Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Destroix
Maciej Stroiński

Elementarne zadania aktorskie

Elementarne zadania aktorskie
„2118. Karasińska”
tekst i reżyseria Anna Karasińska
„2118. Karasińska”
Nowy Teatr w Warszawie

Rok 2118, Magdalena Cielecka dawno nie żyje, ty też, Dobromir Dymecki dotrwał jako ośmiornica, Monika Frajczyk jest w przemocowym związku z robotem.

Ile razy w życiu można debiutować? Zależy, o kogo pytasz. Jeżeli o Karasińską, to odpowiedź brzmi, że zawsze. Niby tylko pozazdrościć, tylko gratulować, że ktoś daje radę więcej, niż ustawa przewiduje – nie każdy tak daje radę. Opcja wieczny debiut brzmi jak wieczna młodość. Ale dla mnie, trolla, brzmi jak wieczna niedojrzałość, po kantowsku mówiąc – SAMOZAWINIONA.

Debiut wyszedł Karasińskiej tak jak mało komu, chyba tylko Paweł Świątek i Grzegorz Jarzyna, i może Jan Klata mieli podobne ssanie na dzień dobry. Co teraz z nią będzie, czy skończy jak Klata, na tak zwanym dużym plusie – czy może jak Świątek? Na razie wiadomo, że każdym spektaklem chce ponownie debiutować, znowu zaczyna od zera. Wchodzi w miejsce, sytuację i „niczego nie wie”. Robi przedstawienia o robieniu przedstawienia, przedstawienia o teatrze, „badające medium”. Dużo się w nich sugeruje i albo włączysz swoją wyobraźnię, albo nic tam nie zobaczysz.

2118. Karasińska jest kolejnym wyobrażaniem sobie, tym razem – co będzie po równo stu latach, w 2118 roku. Śmierć, to na pewno, a potem już z górki. Magdalena Cielecka wizualizuje swoje życie wewnątrzgrobowe, trochę jak Zofia Beksińska w Ostatniej rodzinie. Instaluje się w trumnie, tak jak aktorzy „instalują się” w spektaklu. Więc sami widzicie, że się robi na poważnie. Nie ma już tej czystej, wydestylowanej beki, jaka była w Ewelinie i w Drugim spektaklu. Gdzie są niegdysiejsze śmieszki? Teatr Karasińskiej nabiera przesłania.

Nie trwa to nawet godziny, a scen jest – ja wiem? Dwadzieścia? Jakbyś oglądał Facebooka, ciągle jakiś nowy kontent, ale jednym fontem. Ciąg elementarnych zadań aktorskich, jak w poprzednich jej spektaklach, choć na początku – Ewelina, Drugi spektakl – było mniej napakowane. Aktor coś ma wytworzyć na scenie, w tym wypadku: przyszłość. Choćby ośmiornicę, choćby bebech wieloryba albo swoje własne truchło – i nie musi mu wystarczyć na całą godzinę, bo scenki są krótkie i liczne. Aktorzy mówią, co akurat robią, bardziej niż po prostu robić. A teraz nastąpi to, czego artyści nie lubią najbardziej, porównywanie ich do kolegów.

Jest jak u Wyrypajewa, u którego zresztą już tak nawet nie jest, Wujaszka Wanię wystawił normalnie. Ale wczesny Wyrypajew tak właśnie wyglądał jak obecnie Karasińska. Oni też „bardziej mówili”, bardziej kazali sobie wyobrażać, bardziej słuchowisko niż widowisko, a raz w obsadzie był aktor Dobromir. Z innej strony Karasińska jest reżyserem typu Garbaczewski, typu „z cudzego lepiej smakuje”. On, po szkole teatralnej, robi jakby filmy, ona, po filmowej, robi spektakle u podstaw. U niego sama panierka, a u niej – sam aktor w dresie.

Skoro zadaje aktorom tyle i tak różnych zadań, mogłaby sama odrobić któreś z elementarnych zadań reżyserskich. Zwłaszcza inscenizację niewłasnego tekstu. To byłby rozwój, jakieś tam wyzwanie, a nie ciągle kreować od zera według własnego pomysłu. Trzeba poczuć jakiś opór, żeby się rozwijać. Jeśli ma alergię na cudze pisanie, niech zrobi spektakl taneczny. Bo właśnie „taniec robotów” wypadł w 2118 bosko i najżywiej. Monika Frajczyk rzucana jak worek, taniec demolka, walc walec. Wreszcie coś zrobili, zamiast tylko opowiadać.

Data publikacji: