Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści

Czy jest fotograf na Marsie?

Joanna Kinowska
Czy jest fotograf na Marsie?

Zdjęcia, które rozpaliły nas kilka dni temu. Te fotografie, dzięki którym wgapiamy się w ekrany monitorów, dzwoniąc żuchwą o blat biurka. Zdjęcia, które swoim surrealizmem biją na głowę najlepsze kiedykolwiek poczynione produkcje hollywoodzkie s.f. Zdjęcia, które przyspieszają bieg milionów serc na świecie, fanów Davida Bowiego przyprawiając o stany przedzawałowe z ekstazy. Wiecie, o których zdjęciach mówię. Już właściwie zdobyły tytuł „Fotografii roku”, jeśli nie dekady, mimo że nie wygrają żadnego konursu. Ciekawe w sumie, czy ktoś kiedyś włączy je w jakąś pisaną za 100 lat „historię fotografii światowej”. Szczerze wątpię. Przecież nie zrobił ich człowiek.

Chociaż ktoś to zdjęcie wymyślił. Samochód, manekin za kierownicą, w tle Ziemia. Różne kąty i układy. Koniecznie czerwony kolor. Czy to sam Elon Musk jest autorem tego ujęcia? Jego koncepcja, jego samochód, jego rakieta. A może ktoś, kto precyzyjnie wyliczał rozstawienie kamer? Albo ktoś, kto przy tych kamerach czuwał w tym kluczowym momencie? Tu wprowadzono w życie cały pomysł, mamy do czynienia z fotografią wykreowaną. A właściwie ze stop-klatką (bo to kamery). Status: to skomplikowane. Kto nacisnął spust migawki? Kto zatrzymał film na tym ujęciu? Byłby autorem zdjęcia. Byłoby prościej.

Z fotografią w kosmosie jest generalnie trudniej. To, co myślimy, mówiąc „aparat fotograficzny” – przestało się sprawdzać tam w górze jakoś od pierwszego amerykańskiego EVA (Extra-vehicular activity), spaceru kosmicznego 3 czerwca 1965 r. Trudno operować zwykłym aparatem w przestrzeni kosmicznej czy na powierzchni Księżyca. Ale to ciągle tradycyjne aparaty obudowane w specjalny sposób, przytwierdzane do drążków zabierane były w podróż. Potem oczywiście weszły cyfry, kamery, streamingi.

Od lat oglądamy odległe planety i galaktyki na zdjęciach HD, w kolorze. Te najbardziej zdumiewające i największe wykonuje teleskop Hubble’a. Pierwsze zdjęcie, jakie „wykonał” prawie 28 lat temu, wygląda podobnie do takiego, które sam możesz obecnie zrobić, celując telefonem w nocne niebo i latarnię, gdy pada śnieg. Słowem, niewiele było widać. Ale dziś rekord największego zdjęcia należy do NASA i ESA, kompilacja przeszło 7 tys. ekspozycji z 411 „wskazań” wykonana w 2015 r. To, technicznie rzecz ujmując, gigantyczny kolaż przedstawiający Andromedę. Autor: cała grupa naukowców z grupy PHAT (Panchromatic Hubble Andromeda Treasury) wykonujących „wskazania”, obserwacje i zdjęcia, które następnie montują i filtrują, by finał przypominał to, co nazwalibyśmy zdjęciem. Sytuacja z autorem i aparatem jest tutaj nadzwyczaj skomplikowana.

To chyba więcej niż operator drona. Stojąc na ziemi, patrząc w ekran, jest podgląd live view, można klikać. Po doświadczeniach z NASA, ESA, Space X itp. pojęcie fotografii chyba trzeba zredefiniować. Autor jest już pojęciem abstrakcyjnym. Bo tu nikt nie trzyma aparatu ani nie naciska spustu migawki. Aparat – jako narzędzie do pozyskiwania obrazu – to też już dość archaiczna wizja. Robienie zdjęć to funkcja dodatkowa, poboczna. Wreszcie to zdjęcie, czy to jeszcze jest fotografia?

Odpowiedź wydaje się oczywista, gdy patrzymy w książkę This Is Mars wydawnictwa Aperture. Autorem fotografii jest… maszyna – konkretniej satelita MRO (Mars Reconnaissance Orbiter) – która mapuje w bardzo precyzyjnych ujęciach powierzchnię Czerwonej Planety. Gdy przewracamy strony, nie mamy wątpliwości, że to fotografie. Są zdumiewające, wciągające, zapierają dech. Wydawca wprost zasugerował ich miejsce wśród gatunków fotografii: pomiędzy nauką a sztuką. Cała zasługa za wyjęcie zdjęć poza kontekst dokumentacyjno-naukowy przypada fotoedytorom publikacji, którymi są Xavier Barral i Sébastien Girard. Wybór i układ, poprowadzenie narracji między, wydawałoby się nudnymi i zwykłymi, widokami sprawił, że to jedna z lepszych książek fotograficznych ostatnich lat.

Zdjęcia z NASA i ESA są dostępne online, można z nich korzystać do woli. Badacze i naukowcy mają materiał do działań. Ale mają go też i przedszkolaki, o ile tylko ich opiekunowie będą na tyle kreatywni, by wykorzystać takie (niewyczerpane) źródło. Można przeglądać, pobierać, zestawiać, kompilować. Przeważająca większość z nich znajduje się w domenie publicznej. O autora nie musimy się martwić. Możemy, jako widzowie i odbiorcy, sami tworzyć z nich własne wizje.

Wróćmy do zdjęć „czerwonego auta dla Czerwonej Planety”. Zostawmy temat autora, aparatu. Po prostu się pogapmy na nie. W końcu czy nie po to jest fotografia?

 

 

Data publikacji: