Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Tomasz Stawiszyński

Lepszy świat

Tomasz Stawiszyński
Lepszy świat

Meghan Markle i książę Harry. Ta para zdominowała w ostatnim tygodniu właściwie wszystkie dostępne pasma medialne, wszystkie możliwe serwisy informacyjne, strony internetowe, programy telewizyjne.

Odezwało się w związku z tym sporo głosów zaskoczenia, a nawet oburzenia.

Oto – przekonywano – pośrodku późnej nowoczesności, globalne zainteresowanie budzi archaiczna ceremonia religijna (ślub kościelny), w której na dodatek bierze udział przedstawiciel archaicznej grupy społecznej (arystokracji), będący zarazem członkiem ekstremalnie archaicznej podgrupy wewnątrz tamtej grupy (czyli monarchii).

Wydawać by się mogło – pisano tu i ówdzie – że przecież doskonale już sobie dzisiaj wszyscy uświadamiamy arbitralność i fikcyjność arystokratycznych, a tym bardziej monarchicznych uroszczeń do jakiejkolwiek wyjątkowości.

Niegdysiejsze uprzywilejowanie hrabiego czy króla rozpoznajemy bezbłędnie jako wynik zdecydowanie niesprawiedliwych mechanizmów awansu społecznego, umożliwiających wąskim kręgom gromadzenie i reprodukowanie bogactwa w obrębie własnego rodu czy klanu.

I tak dalej, i tak dalej. O absurdalności samej idei monarchii – choć wciąż są tacy, którzy zdają się brać ją całkiem na poważnie – już nawet nie wspominając.
Jeśli więc jeszcze w niektórych krajach tego rodzaju instytucja istnieje, ma funkcję wyłącznie reprezentacyjną, jest czymś w rodzaju utrzymywanej przez całe społeczeństwo trupy teatralnej, która ma co najwyżej za zadanie zabawiać gawiedź. Nikt już jednak – z drobnymi wyjątkami, jako się rzekło – nie traktuje tego poważnie.

Dlaczego zatem – pytano retorycznie – cały świat wpatrywał się jak zaczarowany w spektakl królewskiego ślubu? Dlaczego największe międzynarodowe stacje telewizyjne transmitowały tę uroczystość w czasie rzeczywistym? Dlaczego Meghan Markle i książę Harry stali się stałymi gośćmi w naszych domach? Dlaczego wiemy o nich – i o ich życiu – bez mała wszystko? A co najważniejsze – dlaczego przeżywamy ich emocje z taką samą, a być może nawet większą, intensywnością, jak nasze własne?

***

Dzisiejsi celebryci są czymś na kształt dawnych bogów i herosów, niegdyś zaludniających mitologiczne opowieści, dziś – komputerowe, telewizyjne oraz kinowe uniwersa. Stanowią doskonały ekran projekcyjny dla rozmaitych naszych pragnień i tęsknot, dla naszych niespełnień, oczekiwań i lęków. A także dla naszej agresji, zawiści i resentymentu – bo przecież największą popularnością cieszą się te doniesienia, w których mowa o ich kłopotach, skandalach i aferach. Wiodąc mało spektakularne życia w kulturze, która od najmłodszych lat nasyca nas wielkościowymi fantazjami i marzeniami, dostajemy dzięki celebrytom możliwość przeżywania własnych alternatywnych losów. Stajmy się podobni do bohatera słynnego opowiadania Jamesa Thurbera The Secret Life of Walter Mitty – najzwyklejszego obywatela, który w wyobraźni przeżywa niesamowite, heroiczne przygody. Tyle że my doświadczamy ich za pośrednictwem cudzych życiorysów. 

***

Współczesna kultura uczy nas, że ludzkie życie przypomina – a w każdym razie powinno przypominać – dobrze skonstruowany scenariusz, w którym istnieją odpowiednie etapy, zwroty akcji, momenty węzłowe, rozwiązania fabularne oraz archetypowe wątki. Dzieciństwo, edukacja, praca, miłość, małżeństwo, rodzicielstwo, spełniona jesień życia, wnuki, a potem nieodgadnione, nieokreślone Coś. Do realizacji tego scenariusza jesteśmy obligowani nieustannie i na każdym kroku. Wszelkie odstępstwa od przewidzianej struktury fabularnej, obciążają wyłącznie nas. Bo nie mamy wystarczająco dużo samozaparcia. Bo nie szlifujemy talentu. Bo nie przepracowaliśmy trudnego dzieciństwa. Bo niewystarczająco realizujemy własny potencjał. Bo uświadomiliśmy sobie tego albo tamtego. Bo stosowaliśmy niewłaściwą dietę. Bo nie ćwiczyliśmy odpowiednio często. Bo paliliśmy papierosy i piliśmy alkohol. Et cetera.

Realne życie – naturalnie – w ogóle nie przypomina tego fikcyjnego scenariusza. I nigdy nie przypominało. Co nie przeszkadza nam weń wierzyć i potępiać tak siebie, jak i innych, kiedy się o tym, mniej lub bardziej boleśnie, przekonujemy.

***

Tymczasem – jak się dowiadujemy z mediów – jest gdzieś świat, w którym takie scenariusze realizują się „naprawdę”.

Trwa to tylko przez moment, tylko tu i teraz na ekranie telewizora albo komputera, bo prędzej czy później, po miesiącach albo latach, zza tej doskonale skonstruowanej dekoracji i tak zaczynają przezierać zdrady, uzależnienia, przedwczesne śmierci, szaleństwo, splątania i przemoc. Ale magnetyczna siła tego obrazu i tak jest przemożna.

Kiedy natomiast zaczyna się on psuć, nie tylko nie tracimy naszej wiary w ów istniejący gdzieś indziej lepszy świat, ale przeciwnie: z ogromnym zaangażowaniem zasiadamy przed komputerami i rozpoczynamy wnikliwe studium rozkładu.

Data publikacji: