Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Jan Błaszczak

Nie tylko na chwilę

Nie tylko na chwilę
Slowdive
Slowdive
Slowdive
Dead Oceans, 2017

Kiedy w 1991 r. ukazywał się ich debiutancki album, można było odnieść wrażenie, że wpadają tylko na chwilę. Sugerował to nie tylko tytuł tamtej płyty („Just for a Day”), lecz także sama muzyka Slowdive – eteryczna, rozmyta, jakby nienadążająca ze złapaniem ostrości. Wrażenie to pogłębiali członkowie grupy – wycofani, zapatrzeni w armię gitarowych efektów rozłożonych na scenie. W zdobyciu pewności siebie nie pomagała im prasa. Choć Slowdive podpisał kontrakt z popularną wytwórnią Creation, nie trafił w swój czas. W 1993 r., kiedy ukazywało się „Souvlaki”, najwybitniejszy album grupy, brytyjscy krytycy okazywali już znudzenie shoegaze’em i dream popem. Umysłami narodu zawładnął już britpop – muzyka będąca na drugim biegunie twórczości rozmarzonych wrażliwców ze skłonnościami do brzmieniowych eksperymentów.

Być może dlatego na swoim trzecim albumie Slowdive zerwał z rockową estetyką, wiedząc, że na tym polu nie da się już nic ugrać. Poza tym ewoluowały również gusta muzyków. W rezultacie zespół pożegnał się płytą w większej mierze elektroniczną, ambientową. Na okładce wydanego w 1995 r. „Pygmalion” znalazł się fragment partytury graficznej utworu Ligetiego. Grupa dała jasny sygnał, że nie interesuje jej zabieganie o względy fanów. Tydzień po wydaniu albumu nastąpiło nieuniknione – Creation zerwała kontrakt z trudnym do sprzedania zespołem.

Przez następne 20 lat popularność nieistniejącego Slowdive konsekwentnie rosła, choć zespół nigdy nie stał się ikoną shoegaze’u. W tym kontekście częściej pojawiał się Kevin Shields – nieprzenikniony geniusz z My Bloody Valentine, bliski britpopowi Ride czy pionierzy gatunku z The Jesus and Mary Chain. Kiedy w 2010 r. rozmawiałem z perkusistą Slowdive Simonem Scottem przyznał on z żalem, że zespół nie został nawet zaproszony do udziału w dokumencie o wytwórni Creation. W rozmowie, którą przeprowadziłem z muzykami na OFF Festivalu, Rachel Goswell wspominała zaś, że przez lata byli jednym z tych zespołów, którego płyty zawalają supermarketowe kosze z przecenami. Na szczęście ten czas mają już za sobą, bo od powrotu na scenę w 2014 r. są witani z wyjątkowym entuzjazmem. Takie przyjęcie towarzyszy również wydanej właśnie przez Brytyjczyków płycie. I wcale mnie to nie dziwi.

Trudno było przewidzieć, w którą stronę zespół wybierze się tym razem. W końcu żegnali się ambientową płytą, wśród licznych niewydanych piosenek z tego okresu znajdowały się zaś zarówno dream-popowe ballady („I Saw the Sun”), jak i elektroniczno-dubowe eksperymenty („Moussaka Chaos”). Nie można też zapominać, że po rozpadzie Slowdive Neil Halstead i Rachel Goswell współtworzyli Mojave 3, zespół, dla którego istotną inspiracją był folk i alt-country, a Simon Scott wydawał płyty z muzyką elektroniczną. To, że nowa płyta zespołu będzie zbiorem gitarowych piosenek czerpiących z katalogu 4AD, The Cure i shoegaze’owych tradycji nie było więc takie oczywiste. A jednak z perspektywy kilku tygodni od premiery mogę napisać, że dobrze się stało, że zespół postanowił przypomnieć swoje bardziej konserwatywne oblicze.

„Slowdive” to przyspieszony kurs historii zespołu, uwypuklający jego najmocniejsze strony. Dostajemy tu rozmyte w pogłosach refreny („Don’t Know Why”), pulsującą postpunkową sekcję („Star Roving”) i umiejętnie budowane ściany gitar rodem z wczesnych nagrań zespołu („No Longer Making Time”). Pojawiają się też drobne zaskoczenia, takie jak zwrotki „Go Get It”, gdzie nakładające się na siebie wokale przypominają raczej utwory Arthura Russella niż dokonania grupy. Jeśli miałbym wskazać jakieś niedociągnięcie, to pewnie byłoby to zamykające album „Falling Ashes” z ckliwym motywem wygrywanym bez końca na pianinie. Poza tym „Slowdive” słucha się świetnie i absolutnie nie przeszkadza w tym świadomość, że brytyjski kwintet stać na ambitniejszy zestaw piosenek.

 

Data publikacji: