Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Julia Fiedorczuk

Bezduszna racja

Julia Fiedorczuk
Bezduszna racja

Taka sytuacja: ruchliwa stacja warszawskiego metra, powiedzmy, Wilanowska. Przepływ ludzi między stacją a położonym zaraz obok przystankiem tramwajowym odbywa się zgodnie z obowiązującymi zasadami: na schodach i w prowadzących na zewnątrz podwójnych drzwiach wszyscy trzymają się prawej strony. W pewnej chwili jakaś kobieta zaczyna iść pod prąd. Jest zamyślona, mocno coś przeżywa, trudno powiedzieć – wesołego czy smutnego, choć raczej to drugie (garbi się nieznacznie). Nie widzi, że z naprzeciwka zdecydowanym krokiem nadchodzi młody mężczyzna. W przeciwieństwie do zamyślonej on wszystko widzi, wszystko „ogarnia” i już się cieszy na zderzenie, które faktycznie zaraz następuje. Waląc prosto przed siebie z pewnością kogoś, kto zawsze wie, gdzie jest i dokąd zmierza, mężczyzna spycha kobietę ze swojej drogi. Gwałtownie wyrwana z zamyślenia traci grunt pod nogami, ale nie upada; niezdarnie łapie równowagę, coś upuszcza, podnosi – żałośnie to wygląda. Patrzy na mężczyznę z zaskoczeniem w oczach, spotyka jego spojrzenie, w którym widać satysfakcję i odrobinę pogardy.

Faktycznie, wlazła mu pod nogi i to on ma „rację”. Idąc pod prąd, to ona popełniła błąd. „Przepraszam” – mamrocze, choć już nie do niego, facet dawno pobiegł swoją drogą, krótko cieszył się z tego mikroskopijnego triumfu, ale dobre i to – nie ma to jak przywalić komuś bezkarnie, na mocy niekwestionowanej „racji”. Wyżyć się trochę na drugiej osobie, ale pozostać „sprawiedliwym”, kto tego nie lubi?

„Mieć rację” – co to właściwie znaczy i dlaczego tak nam na tym zależy? Jak bardzo zależy, to wie każdy, kto otarł się o media społecznościowe (tak dużo było w ostatnich czasach na ten temat, że nie będę drążyć). Jakże trudno ustąpić w jakimkolwiek sporze, jak wiele satysfakcji wiąże się ze stwierdzeniami: „Wyszło na moje”, „A nie mówiłam?”, „Jest tak, jak ja twierdzę” – a jeśli dekretuje to jakieś prawo (ruch jest prawostronny!), wtedy pozostaje tylko czekać na kogoś, kto się pomyli.

Słowo „racja” wywodzi się od łacińskiego ratio oznaczającego rozum, rachunek, powód, podstawę, przyczynę. Słownik języka polskiego PWN (Warszawa 1984) podaje następującą definicję: „słuszność poglądu, zdania, stanowiska, postępowania; zgodność z rzeczywistością tego, co ktoś mówi”. „Racja” ma więc pozytywne konotacje (rozum, racjonalność etc.), ale kojarzy się również z „podstawą” i „przyczyną”, a zatem z gruntem, na którym można stanąć. Od gruntu pod nogami niedaleko do terytorium. Najpopularniejsza w polszczyźnie fraza z „racją” brzmi mieć rację. Mieć rację to jak mieć terytorium? Być u siebie, na swojej ziemi; być w prawie. „Święta racja” – tak się czasem mówi. Drugie słownikowe znaczenie „racji” brzmi tak: „wyznaczona porcja czegoś (zwłaszcza żywności, napoju): dzienna, tygodniowa racja. Podwójna racja. Racja chleba, zupy. Wydzielać, rozdawać, przydzielać komuś racje żywnościowe”.

Kto nie lubi mieć racji? Ja lubię, przyznaję się bez bicia. Ale mieć rację, to jak mieć cokolwiek innego (chleb, zupę, ziemię, kawałek prawdy). Pragnienie, żeby mieć rację, jest tak samo egocentryczne, jak pragnienie, żeby mieć, przykładowo, dużo pieniędzy, przy czym warunkiem „posiadania” racji jest to, aby nasz przeciwnik jej nie posiadał (szczególnie dobrze widać to w polityce). Pragnienie posiadania zawsze odnosi się do ja. W racji nie chodzi o rzeczywistość, praktyczne rozwiązanie jakiegoś problemu, ulgę przyniesioną jakiejś osobie, poprawę sytuacji w jakimś kraju, chodzi o to, żeby „wyszło na moje” – tak jak w opisanej na początku sytuacji nie chodziło o usprawnienie ruchu, a jedynie o podkreślenie własnej, gwarantowanej „prawem” przewagi.

Czy bylibyśmy gotowi ucieszyć się, że w jakimś sporze wygrywa nasz przeciwnik, gdyby oznaczało to, że pojawiło się wyjście z jakiegoś impasu? A jeśli ktoś faktycznie zrobił błąd, czy umielibyśmy odnieść się tylko do błędu, bez ubierania swojego ja w kostium zwycięzcy? Czy dalibyśmy radę odrzucić swoją rację, jeśli oznaczałoby to szybsze rozwiązanie jakiegoś konfliktu? Kiedy już człowiek coś ma („rację,” „terytorium”), tak trudno z tego zrezygnować! Trzymamy się tych rzeczy, materialnych i niematerialnych, zaciskając dłonie, zatrzaskując umysł, nierzadko tracąc z pola widzenia rzeczywistość (podobno Einstein odrzucił mechanikę kwantową z przywiązania do swojego skądinąd genialnego wglądu w naturę wszechświata). Zaciśnięte dłonie nie mogą niczego ofiarować; puste dłonie to otwarte dłonie. Warto czasem spróbować życia „z pustymi rękami”: nie mieć racji. Przepuścić tę zamyśloną kobietę. Nie pragnąć triumfu. Nie chcieć, żeby ten drugi był w błędzie. Posłuchać, popatrzeć, zaczekać.

Data publikacji: