Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii. Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szanowni Czytelnicy!

Serdecznie polecamy zapisanie się do naszego newslettera. W środku, nie zawsze regularnie, jeszcze więcej „Przekroju” i unikatowe treści, których nie znajdziecie nigdzie indziej!

Z poważaniem,
Redakcja
PRZEPOLACY
Adam Węgłowski

Ryba biskup, czyli bałtycki Aquaman

Ryba biskup, czyli bałtycki Aquaman

Za czasów Jagiellonów na królewskim dworze pojawił się duchowny pokryty rybią łuską. Kim był?

Pochodzący z Atlantydy Aquaman – spopularyzowany w komiksach Marvela i filmach o superbohaterach – ma swój nieco bardziej świątobliwy odpowiednik w tajemniczym mieszkańcu Bałtyku sprzed kilkuset lat. Najpełniej opisał go francuski historyk Henri Spondanus (1568–1643), a doniesienia te podchwycili potem uczeni niemieccy.

Ze wszystkich tych przekazów można wywnioskować, że w 1433 r. przy polskim wybrzeżu wyłowiono morskiego stwora o posturze człowieka, na dodatek ubranego w biskupie szaty i mitrę. Gdy przedstawiono go miejscowym duchownym, wyraźnie się ożywił i wyglądał na poruszonego. Zaczął się przed nimi wić w pokłonach, nie potrafił jednak wykrztusić z siebie ani słowa. Postanowiono więc odstawić go na dwór królewski (zapewne licząc, że tam znajdą się odpowiedni poligloci lub logopedzi).

Nasz bałtycki Aquaman, czy raczej ryba biskup, jakoś zniósł długą drogę. A kiedy zobaczył go król – a wedle daty musiał to być Władysław Jagiełło – zamknął stwora w wieży. Po czym zaczął omawiać z własnym episkopatem, co uczynić z przybyszem nie z tego świata. Ostatecznie król postanowił wypuścić „duchownego” z powrotem do morza. Ów poczuł się znakomicie w swoim żywiole, radośnie zanurkował i więcej już się nie pojawił.

Drugie bliskie spotkanie

Przynajmniej do roku 1531. Wtedy to francuski medyk, profesor Guillaume Rondelet, zobaczył w Rzymie portret kolejnego (?) Aquamana wyłowionego w Polsce. Jak się dowiedział Francuz, tego dziwoląga także zabrano przed oblicze polskiego króla – a więc Zygmunta Starego. Stwór sygnalizował jednak na tyle jasno, że chce wrócić do wody, że go wypuszczono. Królowa Bona najwyraźniej nie protestowała, Stańczyk zaś powściągnął język.

Inna wersja historii z 1531 r. mówi, że owego Aquamana wyłowiono koło niemieckiego wybrzeża i żywy już do wody nie wrócił. Jakkolwiek było, trudno nie łączyć obu historii z bliźniaczo podobną opowieścią o „mnichu morskim” wyłowionym u wybrzeży Zelandii w 1546 r. i odstawionym na dwór duńskiego władcy Christiana III. Na ilustracji z epoki wygląda jak pełnokrwisty zakonnik – z tonsurą, ubrany w habit (a w zasadzie jego łuskowy odpowiednik). Nie zdążył zdradzić żadnej tajemnicy, bo pomarł. Na rozkaz władcy zwłoki stwora pochowano głęboko, aby nie dostarczać poddanym tematów do niestosownych i bluźnierczych dyskusji.

Jacques de Gheyn III "Tryton dmuchający w róg", ok. 1615
Jacques de Gheyn III "Tryton dmuchający w róg", ok. 1615

Haczyki propagandowe

Współcześni naukowcy – jak to oni – oczywiście podważają niezwykłość tych wydarzeń. Zwracają uwagę, że pod koniec XVI w. rysunki duchownych-ryb rozprowadzał m.in. francuski chirurg Ambroise Paré mający sympatie raczej protestanckie, antypapieskie. Ukazywanie katolickiego kleru w formie dziwadeł mogło więc być akcją czysto polityczno-propagandową.

Badacze uparcie twierdzą, że jeśli cokolwiek w rzeczywistości wyłowiono z Bałtyku, to co najwyżej kałamarnicę, dziwaczną foczkę (np. kapturnika) lub inną raszplę. Albo nawet rozkładające się zwłoki jakiegoś morskiego zwierzęcia. Tylko czy trup przyjaźnie zamachałby płetwą lub ogonem?

Dziwne z jakimi oporami przychodzi światu naukowemu zaakceptować fakt, że w XV–XVI stuleciu Jagiellonowie mogli nawiązać stosunki dyplomatyczne z cywilizacją Atlantydów. Starożytną, jednakże mającą własne duchowieństwo – bo to właśnie zakonnika wysłała jako ambasadora do dalekiej Polski. To absolutnie zrozumiałe i przywodzi na myśl analogię z „lądowymi” zwyczajami: na podobnej zasadzie w XIII w. wyruszyła z Europy na odległy dwór mongolskiego chana misja z udziałem Benedykta Polaka.

Alternatywą jest, że u naszych wybrzeży rozwijała się podmorska Polska bis. Z własnymi władzami, klerem, poddanymi. Ba, może jej mieszkańcy nadal tam żyją? O ile oczywiście rodacy z lądu nie wytruli ich jeszcze zanieczyszczeniami.

Data publikacji: