Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Julia Fiedorczuk

Po drugiej stronie chmur

Julia Fiedorczuk
Po drugiej stronie chmur

Mówi się, że „podróże kształcą”, bo pozwalają spotkać się z kimś innym, z czymś innym: z innymi pejzażami, ludźmi, zwyczajami, językami, zapachami, smakami, sposobami myślenia, stylami życia. Tylko czy we współczesnym masowym podróżowaniu w ogóle do takiego spotkania dochodzi?

„Podróże kształcą” – to stare porzekadło przychodzi mi do głowy, kiedy ustawiam się w kolejce do kontroli bezpieczeństwa. Zaczyna się sezon urlopowy, na lotnisku tłok. Pakuję swoje dobra doczesne do plastikowych kuwet, oddzielam sprzęt elektroniczny i miniaturowe kosmetyki w plastikowej torebce, ustawiam na taśmie. Zdejmuję zegarek, metalową bransoletkę, pasek. I buty, buty też. Wśród innych ogołoconych i bosych czekam na sygnał do przejścia przez bramkę. Nie uśmiechamy się do siebie ani nie rozmawiamy. Jesteśmy cool. Podróże lotnicze są dla nas przecież rutyną. Nadchodzi moja kolej. Przechodzę, nic nie piszczy, odzyskuję rzeczy. Po sąsiedzku pasażerowie lepszej klasy poruszają się linią „PRIORITY”.

Następuje czterdzieści minut czekania przed wejściem na pokład. Powietrze jest suche, sztuczne i gorące. Błąkam się po sklepach. Wielokrotnie sprawdzam na elektronicznych wyświetlaczach status lotu (neuroza). Sklepy są takie same, jak wszędzie. Oprócz standardowych towarów luksusowych, standardowe pamiątki z Polski, nierzadko made in China, tak samo jak pamiątki z Nowego Jorku czy Madrytu. Woda w plastikowej butelce za standardowe 5 złotych. Po wejściu na pokład jeszcze trochę czekania. Znudzenie. Pasażerowie lepszej klasy otrzymali już pierwsze napoje.

Kiedy czekamy na start, na ekranach wyświetla się reklama sieci ekskluzywnych hoteli: można pojechać gdziekolwiek (Mexico City, Bukareszt, Dhaka, Londyn, Sajgon) i odnaleźć podobnie luksusowe standardy. Można zaznać „autentyczności” czy nawet upragnionej „egzotyki”, nie rezygnując z pełnego komfortu. A więc przygoda, ale wolna od ryzyka bądź nawet niewygody (jak kawa bez kofeiny albo masło bez cholesterolu). A więc przeżycie, ale ubezpieczone od skutków przeżycia. Po wszystkim „będziesz kimś trochę innym”. Naprawdę?

Przede mną mniej więcej dziewięć tysięcy kilometrów drogi, poza lotniskami zobaczę jeszcze drugą stronę chmur. Ekscentryczny francuski pisarz Raymond Roussel (1877–1933) podróżował po całej Europie w skonstruowanym przez siebie pojeździe (maison-roulante) tak pochłonięty tworzeniem, że nawet nie wyglądał przez okno. Myślę o grupie licealistów napotkanej kilka miesięcy wcześniej w Alhambrze: młodzi ludzie spacerowali wśród zjawiskowych pałaców i ogrodów ze wzrokiem przyklejonym do smartfonów – naprawdę nic nie widzieli. Roussel pozostawił przynajmniej zapis działania swojej dziwnej wyobraźni. Ciekawe, że jeśli chodzi o wyalienowanie z doświadczenia, oddzielenie od bezpośredniej, materialnej rzeczywistości, „perwersja” Roussela okazuje się kwintesencją naszej normy (podobnie dystopie Williama Burroughsa przerażająco dokładnie opisują zniewolenie naszych umysłów przez rynek).

Mówi się, że „podróże kształcą”, bo pozwalają spotkać się z kimś innym, z czymś innym: z innymi pejzażami, ludźmi, zwyczajami, językami, zapachami, smakami, sposobami myślenia, stylami życia. Tylko czy we współczesnym masowym podróżowaniu w ogóle do takiego spotkania dochodzi? Owszem, szukamy „czegoś innego”, ale w bezpiecznych, kontrolowanych dawkach i tylko w takiej formie, w jakiej ta „inność” pozwala nam intensywniej odkrywać samych siebie. Ktoś bogaty wybierze sieć ekskluzywnych hoteli. Średnio zamożny polski turysta być może zdecyduje się na ofertę biura podróży proponującego wycieczki z „polską strefą”, gdzie zamiast lokalnych potraw można zjeść schabowego. Ktoś bardziej „poszukujący” pojedzie może na Wschód (na Ukrainę, do Indii). Różnica między tymi wyborami jest kwestią wyłącznie klasową: w każdym przypadku chodzi o to, żeby wyjechać daleko, ale nie za daleko, żeby było inaczej, ale w sposób przewidywalny, niezagrażający naszym wyobrażeniom i przekonaniom. Po wszystkim, owszem, „będziemy trochę inni”, ale w ramach doskonałego, zaprojektowanego, kontrolowanego JA.

Podobnie traktujemy przyrodę: fetyszyzujemy „naturę” (tak jak reklamy biur podróży fetyszyzują „egzotykę”), jednak kontakt z pozaludzką przyrodą interesuje nas tylko wtedy, kiedy dochodzi do niego na naszych warunkach. Dzikość – tak, ale w formie pięknego pejzażu, przyjemnego zwierzęcia (delfin w oceanarium, nie pająk w mieszkaniu), balsamu do ciała („ręcznie zbierane syberyjskie zioła”) lub zdrowej, „organicznej” (sic!) żywności.

W słynnym fragmencie powieści Pod osłoną nieba Paula Bowlesa jeden z bohaterów tak opisywał różnicę między podróżnikiem a turystą: podczas gdy turysta myśli tylko o tym, żeby wrócić do domu (do siebie), podróżnik właściwie nie ma domu (czyli nie ma siebie). Dość pretensjonalnie brzmią dzisiaj te słowa, zwłaszcza w ustach Amerykanina podróżującego po Afryce Północnej, szczególnie w kontekście migracji wymuszonych w ostatnich latach przez zmiany klimatyczne i konflikty. W obliczu tych najdramatyczniejszych podróży wszyscy jesteśmy turystami. Jedziemy, zdobywamy wrażenia i pamiątki (stosowne do statusu materialnego czy intelektualnego), po czym wracamy do domu.

To paradoks, ale podróżnikiem byłby może dzisiaj ktoś, kto nie opuszcza swojego miasta lub wsi: zwykły spacer może być bardziej odkrywczy i otwierający niż wyprawa za ocean. Po drugiej stronie chmur przypominam sobie jedno zdanie z Waldena Thoreau: „I have traveled a great deal in Concord…” (Dużo podróżowałem w Concord). Wszędzie można doświadczyć czegoś nowego, to raczej kwestia skupienia i cierpliwości niż pokonywania wielkich odległości. W mieście, z którego wyjechałam, zapada już mrok, ale niebo wokół mnie jest niebieskie. Przez moment staram się tu właśnie być, nie uciekać.

Data publikacji: