Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Tomasz Stawiszyński

Widmo ortodoksji

Tomasz Stawiszyński
Widmo ortodoksji

Widmo krąży po polskiej sferze publicznej. Po jej liberalnej, demokratycznej, odległej od autorytaryzmu stronie. Widmo ortodoksji.

To widmo mówi: w stanie wyjątkowym konieczna jest jednomyślność. Wszelkie odstępstwa grożą rozproszeniem szeregów, a w konsekwencji wzmocnieniem wroga.

Czas na dyskusję, na różnice, wymianę opinii, kwestionowanie i dociekanie – już minął. Teraz nadszedł czas działania. Żeby było skuteczne, musi być wsparte na ideowym i politycznym monolicie. Ktokolwiek zatem podważa monolityczność tego monolitu, choćby mu się nawet wydawało, że robi to w dobrej wierze, w istocie nie wytwarza żadnej pozytywnej wartości, a jedynie wzmacnia przeciwnika.

Dlatego mowa nasza – mówi widmo – niech będzie: tak, tak, nie, nie, a co nadto jest od Złego pochodzi.

***

Każda ortodoksja postrzega siebie jako jedyną właściwą i jedyną prawdziwą. Inaczej nie byłaby ortodoksją. Skoro zaś ona jest właściwa – inne są niewłaściwe. Co więcej, już sama obecność tych innych, sam fakt ich istnienia, w jakiś sposób podważa ortodoksyjność ortodoksji, stanowi wyzwanie dla jej wyłącznego dostępu do prawdy albo słusznej postawy moralnej. Dlatego właśnie historia ortodoksji to zarazem historia herezji, czyli różnych, alternatywnych wobec ortodoksyjnej, opowieści o świecie, pozostających z ortodoksją w relacji dialektycznego sporu. Dialektycznego, bo – znowu, jak uczy historia – niegdysiejsze herezje, kiedy już odniosą zwycięstwo nad ortodoksją, same się w ortodoksję przemieniają i rozpoczynają pościg za kolejnymi herezjami.

I tak koło ortodoksji-herezji trwa w najlepsze.

Jednak w ciągu ostatnich plus minus dwustu, a już na pewno stu lat – na szczęście – kręci się to koło po coraz to mniejszych obszarach kultury. Na jego ruchu bowiem cierpi najbardziej wolność myśli, racjonalność, możliwość nieskrępowanego docierania do najlepszego istniejącego opisu rzeczywistości – bez względu na czyjekolwiek pragnienia, uroszczenia i fantazje. Innymi słowy, tam, gdzie panuje mentalność ortodoksyjna, nie myśli się racjonalnie, tylko siłą narzuca własne wyobrażenia. Tam się nie dąży do poznania, tylko szuka najlepszej metody, żeby utrzymać dominację własnej mitologii i uniemożliwić pojawienie się alternatywnych opisów świata.

Dlatego właśnie ostatnimi bastionami ortodoksji pozostają sfery, w których dominują emocje, a nie argumenty; wyobraźnia, a nie racjonalność; władza symboliczna i instytucjonalna oparta na micie, a nie na demokratycznej umowie społecznej.

Te sfery to religia i polityka.

***

Niepokoi mnie widmo ortodoksji krążące w środowiskach, z którymi się identyfikuję. Skupionych wokół wartości, które są mi drogie: wolności sumienia i światopoglądu, demokracji, sprawiedliwości społecznej, redystrybucji, równości wszystkich wobec prawa, walki z dyskryminacją, poszanowania prawa i trójpodziału władzy.

Niepokoi, ilekroć czytam, że tylko jedna postawa polityczna jest dzisiaj dla opozycji możliwa i właściwa. Że krytyczna ocena III RP i rządów poprzedniej ekipy jest równoznaczna z popieraniem ekipy aktualnej. Że dystans do radykalnej formy protestów i apokaliptycznej narracji, która od pewnego czasu im towarzyszy („Czas na sąd ostateczny!”), to wręcz dowód jakiejś moralnej i politycznej ślepoty. Że należy dziś w milczeniu i bezdyskusyjnie popierać tych albo tamtych.

I koniec! I nie ma dyskusji! I nie wolno mówić inaczej! I jeśli myślisz inaczej, to milcz, nie mów tego głośno!

Tak jakby wyrażanie wątpliwości, dyskusja, wspólne poszukiwanie najlepszego możliwego rozwiązania, najlepszej możliwej strategii, było jakąś niemal zbrodnią, jakimś zamachem na spoistość przekazu.

***

Sądzę, że się w tym nakazie milczenia i bezwzględnym wezwaniu do jednomyślności – a to znaczy do myślenia, mówienia i działania dokładnie takiego, jakiego sobie życzą wzywający – odzywa coś bardzo charakterystycznego dla mentalności polskiego społeczeństwa. Coś w czym członkowie i członkinie tego społeczeństwa bywają trenowani od dzieciństwa.

Nie dyskutuj. Niepytany, nie wyrywaj się do odpowiedzi. Znaj swoje miejsce w szeregu. Nie „filozuj”. Słuchaj Wielkich Ludzi. Wielkich Autorytetów. Nie kwestionuj tego, co mówią nauczyciel, nauczycielka, a już szczególnie tego, co mówi ksiądz. Ksiądz głosi przecież prawdy niekwestionowalne, stoi za nim istota, która powołała do istnienia wszystko, łącznie z tobą. Jak zatem możesz z kimś takim podejmować równoprawną dyskusję?

I tak dalej, i tak dalej. Myślę, że wszyscy doskonale to znamy – jeśli nie z autopsji, to przynajmniej z obserwacji.

***

Ten nakaz milczenia, nakaz niewychylania się, przekonanie, że ktokolwiek kwestionuje jakieś poglądy, czyni automatycznie zamach albo na tego, kto je głosi, albo na jakąś sprawę, którą one wyrażają i wspierają – otóż ten nakaz milczenia, lęk przed wolną myślą, lęk przed dyskusją jest w polskim społeczeństwie tak głęboko zakorzeniony, że odzywa się także w tych środowiskach, w których nominalnie go być nie powinno. Wśród ludzi – deklaratywnie – jak najdalszych od postaw polegających na narzucaniu jednego punktu widzenia; ceniących sobie pluralizm; postrzegających wielość i różnorodność jako ważne wartości; przywiązanych do nieskrępowanej debaty.

***

Nie jest to więc przypadek, że nie powiodły się liczne próby wprowadzenia do polskich szkół filozofii. Filozofia zachęca bowiem do nieustannego kwestionowania wszelkich oczywistości, dogmatów i powszechnie akceptowanych prawd. Nie dla samego aktu kwestionowania, oczywiście, ale zawsze wtedy, kiedy mamy wrażenie, że argumenty na rzecz ich wsparcia są niedostateczne. Zbiorowe przekonanie o ich słuszności – nawet jeśli manifestowane tonem nieznoszącym sprzeciwu – to za mało, żebyśmy musieli je przyjąć. Nikt też nie ma prawa czynić nam zarzutu tylko z tego powodu, że mamy odmienne zdanie. Przeciwnie, odmienne zdanie to wartość – pod warunkiem, rzecz jasna, że ono samo nie staje się sztywne i nie zamienia się w dogmat. Racjonalna i wolna myśl nie zna bowiem dogmatów, zna wyłącznie zdania dobrze albo wcale uzasadnione.

Jestem głęboko przekonany, że tylko w ten sposób – pielęgnując różnorodność, unikając narzucania jednomyślności, odchodząc od wszelkich postaci monoteizmu, kierując się racjonalnością, nie zaś z góry przyjętymi i niekwestionowalnymi hasłami – otóż tylko w ten sposób polską sferę publiczną można choć trochę, od środka, odrestaurować.

I nie, nie uważam wcale, że w warunkach walki politycznej jednomyślność jest konieczna. Przeciwnie – uważam, że domaganie się jednomyślności i krytyka wszelkich od niej odstępstw są na dłuższą metę szkodliwe i destrukcyjne.

Represja innych punktów widzenia, niemożność ich wypowiedzenia, być może naskórkowo i chwilowo ukrywa realne różnice i podziały, ale potem uderzają one ze zwielokrotnioną siłą. Herezje rozsadzają ortodoksję, a potem same stają się ortodoksjami.

Polska sfera publiczna i polska polityka są tak skrajnie podzielone i poszarpane konfliktami właśnie dlatego, że wszyscy domagają się tutaj od innych jednomyślności, a każdą próbę samodzielnego, krytycznego myślenia uważają za wielkie niebezpieczeństwo, które należy jak najszybciej zażegnać.

Data publikacji: