Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Jakub Popielecki

Gnijąca panna moda

Gnijąca panna moda
„McQueen”
reż. Ian Bonhôte, Peter Ettedgui
„McQueen”
Wielka Brytania 2018

Z plakatu McQueena patrzy na nas czacha – i nic dziwnego. Nawiązujący do kolekcji tytułowego projektanta obrazek jest przecież trafnym podsumowaniem jego kariery, jego osoby, jego twórczości. Na poły maska pośmiertna, na poły obraz Arcimbolda: twarz koścista, twarz kwiecista, twarz aksamitna, owadzia i złocista. Trup, ale pachnący; zwłoki, ale haute couture. Śmierć i życie, tradycja i transgresja w jednym. Dobra zapowiedź jaskrawych kontrastów, jakimi nie tylko szafował McQueen w swoich projektach, ale jakimi żył na co dzień. Jest tarcie, jest konflikt – jest i sztuka.

Owo tarcie to przecież główny temat każdej biografii. Tam, gdzie codzienność graniczy z wyjątkowością, tam, gdzie iskrzy na linii otoczenie–jednostka, tam rodzą się powody, dla których dana osoba staje się warta naszej uwagi – i dla których kręci się o niej potem filmy. Dokument biograficzny jest zatem zapisem śledztwa, aktem wstecznej inżynierii, rozbudowaną argumentacją w obronie swojego własnego sensu istnienia. I nie powiem, twórcy McQueena argumentują całkiem sprawnie, wymykając się odwiecznej pułapce biografistyki. Pułapce, która każe ignorować bohatera artystę kosztem bohatera człowieka; zupełnie jakby na przykład ów Alexander McQueen interesował nas nie ze względu na swoje dokonania, ale z powodu burzliwego życiorysu. A przecież większość życiorysów układa się w ten sam scenariusz: trudne początki, pierwsze sukcesy, trudne życie na szczycie, śmierć. I film Iana Bonhôte i Petera Ettedgui wpisuje się w ten schemat. Zarazem jednak sprawnie buduje pomost między McQueenem człowiekiem a McQueenem twórcą.

Powiem więcej: to jeden z rzadkich dokumentów, które pokazują ścisły związek między codziennością artysty a niecodziennością jego sztuki. Kolekcje McQueena przedstawione są tu nie jako odskocznia od jego życia, ale raczej jako jego bezpośrednia emanacja, jakiś domagający się egzorcyzmu demon. Czuć tu nutę wampiryzmu – to historia nie tyle artysty żyjącego sztuką, ile sztuki żywiącej się artystą. Walka z depresją czy narkotykowe ekscesy McQueena rymują się więc gładko z jego transgresyjną estetyką, z wykorzystywaną przez niego ikonografią gwałtu, rozkładu, zezwierzęcenia, szaleństwa, seryjnych morderców, S&M.

Biegnąca chronologicznie narracja pozwala prześledzić ewolucję tej twórczości i zestawić ją z przemianą samego człowieka. Od przykładnego adepta krawieckich zakładów do modowego enfant terrible, od uśmiechniętego, pucułowatego chłopca do wychudzonego dandysa o martwym spojrzeniu. Wszystko to znaczone mrożącymi krew w żyłach anegdotami: McQueen po liposukcji lamentujący, że nie poznaje siebie samego, że nie wie, kim jest, McQueen planujący zwieńczenie swojego pokazu spektakularnym samobójstwem.

Nie ma zmiłuj: od McQueenowskich jaskrawych kontrastów aż głowa boli, a Bonhôte i Ettedgui skrupulatnie wszystkie je dokumentują. Brytyjski robotniczy background kontra paryskie salony. Dusza sympatycznego wrażliwca kontra temperament kapryśnego despoty. Cyzelowana miesiącami wizja kontra twórczy impuls, by stworzyć sukienkę na poczekaniu w przypływie natchnienia, choćby ze skrawka folii. Odjechana, bezkompromisowa kreatywność kontra przyziemna konieczność nieustannej walki o budżet. I tak dalej.

Spece od tematu nie znajdą pewnie w McQueenie nic nowego, ale dla modowego laika film może być odkryciem. Choćby takim, że moda też bywa sztuką przez duże „S”, tekstem kultury – zarazem czerpiącym z bogatej tradycji (kultura Szkocji, mitologia), jak i rezonującym z Zeitgeistem („mroczna” aura lat 90.). Zarazem użytkowym, aktualnym, „modnym”, jak i absolutnym, ponadczasowym, totalnym. Ową totalność McQueena artysty trafnie oddaje już lakoniczny tytuł filmu. Zamiast wyliczać: rzemieślnik, biznesmen, prowokator, artysta… – wystarczy podać nazwisko.

Data publikacji: