Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Marcin Orliński

Co kiedyś było, znowu się powtarza

Co kiedyś było, znowu się powtarza
„Metempsychoza. Druga księga oktostychów”
Jarosław Marek Rymkiewicz
„Metempsychoza. Druga księga oktostychów”
Fundacja Evviva L’arte, Warszawa 2017

Mam słabość do dobrych okładek. A o dobrą okładkę wcale niełatwo. Dlatego zanim otworzyłem tę książkę, długo wpatrywałem się w czarną obwolutę, na której widnieje duży żuk wiosenny. Owad ma lśniący, granatowo-zielony pancerz i został przedstawiony od góry, głową w dół. Wygląda, jakby schodził pod ziemię. Jak dowiedziałem się od autora grafiki, Janusza Bareckiego, to gatunek trypocopris vernalis z rodziny gnojarzowatych. Z kolei na ostatniej stronie okładki zamiast noty biograficznej lub blurba znalazł się utwór z książki zatytułowany Ślepy poeta. Z tekstu wyłania się obraz ślepego świata. Ślepy jest ogród, ślepe są brzózki w ogrodzie, ślepa jest ciemność i ślepa jest poezja.

Nowy tom wierszy Jarosława Marka Rymkiewicza Metempsychoza. Druga księga oktostychów nawiązuje formą do jego poprzedniej książki z 2015 roku Koniec lata w zdziczałym ogrodzie. Ale kontynuacji – do czego jeszcze wrócę – jest w tym zbiorze mnóstwo. Nie ma tylko właściwie polityki, czym poeta ułatwia mi sprawę, ponieważ nie muszę odnosić się do jego twórczości zaangażowanej i sympatyzowania ze skrajnie prawicową ideologią. Autor po raz kolejny pisze o swoim domu w Milanówku, wspomina zmarłych przyjaciół i koty (nikt tak nie umie pisać o kotach jak Rymkiewicz), przygląda się stokrotkom, pokrzywom i bluszczowi. Słowem, staje twarzą w twarz z naturą, ślepą i dziką, działającą według twardych, nie do końca jasnych reguł, wśród których w pierwszej kolejności należy wymienić śmierć i narodziny – boleśnie ze sobą splecione w nieskończonym łańcuchu powtórzeń.

W wierszu otwierającym książkę Rymkiewicz pisze: „Ile listków a każdy powraca na wiosnę / I ja też tu listkami pośmiertnie wyrosnę”. Tytuł tego utworu Deus sive natura (łac. Bóg, czyli natura) poeta wziął ze Spinozy (albo z Nietzschego, który się odwoływał do Spinozy). Według niderlandzkiego filozofa istnieje tylko jedna substancja (o substancję, czyli podstawowy budulec świata, filozofowie spierali się od czasów starożytnych). Substancja ta – argumentował myśliciel – musi istnieć samoistnie i musi być pierwotna wobec wszystkich innych bytów. Taką substancją może być tylko Bóg, Bóg bezosobowy, który przejawia się we wszystkim, co istnieje. Również w listkach i żukach, jak zapewne chciałby Rymkiewicz. To oczywiście panteizm, choć metafizyka, która stoi za utworami autora Zachodu słońca w Milanówku, nie do końca pokrywa się z koncepcją Spinozy.

Wiersz Rymkiewicza to rodzaj prologu, w którym poeta nakreśla ramy budowanego przez siebie świata. Jest śmierć i są narodziny. Jest i tytułowa metempsychoza, czyli reinkarnacja. Idea ta pojawiała się w filozofii starożytnych Greków, m.in. u Pitagorasa i Platona, a obecnie występuje wciąż w religiach wschodnich. Zgodnie z nią po śmierci organizmu dusza wciela się w kolejny byt. Kiedy umrze w nowym wcieleniu, przenosi się do kolejnego i przyjmuje ciało noworodka, zwierzęcia lub rośliny. Ten ruch, ruch powtarzającego się życia, wiedzie nas już wprost do wyłożonej przez poetę w jednym z przypisów Nietzscheańskiej teorii wiecznego powrotu. Jeśli przyjąć, że świat jest określoną wielkością siły, to „musi on niby w grze w kostki przerobić obliczalną ilość kombinacji przy tej wielkiej grze istnienia. W nieskończenie wielkim okresie czasu każda możliwa kombinacja kiedyś musiałaby być osiągnięta; więcej jeszcze: osiągana byłaby nieskończoną ilość razy” (F. Nietzsche, Wola mocy, Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 2006, przeł. S. Frycz i K. Drzewiecki).

Nietzsche występuje tu m.in. przeciwko koncepcji świata, która zakłada przyczynę i celowość istnienia, boski plan, który jest realizowany według określonego zamysłu. Dla Nietzschego świat nie jest czymś, co się staje, i czymś, co przemija. Raczej „staje się, przemija, lecz nigdy nie zaczynał stawać się: nigdy nie przestawał przemijać, utrzymuje się w jednym i drugim… Żyje sam sobą: ekskrementy jego są jego pożywieniem”. To nieustanna gra sił, wieczny agon, w którym to, co żyje, nieustannie umiera, a to, co umiera, ciągle powraca do życia. W wierszach Rymkiewicza szczątki umarłego organizmu stają się życiodajnymi sokami dla innych organizmów: bakterii, wirusów, zwierząt i roślin. Śmierć nie jest więc kresem życia, lecz – materialnie rozumianą – przemianą. Zmarły kot staje się na wiosnę stokrotką albo lilią. Żuk wędrownik wchodzi do zakopanej w ziemi czaszki. Z kolei Juliusz Słowacki (tak, tak, romantyczny poeta pojawia się tu jako bohater kosmicznych transformacji) staje się – według domysłów podmiotu lirycznego – kosem lub groszkiem. Podmiot liryczny wierzy również, że sam powróci na Ziemię, za milion lub pół miliona lat.

Ale proces wiecznego odradzania obejmuje u Rymkiewicza nie tylko świat natury, lecz także sferę symboliczną – słowa, myśli, znaczenia. Poeta cytuje, parafrazuje, zawiesza przy wierszach motta, słowem: dialoguje, przypominając, że literatura to jedna wielka rozmowa, rozprawa, a czasem również ostra debata. Albo inaczej: to – by tak rzec – logosfera, w której znaczenia umierają i odradzają się, w której o swoje miejsce walczą poszczególne sensy, podobnie jak w ekosferze umiera i odradza się życie. Tu Mickiewicz, tam Leśmian. Tam Naborowski, tu – Netz. Odniesienia do tekstów kultury występują właściwie na każdym poziomie tekstu, od struktur głębokich, aż po jego najbardziej zewnętrzną warstwę: rytm, rym, układ wersów i liczbę utworów w zbiorze – jestem pewien, że nieprzypadkowo jest ich dokładnie czterdzieści i cztery.

Budowanym przez Rymkiewicza światem rządzą ślepe prawa natury. Jest to perspektywa nieantropocentryczna, a może nawet antyantropocentryczna. Człowiek, pojmowany jako istota rozumna, w pełni siebie świadoma, pan i władca na swoich ogrodach, słowem: człowiek, jaki roił się Kartezjuszowi, ustępuje miejsca dzikim siłom przyrody, Bergsonowskiej élan vital. Tradycyjna podmiotowość ulega w tym świecie rozpadowi. Człowiek staje się częścią przyrody, jednym z wielu organizmów, które tworzą wielki, kipiący od form ekosystem. I choć u Rymkiewicza pojawia się dusza, to cała ulepiona przez niego metafizyka mogłaby funkcjonować i bez duszy, a w kołowrocie bezrozumnej materii od nowa rodziłoby się życie. Podmiot liryczny rozmywa się, a jego status ontologiczny jest niejasny również dlatego, że raz mówi o sobie jak o żywym, innym razem – jak o martwym. Metempsychoza jest bowiem projekcją śmierci, a także eksperymentem myślowym, w którym osoba mówiąca wyobraża sobie śmierć i możliwe formy swojego po śmierci istnienia i nieistnienia. Nie jest to więc do końca Nietzsche, ale nie jest to również teologia chrześcijańska. Nie pojawia się tu słowo „zmartwychwstanie”, a jednak umarli wstają z grobów, a kochanek wychodzi z trumny kochanki.

Podobnie jak u Mickiewicza, świat rzeczywisty przenika się tu ze światem fantastycznym. Zmarli nie do końca są zmarli – żyją, chodzą po ziemi, płaczą a nad czarnym jeziorem można usłyszeć krzyk upiora. Pojawiają się Antoni i Janina Słonimscy, którzy „starli ze swych twarzy kamyki”. Pojawia się Brahms, nazywany przez poetę „krasnoludem z długą siwą brodą”. Pojawiają się wreszcie martwe koty. Gdy ktoś drapie w nocy do drzwi, podmiot liryczny zastanawia się: „Może to kot bez głowy lub kot bez ogona / Może to martwa Psotka po raz drugi kona”. Równie chętnie sięga zresztą poeta do Leśmiana, u którego świat często nie jest kompletny, a przedmioty i postaci wymykają się formom podsuwanym przez rzeczowniki. I podobnie jak w Metafizyce Leśmiana bywalec uroczysk dostrzegał gwiazdę „w szczelinie pomiędzy istnieniem i zgonem”, u Rymkiewicza upiór jest „półpiaszczysty” i „półtrumienny”. Zacierają się w tym świecie granice między jawą a snem, między materią ożywioną i nieożywioną, między życiem a śmiercią.

Jednocześnie trudno nie dostrzec w tym wszystkim ironii – zarówno wobec poruszanych tematów, jak i wobec formy. Dystans widoczny jest zwłaszcza w wierszach wprost żartobliwych, w których przedstawione wydarzenia zahaczają o groteskę. Tu nadchodzi diabeł i „kopytkiem stuka”, w innym miejscu – pani Jesień rozmawia z martwym kotem Szarakiem. Jeśli poeta każe księżycowi świecić, blask okazuje się „patetyczny”. Gdy okazuje się, że czaszka może się nadać na mieszkanie dla myszek, poeta nazywa to „miłym wypadkiem”. Mroczny obraz szczątków ludzkich zostaje więc złagodzony za pomocą elementów komicznych i zdrobnień. Choć Metempsychoza jest jedną z najmroczniejszych książek Rymkiewicza, powaga równoważy się w niej z humorem, a poeta bawi się słowem, jakby tańczył w ciemnościach.

Jak powinienem zakończyć niniejszy szkic? Nie będzie, drogi Czytelniku, żadnego zakończenia. Bo choć akapit, który czytasz, jest ostatnim tchnieniem tego tekstu, to przecież na jego szczątkach narodzą się w Twojej głowie nowe myśli i obrazy. Być może kiedy wyjdziesz w majowy poranek do parku lub nad jezioro, pomyślisz o żuku wiosennym i jego przechadzkach między światem żywych i umarłych. Wiosną wszystko przecież budzi się do życia i „co kiedyś było, znowu się powtarza”.

Data publikacji:

Marcin Orliński

Marcin Orliński

Poeta, prozaik, krytyk literacki, redaktor działu Kultura i społeczeństwo w „Przekroju”. Wydał siedem książek, ostatnio „Środki doraźne” (Poznań 2017). Zwykle pisze na siedząco, choć zdarza mu się eksperymentować z innymi pozycjami.