Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Michał Książek

Sto brzóz

Sto brzóz

Alei się nie wycina, aleję się burzy. Kiedy drzewa już leżą zwalone, przypominają ruiny.

Po wycięciu zostaje pustka. Jakiś dziwny rodzaj przestrzeni do zaakceptowania. Nie do zaakceptowania. Nie wiadomo, czy pustka jest miejscem, czy też miejsca brakiem. Takie coś do wypełnienia. Ptak? Sarna? Słońce? Nie zapełnią jej ptak, sarna, słońce. W miejsce po ulubionym drzewie nie pasuje nic innego. Nawet inne drzewo tego samego gatunku. Z tego samego widoku. Powidok działa kojąco, ale tylko przez chwilę. Ból fantomowy po kawałku znanej rzeczywistości. Kawałku świata. Tożsamości.

Po obu stronach drogi z Narewki do Olchówki rosną brzozy. Sto brzóz. W sierpniu, kiedy liście są już dojrzałe i twarde, dźwięk brzozowy zyskuje pełnię brzmienia. Dobrze słychać go w słowie szum, ale też szelest. Po rosyjsku szurszanije, szoroch. Po białorusku podobnie: szargot, szpacienije. W słowackim słychać śuchotanijeśaśtanije. Nawet niemieckie rauschen i angielskie swish mają w tych roślinnych słowach głęboko ukrytą głoskę s, ś lub sz. Jakby ludy lasów mieszanych strefy klimatu umiarkowanego zapożyczyły s od drzew. Nauczyły się go od liści i traw. Język polski jest liściasty. Brzozowy. Dębowy. Lipowy. Stary słowiański sygnał ciszy: pssst brzmi jak rozkaz, że słychać ma być tylko głoskę s. Szum. Szmer. Szelest. Psssst!

Szukanie pragłoski s w koronach wielkich drzew to było dobre zajęcie tamtego dnia. Szedłem z Narewki do Guszczewiny, Olchówki i Masiewa. Żeby znów usłyszeć od tutejszych, jak nazywają czajkę książeczką (knihołka). Żeby wyciągnąć kolejną historię o wpuszczaniu padalców do luf dwururki, dla poprawienia celności. Albo wiązaniu czerwonych wstążek na rozstajnych krzyżach, coby się krowy dobrze pasły. Pod koronami drzew myślało się dobrze.

Hasającym po alei zmysłom odpowiadały częstotliwości dźwięków, warunki wilgotnościowe, zmacerowane przez chlorofil światło. Stało się jasne, choć nieco zielonkawe, że dwie najważniejsze w historii szkoły – Akademia Platona i Liceum Arystotelesa – mieściły się w gajach i ogrodach, pośród drzew. Liceum założono właściwie w lesie, wokół świątyni Apollina, na wschodnich przedmieściach Aten. Był to instytut, którego pracownicy i studenci filozofowali pieszo, spacerując promenadami i alejami. Dlatego nazywano ich perypatetykami, czyli przechadzającymi się. Podstawy filozofii, tak ważne pojęcia jak substancja czy byt, metafizyka i botanika, powstawały w cieniu drzew. Filozofowie słyszeli drzewa.

Każdy gatunek brzmi inaczej, na przykład szum brzozowy jest zupełnie odmienny od świerkowego. Tamtego dnia wiatr nie sprzyjał oznaczaniu gatunków drzew po szumie. Najlepsze są wiatry zachodnie o ciągłym powiewie. W alei zaś hulały pojedyncze podmuchy, ale czasem układały się w jeden nieprzerwany krajogłos brzozowy, podkreślany śpiewem trznadla i ortolana. Szum brzozy można porównać do sypiącego się żwiru bądź dźwięku falujących zasłon z cekinami. Świerk natomiast mruczy basem, trochę jak jednostajna ulewa bijąca w ziemię i dachy. Sosna to też woda, ale płynąca, opływająca kamień, strumień po prostu. Topola o twardych dużych liściach szeleści metalicznie i brzmi jak odgłosy szermierki. Krajogłos, kategoria równie ważna jak krajobraz, jest inny w różnych częściach Polski. Można się go nauczyć. Ma wpływ na samopoczucie słuchacza, dlatego zasługuje na uwagę i ochronę.

Po wycięciu drzew nastaje cisza. Wiatr prawdopodobnie przemieszcza się gdzieś tam u góry, ale nic go już nie zdradza. Nie słychać dźwięku wody, metalowych ozdób świata. Tej fonii, która powstawała na skraju liścia o piłkowanym brzegu i romboidalnym kształcie. Nie bez znaczenia dla szumu jest też pewnie fakt, że liście brzozy umiejscowione są skrętolegle, tzn. pączki wzdłuż gałązki siedzą spiralnie. Dlatego mysikróle i sikory, kiedy żerują, tak właśnie się przemieszczają, zaglądając na spodnią stronę pędów. Wiatr zapewne też, wywołując przy tym owe wrażenia, wiatr też. Szum brzozy wydaje się najłatwiejszy do rozpoznania ze wszystkich polskich drzew.

Di di di djuuu! Trzy wysokie tony i ostatni niski. Trzy ósemki i półnuta. Tak śpiewa ortolan. Bardzo podobnie zaczyna się V symfonia Ludwiga van Beethovena. Wieść krajoznawcza głosi, że kompozytor miał usłyszeć śpiew ptaka i przenieść go na pięciolinię. To całkiem możliwe, wszak urodził się w kraju, w którym chętnie sadzono aleje, a właśnie w alejach żyją ortolany. Beethoven miał więc wiele okazji, by słuchać jego pieśni. Pieśni ptaka, który lubi żyć tam, gdzie zbiega się pustka z miejscem: w alejach.

Żółty wąs i takaż broda na tle siwego kołnierza i główki. Oczka piwne. Cynamonowy brzuszek. Na plecach pstrokacizna brązów i cieni. Nagły brak tych cech w krajobrazie jest stratą, nic ich nie zastąpi, bo nikt nie wygląda jak Emberiza hortulana. Jeszcze bardziej dojmujący jest brak ortolaniej pieśni w krajogłosie. Wielka dziura w polnej fonii. Symfonii, krajofonii. Specyficzny rodzaj ciszy, po ptaku, którego obecnością jest pieśń. Którego bardziej słychać, niż widać. Trzy ósemki i półnuta.

Różne gatunki drzew nie przeszkadzają sobie w szumie i szeleście, nie tworzą kakofonii jak sztuczne dźwięki miasta. Mimo odmiennych częstotliwości i wysokości tonów zawsze współszumią, tworząc jeden krajogłos. Zawsze przyjemny i pożądany. Czemuś brzoza współbrzmi z topolą, a szum sosny stanowi świetne tło dla ich sypkich dźwięków. Pejzaż dźwiękowy alei doskonale uzupełniają ptaki. Słychać ortolana i trznadla, dalej skowronka i piecuszka. Monotonię tego dziwnego utworu muzycznego, jakim jest krajogłos, przełamuje archetypiczne krruu! kruka. Trudno znaleźć człowieka, któremu przeszkadzałby szum drzew i głosy ukrytych w nich ptaków. Trudno znaleźć kogoś, kto łatwo zaakceptuje ciszę po nich.

Aleją idzie się dobrze. Kierunek wydaje się trwale wrośnięty w widok. Droga pewniejsza, a przyszłość oczywista. Cztery strony świata nie kuszą, nie dokuczają możliwościami innych obecności. Impuls sarny nie jest aż tak silny, by wywabić idącego w pola. Aleją idzie się dobrze. Daje wrażenie bycia w środku, nie gdzieś w świecie. Nie ma mowy o bezdomności, kiedy idzie się aleją. Jej związki z architekturą są oczywiste; jest jak archetyp domu. A może tylko te pojedyncze drzewa, które ją tworzą. Przecież mieszkaliśmy w nich, na nich, pod nimi. Aleją idzie się dobrze.

Co to za styl? Z jednej strony monumentalizm, z drugiej – dynamika i wrażenie ruchu. Do tego liczne światłocienie, jak w baroku. Biała kora i porosty tworzą stiuki, poziome gałęzie zaś gzymsy obwieszone girlandami sypkich liści. Wokół odłamanych gałęzi i nielicznych dziupli narosły zwoje tkanki przyrannej ułożone jak zdobne kartusze wokół magnackich herbów. Porosty z rodzaju brodaczka, w postaci długich starczych bród, zwisają nad nimi niczym świąteczne festony. Pierwszy plan, jak nakazuje barokowy kanon, znajduje kontynuację w odległych, chyba domalowanych zabudowaniach wsi Guszczewina. Całość przykryta wielkim niebieskim niebem i oparta na pilastrach albinotycznych brzóz. Ich pnie dzielą tor lotu bociana na odcinki, jak w myśli eleaty. Podlaski barok brzozowy.

Kilometr dalej aleja wygląda już na prostszy zamysł architekta: ma czytelną i zwartą bryłę, oko chętnie ogląda ją z perspektywy pól. Stare brzozy stoją mocno na ziemi, są jak kopulaste kaplice. Wewnątrz tworzą nawę o łagodnym półkolistym sklepieniu, gdzie nie brak detali i marmurowych żył. Pilastry pni zamieniają się w renesansowe rzeźby. A przez łagodne arkady między koronami brzóz można spoglądać na pola jak z wnętrza budynku. Tyle że nie krzyż albo kwadrat są tu wyrażeniem doskonałości, ale linia prosta. Podlaski renesans brzozowy.

Kiedy drzewa już leżą zwalone, przypominają ruiny. Alei się nie wycina, aleję się burzy. Kłody i gałęzie wyglądają jak zwały gruzu. Czekają na uprzątnięcie. Porozwalane garście nasion i liści, jak wysypane ze skrytek, po rabunku, po niespodziewanym przeszukaniu. Tylko największe kataklizmy wywołują takie skutki. Wojna, trzęsienie ziemi, pożar. Niepokój. Strach. Dyskomfort. Czy wspomnienia stąd są prawdą? Nie jesteś już tym samym, kiedy to, co pamiętałeś tak dobrze, nie istnieje. Gdzieś pomiędzy kikutami bieli i czerni są te wszystkie miejsca, w których widziałem wtedy ortolana. Trzy ósemki i półnuta. Nie do uratownia, nie do odtworzenia.

I ten niespodziewany nadmiar przestrzeni. Naprawdę tyle jej tu było? Nie ma czym tego mierzyć, czym ograniczyć. Jest nieokiełznana, bez środka i dominant. Niegeometryczna. Przelewa się bezkarnie nad stu świeżymi pniakami. Masz w głowie mapę miejsca, którego już nie ma. Mapa jest jakaś żywa, pulsuje jak wewnętrzny organ. Domaga się terytorium.

Data publikacji:

Michał Książek

Poeta, reportażysta, kulturoznawca i ornitolog. Zdecydowany przeciwnik disco polo w świetlicach i na dyskotekach szkolnych.