Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Paulina Wilk

Wybuch kinetycznej radości

Wybuch kinetycznej radości
Swing Time
Zadie Smith
Swing Time
Czarne, 2016

Moment był niepozorny. Zadie Smith stała nad swoją córeczką i w pośpiechu zapinała jej kurtkę. Katherine poddawała się procedurze grzecznie, bez słowa. 

I wtedy Smith miała przebłysk. Świetnie zna to uczucie: stanie z opuszczonymi rękoma, gdy mama podciąga suwak, patrzenie na guziki jej swetra. Zależność i ufność. Przez chwilę była obiema tymi postaciami – widziała się oczami dziecka i siebie jako dziecko. 

Pamięta też mamę patrzącą za okno, nieruchomą i przez ułamek sekundy niedostępną. Przypomniała to sobie ponad 30 lat później, gdy sama stała w tej pozie. Przechodziła jedną z tych mikrozapaści, których świadkami bywają puste zlewy i milczące blaty kuchenne, a czasem rażone niepokojem dzieci. „A więc tak się czuła...” – pomyślała Smith, przelotnie spotykając się z matką w ich nagle wspólnym przeżyciu. 

Opowiadała o tych drobnych momentach transcendencji podczas ostatniej wizyty w Polsce. Teraz zrobiła z nich fenomenalny użytek. Dar podwójnego widzenia przeniosła do najnowszej powieści Swing Time, w której rządzą dwie potężne siły: kobiecość i czas. Zdolność manewrowania czasem jest jedną z największych sztuk u powieściopisarzy, a Smith nigdy jeszcze nie robiła z nim rzeczy tak wspaniałych. Kompresuje i rozciąga dni, lata, całe epoki. Zakrzywia czasoprzestrzeń albo rozdziela perspektywy – te indywidualne i polityczne. Ogląda swoją bohaterkę i jej dojrzewanie do wolności ze wszystkich stron naraz. Zmienia pespektywę z dziecięcej na dorosłą, to znów młodzieńczą. W Swing Time czas krąży, splatając ze sobą fragmenty przeszłe i teraźniejsze, faktyczne i wyobrażone – dokładnie tak, jak robią to uczucia i pamięć. Tylko w dzieciństwie, gdy bezimienna narratorka oraz jej bezlitosna przyjaciółka Tracey poznają się w sali baletowej, czas biegnie niewinnie – cała naprzód. Potem jest tak, jak w tytułowym swingu – ciągłe kołysanie i zwroty w nieregularnym rytmie. Żywioł, który Smith dyskretnie i nieomylnie kontroluje. 

Na początek wywołuje analogowego dżinna lat 80., pachnącego taśmami VHS, rozgrzanym plastikiem magnetowidów i syntetycznymi włosami Barbie. Dwie ciemnoskóre przyjaciółki dorastają na osiedlu w północnym Londynie (choć jest on bardziej stanem umysłu niż czystym pojęciem geograficznym), tańcząc na dywanie do Thrillera, przewijając sceny z hollywoodzkich musicali i marząc o karierze baletowej, która staje się ich wspólną bańką ochronną. Bo rzeczywistość składa się z zupełnie innej materii. W przypadku Tracey – z agresywnego ojca wyłaniającego się z więzienia raz na kilka miesięcy, natapirowanej matki spędzającej dni z butelką na przystanku autobusowym, odgrzewanych mrożonek i mieszkania tak ciasnego, że otwarty piekarnik drapie przeciwległą ścianę w kuchni. W przypadku narratorki – z nieco większego mieszkania, czułego i zastraszonego ojca (sumiennego pracownika Poczty Królewskiej) oraz chmury gradowej, jaką była jej matka. Czarna, dumna i knująca ucieczkę – własną i córki – z tego społeczno-politycznego bagniska grożącego, że je wessie. Matka była w ciągłym ruchu. Studiowała, pracowała społecznie, obchodziły ją tylko książki – jej umysłowe tarcze i magazynki słownych argumentów, którymi separowała się od plemienia Tracey i jej matki. Im przypisywała tępą niezmienność, sobie i córce – obowiązek awansowania do wyższego, świadomego życia. A jednak jej przytłaczająca obecność, walenie pięściami podczas wywiadówek, ekscentryczna garderoba ani przemowy emancypacyjne nie miały na córkę nawet połowy tego wpływu, jaki wywierała Tracey jednym lodowatym wzruszeniem ramion, jednym odłamkiem pogardy, w której sama dorastała. 

Smith ułożyła powieść jako konstelację kobiet – połączonych i skonfliktowanych, walczących, ale też próbujących upodobnić się do siebie, dobierających się w pary jasnych słońc i posłusznych cieni. Pisarka rozpina między nimi linie, niewidzialne i niezrozumiałe dla drugoplanowych, mdławych mężczyzn. 

Narratorka jest tą, która zawsze czuje się jak cień przyszyty do cudzych pięt. Niepewna swych właściwości, poddana terrorowi grubej kreski, jaką wokół niej rysowała matka, lgnie do okrutnej Tracey. Dostrzegła w niej siostrę, pokochała bez wyraźnego powodu, na przekór różnicom. Dziewczynki zaoferowały sobie schronienie, choć nie porzuciły rywalizacji i cichego pragnienia triumfu nad tą drugą. 

Dorosłość je rozdzieli, a potem znów przewrotnie połączy, przypominając o wspólnym pniu – opresji i krótkich chwilach wyzwolenia, jakie odczuwały w tańcu. Smith nazywa te momenty wybuchami kinetycznej radości.

Nagle wyrywa narratorkę z realiów. Rozpoczyna się epoka dominacji medialnej fikcji nad jakąkolwiek autentyczną formą życia. Trwają lata 90. – eksplozja telewizji kablowej i popkultury. Dziewczyna, świeżo po byle jakich studiach, znalazła się we właściwym miejscu i czasie, co w dekadzie przeceniającej młodość wystarczało do rozpoczęcia kariery w branży pozorów. Trafiła do telewizji muzycznej YTV (Smith ironicznie portretuje szampańskie lata bankietów i gal MTV), a już po chwili kapryśny podmuch sprawił, że została osobistą asystentką wielkiej gwiazdy – Aimee. 

Ta jest świetną wariacją na temat Madonny i jej fikcyjnej nadosobowości, dobrze przez Smith zawoalowaną, ale jeszcze lepiej psychologicznie prześwietloną. Pisarka zachowała kluczowe detale: od zamiłowania piosenkarki do nocy przetańczonych incognito w małych gejowskich klubach po adopcję afrykańskiego chłopca uznaną przez opinię publiczną za niezdrową ekstrawagancję. Aimee a.k.a. Madonna to pozbawiona szczególnego talentu, ale inteligentna i bezwstydna ikona nowej kobiecości i biznesowego zmysłu. W orszaku królowej popu dziewczyna cień odnajduje nowe słońce, któremu może służyć. Pracuje bez przerwy i już nie chodzi po ziemi: jeździ limuzynami, spędza wieczory na dachu Centrum Rockefellera, porusza się ekskluzywnymi korytarzami. Jej także służy ktoś na niższym szczeblu hierarchii. Show-biznes okazuje się tylko bardziej ekscytującą odmianą korporacji. Redukuje samodzielność, uczy uległości. Narratorka, teraz już dorosła, nie umie odpowiedzieć na pytanie: „Czy jesteś tu szczęśliwa?”. Sama nigdy go sobie nie zadała.

Scenografia znów się zmienia, a bohaterka zostaje oddelegowana na odcinek humanitarny – do Afryki Zachodniej. U progu nowego tysiąclecia celebryci wierzyli w swą globalną odpowiedzialność. Pieniądze Aimee płyną do niewielkiej wioski, gdzie jej oświecone intencje mają zmaterializować się w postaci szkoły dla dziewcząt. Narratorka prowadzi ten „projekt”. 

Podróż młodej czarnoskórej kobiety do ziemi przodków to motyw często eksploatowany. Smith ostrożnie bierze go w nawias, przedstawiając jako rodzaj perwersyjnej turystyki. Nie wyprawiła jednak swej bohaterki na koniec świata po nic. Daje jej okazję do spotkania z inną, łagodniejszą siostrą. Dwudziestoletnia Hawa żyje w pozbawionej nadziei wsi, obserwuje kolejnych uciekinierów – tych, którzy wybierają „tylne wyjście” i opłacają przerzut do Europy, oraz tych, którzy wykorzystują sentymenty białych do zalegalizowania swej przeprowadzki. Sama wybiera małżeństwo, jedyną dostępną lokalnie formę wyzwolenia. Zadie Smith przenicowuje stereotypy, jeszcze uważniej niż dotąd bada relacje władzy i kruchy styk ludzkich pragnień z presją społeczną. Hawa i Tracey umiały wybrać dla siebie role w świecie złożonym z faktycznych ograniczeń. Zaś narratorka nieustannie wypina się z szelek odpowiedzialności. Hołubi niezależność, ale nie dostrzega własnej płynności, zanikania. 

Do akcji wkracza czas – surowy i zbawienny. Wypluwa dziewczynę z popowej bańki na początku nowego stulecia, akurat gdy świat przebudzał się ze snu o zabawie bez granic. Smith ukazuje mechanizmy nowych, usieciowionych mediów – konwulsyjne akty uwielbienia i nienawistne ataki, które eksplodują i gasną, pozostawiając swe ofiary w wirtualnie spustoszonym pejzażu. Publiczna egzekucja dokonuje się bez kropli krwi, przemoc i miłość już nie zostawiają śladów.

W Swing Time Zadie Smith opowiada się po stronie rzeczywistości. Portretuje czas jej zatracenia i bolesnego, żmudnego odzyskiwania. Swoją bohaterkę sprowadza z krainy zbiorowych urojeń na stare śmieci. To, od czego chciała uciec, okazuje się najlepszą szansą na życie z poczuciem sensu i połączenia. Czytelnikom Smith serwuje wyprawę do gabinetu luster. Tkwimy w epoce działającej jak krzywe zwierciadło – przyjmujemy pozy, pozwalając przemieniać się w karzełki, chudzielców i potwory, zniekształcać uśmiechy, wykpiwać powagę, odwracać znaczenia. Natomiast świat realny, uporczywie faktyczny i trwały, to wciąż jedyna przestrzeń, która nadaje nam kształt i pozwala odcisnąć własny znak na linii czasu. 

Swing oznacza gatunek tańca, epokę w jazzie, huśtawkę, ale także zmianę. I ta w twórczości Smith jest wyraźna. Językową grę dialektów zastąpiła muzykalnością tekstu. 

W centrum narracji ustawiła dzieci. Tę powieść napisała matka, która, zapinając córce kurtkę, aż za dobrze rozumie, że trzyma w rękach czyjeś życie. Nie jest w nastroju do żartów, odstawiła błyskotliwy dowcip, jakim zachwycała od debiutu. Na tej literackiej huśtawce kołysze się sprawa dużej wagi – źródła współczesnej nierówności i nienawiści.

Premiera w Wielkiej Brytanii 15 listopada 2016 r., w Polsce jesienią 2015.

Data publikacji:

Paulina Wilk

Paulina Wilk

Redaktorka działu kultury w kwartalniku „Przekrój”, pisarka i publicystka zajmująca się literaturą i problematyką rozwoju globalnego. Opublikowała m.in. „Lalki w ogniu” o Indiach współczesnych oraz „Pojutrze. O miastach przyszłości”, a także serię bajek o misiu Kazimierzu dla dzieci niezupełnie dorosłych. Współtworzy Fundację „Kultura nie boli”, centrum literackie Big Book Cafe oraz międzynarodowy festiwal czytelniczy Big Book Festival.