Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Jakub Popielecki

Drzazgi w głowie

Drzazgi w głowie
„Nigdy cię tu nie było”
reż. Lynne Ramsay
„Nigdy cię tu nie było”
Francja, USA, Wielka Brytania 2018

Nigdy cię tu nie było to taki film, w którym Joaquin Phoenix chodzi i bije ludzi po głowach młotkiem. To też nowy film Lynne Ramsay, autorki Musimy porozmawiać o KevinieNazwij to snem. Ramsay równie chętnie co Joaquin bije ludzi po głowach – nie młotkiem, a kinem, ale pod pewnymi względami to boli nawet bardziej. Reżyserka oferuje przecież tytuły nie tylko „wymagające”, ale – zwyczajnie wymagające ostrzeżenia: „Panie i panowie, wchodzicie na własną odpowiedzialność”. A jeśli w obietnicy rychłego spotkania głowy z narzędziem stolarskim wciąż usłyszycie przede wszystkim obietnicę kina akcji, zapewniam: nie tędy droga. Czeka was nie lada zdziwienie, kiedy okaże się, że żadnego kina akcji raczej nigdy tu nie było.

Co na poziomie suchego opisu fabuły brzmi bowiem jak Uprowadzona z Liamem Neesonem, tyle że z Joaquinem Phoenixem, jest w rzeczywistości Uprowadzoną – tyle że w stylu arthouse. Phoenix gra niby, jak Neeson, steranego faceta z bardzo specyficznym zestawem umiejętności, który rusza na ratunek dziewczęciu porwanemu przez lubieżnych typów. Ale wszystko, co mogłoby prowadzić film w relaksujące gatunkowe rejony, zostaje przez reżyserkę zanegowane. Pod wieloma względami Nigdy cię tu nie było jest więc ćwiczeniem w filmowym odejmowaniu: Ramsay odziera sensacyjną formułę z całej konwencjonalnej otoczki, by dokopać się do lepkiego, mrocznego sedna sprawy. Można to rozumieć jako poszukiwanie przykrytej kinowym blichtrem prawdy: prawdy o tym, że przemoc jest raczej straszna niż przyjemna i że odciska swoje piętno na tych, którzy są w nią uwikłani. Ale nie o jakiś „realizm” tu idzie, jeśli już, to raczej o ekspresjonizm.

Ramsay proponuje bowiem kino „kinowe”, takie, w którym nośnikami historii – na równi z linijkami dialogu – są wybory inscenizacyjne, montażowe, muzyczne. Dostępu do głowy bohatera nie zapewnia nam wygodna ekspozycja, scenariuszowe „co”, ale wyrazista forma, filmowe „jak”. Ramsay stawia na jaskrawe estetyczne dysonanse: ścieżka dźwiękowa autorstwa Jonny’ego Greenwooda łączy awangardyzującą orkiestrację z rytmami electro, a kolejne ataki na zmysły widza sąsiadują z niespodziewanymi momentami liryzmu i czułości. Te paradoksy wprowadza już grany przez Phoenixa Joe – chłodny profesjonalista od ratowania porwanych nastolatek i zarazem stojący na skraju samobójstwa desperat; facet z drzazgami brutalnej przeszłości w głowie, ale też czuły syn opiekujący się schorowaną matką (Judith Roberts). Postać utkana jest przez Phoenixa niemal z czystej fizyczności: zwalistych mięśni i tatusiowatej nadwagi, ponurego spojrzenia i dziadowskiej brody.

Ramsay dekonstruuje jednak nawet ową figurę twardziela o złotym sercu. Wprawiona przez Joego w ruch machina przemocy-w-słusznym-celu nie doprowadzi bowiem do żadnego katharsis. Jego maczyzm pozostanie maczyzmem impotentnym, Ramsay nie da spełnienia – ani bohaterowi, ani widzowi. Wystarczy powiedzieć, że potencjał na „widzialność obcowania człowieka z materią” (czytaj: ludzkiej głowy z młotkiem) nie zostaje wykorzystany: kolejne eksplozje przemocy odbywają się tu niemal zawsze poza polem widzenia. Tak jest choćby w rewelacyjnej sekwencji nalotu Joego na dom schadzek, w której zamiast zwyczajowego baletowego mordobicia dostajemy ziarnisty obraz z kamer monitoringu i alienujący, arytmiczny montaż. Co ciekawe, taka autorska niezgoda na epatowanie przemocą daje efekt może nawet mocniejszy. Nie ma tu przecież atawistycznej frajdy z tego, że ktoś kogoś pięknie, „filmowo” bije. Jest tylko cios, upadające ciało i pustka. Cytując klasyka: „the horror, the horror”.

W tym świetle można czytać tytuł filmu jako desperacki przykład myślenia życzeniowego. Coś w stylu: „Jeśli zamknę oczy, wszystko będzie dobrze”. Film zresztą zaczyna się od takiego zaklęcia: od hipnotycznej wyliczanki, jaką każe powtarzać ratowanym przez siebie dziewczynkom Joe. Kiedy on grzmoci złych ludzi, one mają nie patrzeć i odliczać, udając, że nic się nie dzieje. Ramsay delikatnie zaciera tu granicę między doznaniem a wyobrażeniem, przywołując, jakby na pomoc, polski tytuł swojego debiutu – „Nazwij to snem”. Aż kusi myśl, że Joe jest po prostu wymyślonym przez Dziewczynkę w Potrzebie ideałem: zbawcą utkanym z kinowych schematów o twardzielach bijących bandziorów. Ale nawet jeśli faktycznie „nigdy go tu nie było”, jeśli film jest w rzeczywistości opowieścią o wypierającej traumę nastolatce, nic to nie zmienia. Reżyserka sugeruje bowiem, że zamykanie oczu to marna recepta, że pod powiekami i tak pozostają „złe obrazy”. Ponure memento: cokolwiek wpuszczamy do naszego życia, wpuszczamy też do głowy, a co wpuszczamy do głowy, to w niej zostaje, choćby zniknęło już z życia. Tak jak świetny film Ramsay.

Data publikacji: