyjnym momencie wystawy przedstawione przez obie artystki oblicza kobiet wychodzą z ram fotografii i materializują się w galerii. Zarówno Rydet, jak i Grzeszykowska fascynują się skądinąd niepokojącą i dwuznaczną relacją między twarzą a maską; ostatecznie każde utrwalone na fotografii oblicze staje się maską szczególnego rodzaju: martwym, nieruchomym odbiciem tego, żywej twarzy. Grzeszykowska stawia w tej opowieści kropkę nad „i”, wystawiając trzy maski, trzy kobiece głowy – i modeluje je, jakżeby inaczej, ze skóry. Odpowiedzią na te prace są niezwykłe fotograficzne obiekty Rydet, która cięła i zaginała papiery fotograficzne, modelując z nich ciała starych kobiet.

Starzenie się nigdy nie było łatwe, ale współczesna kultura jest wobec niego wyjątkowo bezradna, obrazów starości zaś najzwyczajniej się boi. Od wystawy Głowa, skóra, twarz też zresztą chodzą ciarki po plecach; jest w tym pokazie, pełnym sobowtórów, fetyszy, twarzy, które wyglądają jak maski, i masek, które wyobrażają twarze, coś z seansu wudu. Jest także lęk przed przemijaniem, któremu artystki, każda na swój sposób, stawiają czoło, i jest wreszcie piękno, które musiało się tu pojawić – prawdziwego piękna nie ma bowiem bez przemijania, i odwrotnie.

Stach Szabłowski

Data publikacji: