Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Jan Błaszczak

Trzydziestoletnie primitivo

Trzydziestoletnie primitivo
Live in Forli, Italy 1982
Robbie Basho
Live in Forli, Italy 1982
Obsolete Recording 2017

Niezależnie od tego czy to pokłosie „retromanii”, czy słabości współczesnej oferty, co roku wśród najlepszych premier muszę umieścić jakieś świeżo wykopane archiwalia. Nie inaczej jest w tym roku. Za sprawą koncertowego albumu Robbie’go Basho, który ukazał się tego lata pod tytułem Live in Forli, Italy 1982. Miałem nadzieję, że z pisaniem o tym muzycznym znalezisku wytrwam do grudniowych podsumowań, ale temat amerykańskiego gitarzysty wywołali jesienią Kuba Ziołek i Mikołaj Zieliński, powołując się na jego twórczość przy okazji premiery debiutanckiej płyty zespołu Alameda Duo. Nie ma więc co czekać, bo nie będzie lepszego momentu na pisanie o fenomenie Robbie’go Basho. A na grudzień coś się wymyśli.

Basho to jeden z najważniejszych gitarzystów zaliczanych do grona amerykańskich prymitywistów. Wraz ze swoimi kolegami, między innymi z Johnem Fahey’em i Maxem Ochsem, muzyk walczył o uznanie gitary akustycznej o stalowych strunach za instrument koncertowy. Choć uprawiany przez nich styl (fingerpicking) wymagał nie lada umiejętności, Basho nie kształcił się w tym kierunku w sposób tradycyjny. Gitarzysta od najmłodszych lat fascynował się twórczością mistrzów z Japonii, Indii czy Iranu. Pociągało go brzmienie sitaru i sarodu, które Amerykanin próbował przywołać, stosując nietypowe stroje i sięgając po dwunastostrunową gitarę. Opisywaną tu płytę kończy utwór California Raga, który jest czymś pomiędzy folkiem ,bluesem Środkowego Zachodu i twórczością Ravi’ego Shankara. Warto przy tym dodać, że twórczość Basho jest minimalistyczna – może to kwestia stalowych strun, a może wychowania na tradycyjnym bluesie – Amerykanina nie interesuje upajanie się własną wirtuozerią.

Album Live in Forli, Italy 1982 rozpoczyna krótkie powitanie w języku włoskim, po nim zaś artysta zaczyna narzekać na ceny prania we Włoszech i w Niemczech. Można potraktować ten krótki przerywnik jako próbę zagadania momentu, w którym trzeba nastroić gitarę, ale to również świadectwo sytuacji kiepskiej finansowej koncertującego wirtuoza (proszę zwrócić uwagę na sposób, w jaki Basho informuje zebranych o możliwości zakupienia płyt po koncercie!). Gitarzysta stara się wprowadzać słuchaczy w klimat swoich utworów, mieszając przy tym język angielski, włoski i – z jakichś powodów – niemiecki. A jest o czym mówić, bo w utworach Basho słychać echa średniowiecznej ballady, indyjskiej ragi, a nawet (jeszcze) hiszpańskiej Kalifornii. I tu wielkie słowa uznania należą się wydawcy, który nie wyczyścił nagrania z pogadanek, żartów i oklasków, które składają się na atmosferę tego wyjątkowego wieczoru.

Powinienem jeszcze napisać o wokalu Robbie’go Basho, ale niełatwo to ubrać w słowa… Kiedy po raz pierwszy go usłyszałem, zdębiałem. Nie ze względu na jego barwę czy siłę głosu, ale sposób, w jaki śpiewa. W Song of the Stallion jego rozedrgany tenor momentami wpada w falset. Pełen emocji, przejęcia, afektu z pewnością wzruszyłby starszych mieszkańców Forli nucących w kawiarniach swoje ulubione operowe arie. Basho zresztą w niewielu utworach decyduje się śpiewać, ale kiedy już to robi, efekty daleko odbiegają od określeń, którymi zwykło się opisywać jego muzykę  (minimalizm, prymitywizm).

Z urzędu włączany do konkretnej muzycznej szkoły, Basho był artystą jedynym w swoim rodzaju. Prymitywistą i erudytą. Outsiderem, który kilkoma zdaniami zdobywał sobie publiczność. Nie sposób przewidzieć, jak rozwinęłaby się jego twórczość, gdyby nie przedwczesna śmierć, która zaledwie cztery lata po włoskiej trasie przerwała jego niezwykłą karierę. Karierę, do której wspaniałym wprowadzeniem jest kameralny koncert z Forli. 

Data publikacji: