pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

 

Halo, tu "Przekrój", Twoja lektura na jesienne dni, a w niej wszystko: od literatury po rozrywkę. Przesyłki na terenie Polski są (nadal!) darmowe, więc nie zwlekaj dłużej!

Kup numer jesienny

Jesienią działaj z głową. Jesienny numer kwartalnika możesz zamówić z dostawą do domu i w zestawie z zeszytem krzyżówek. Przesyłki na terenie Polski są (nadal!) darmowe.

Kup numer jesienny z krzyżówkami
Przekrój
W wielką podróż ruszył tylko raz, a potem przez 23 lata mozolnie analizował i opisywał zarówno ...
2020-03-20 10:01:00

Powściągliwy pan Darwin i jego niebezpieczna idea

Charles Darwin, ok. 1880 r., zdjęcie: Heritage Image Partnership Ltd/Alamy Stock Photo
Powściągliwy pan Darwin i jego niebezpieczna idea
Powściągliwy pan Darwin i jego niebezpieczna idea

Gdyby spróbować opisać w kilku słowach historię Karola Darwina i jego rewolucyjnej teorii, mogłoby tych słów być pięć. I wszystkie na literę „p”: przypadek, powściągliwość, pomysłowość, praktyczność i pracowitość…

Czyta się 18 minut
Czyta Grzegorz Kwiecień

Kiedy 27 grudnia 1831 r. HMS „Beagle” w końcu opuszczał brytyjski port w Ply­mouth, nikt nie miał pojęcia, że właś­nie przestawiła się zwrotnica losów ludzkości, dzięki czemu nasz gatunek miał kilkadziesiąt lat później wyruszyć w najbardziej fascynującą, pouczającą i brzemienną w skutki podróż w swojej intelektualnej historii.

Przypadkowa podróż pomimo nosa

Na pewno nie myślał o tym niespełna 23-letni absolwent studiów licencjackich Karol Robert Darwin, dzięki kilku znajomościom zatrudniony na pokładzie jako „geolog i gentleman”, którego kapitan Robert FitzRoy zabrał głównie po to, żeby mieć inteligentnego partnera do konwersacji w czasie trzyletniego rejsu badawczego. Już wypływając, byli opóźnieni o ponad miesiąc, głównie z powodu szalejących w grudniu sztormów, ale też dlatego, że przynajmniej jeden dzień stracili na świąteczne pijaństwo.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Darwin nie wiedział, że o mało co nie załapałby się na rejs, dlatego że przy ich pierwszym spotkaniu FitzRoy, wielki zwolennik modnej wówczas frenologii (szukającej powiązań między rysami twarzy a cechami charakteru), chciał go odrzucić za „dziwny nos”, ponoć niezwiastujący ani szczególnego intelektu, ani wymaganej determinacji. Jednak podczas pierwszej rozmowy zmienił zdanie i przynajmniej tym razem pseudonaukowa teoria nie stanęła na drodze prawdziwych odkryć. I wcześniej, i – co zaskakujące – prawie 200 lat później zdarzało się to często.

Darwin był młody, bystry, wykształcony w Cambridge i pochodził z bardzo dobrej rodziny z długą inteligencką tradycją. Jego ojciec był znanym lekarzem, a dziadek Eras­mus – oprócz swojej uczciwie zasłużonej sławy kobieciarza i hulaki – znanym geologiem. Sam Karol wbrew woli rodziny porzucił studia lekarskie i wprawdzie zaliczył później zwykły licencjat (w tym kurs geologii), ale od studiowania wolał nad wyraz szlachetne przyjemności, takie jak konne wycieczki, polowanie na ptaki i kolekcjonowanie rzadkich chrząszczy. Wprawdzie zawsze interesował się światem przyrody i dużo o tym czytał, lecz jak sam później twierdził, w tym czasie więcej przyjemności sprawiali mu Szekspir, Milton i Byron wraz z kilkoma innymi poetami. Z pewnością jednak był uczciwy, metodyczny i dociekliwy. Na wyprawie miał głównie zajmować się geologią i zbierać wszelkie możliwe okazy, zarówno zwierząt i roślin tuż przed zebraniem całkiem jeszcze żywych, jak i tych martwych od bardzo dawna – w formie skamieniałości. Podejrzewam, że wyprawę traktował jako ciekawą przygodę i czas na przemyślenie, co dalej z życiem robić.

Praktyczne wnioski z podglądania psów

Rejs HMS „Beagle” odrobinę się przeciągnął i z planowanych dwóch–trzech lat zrobiło się pięć. Darwin zmienił się w tym czasie nie do poznania. Z rozkojarzonego studenta stał się poważnym badaczem przyrody ożywionej (czy też, jak wówczas to określano, „historii naturalnej”) i geologii. Kiedy wrócił do Anglii, jego sława jako zbieracza okazów dotarła tam już przed nim, a zawiedziony dotychczas ojciec wreszcie zaczął być z syna dumny. Karol opłynął właśnie świat dookoła, odkrył i opisał mnóstwo gatunków żywych i wymarłych, a okazy z zebranej przez niego kolekcji, przesyłane sukcesywnie w czasie całej wyprawy, do tej pory można oglądać w muzeach. Najsłynniejszym, oczywiście, epizodem podróży była wizyta na Galapagos. To tam młody naukowiec przekonał się, że zamieszkujące poszczególne wyspy archipelagu ptaki, choć podobne, nieco się między sobą różnią i wykorzystują swoje niejednakowo zbudowane dzioby do różnych zasobów pokarmu. Teraz te ptaki nazywamy ziębami Darwina albo darwinkami. Także gigantyczne żółwie lądowe na każdej z wysp wyglądają nieco inaczej. Czy to możliwe, że zwierzęta te pochodzą od wspólnych przodków – odpowiednio darwinek i żółwi? (Galapagos z pewnością jest dla mnie miejscem takim jak Mekka dla muzułmanina. Jako przyrodnik muszę je kiedyś odwiedzić).

Ale dla mnie najciekawsze są jego wizyty w miejscach, które sam często odwiedzam i bardzo lubię, czyli na Falklandach, gdzie spędził kil­ka tygodni (trochę dłużej niż na Galapagos) na przełomie lat 1833 i 1834, oraz w Kanale Beagle, odkrytym przez załogę tego samego statku podczas poprzedniej wyprawy. Na Falklandach Darwin napotkał wilki falklandzkie, jedyne lądowe ssaki tych wysp. Wszystko inne, co tam żyje, musiało na Falklandy dolecieć albo dopłynąć, ale wilki najprawdopodobniej przeszły po lądowym moście, który połączył wyspy z Ameryką Południową w trakcie ostatniego zlodowacenia. To nie były prawdziwe wilki – takie, jakie znamy. Ale należały do rodziny psowatych, rozmiarami przypominały średniej wielkości psa, a z badań genetycznych wynika, że ich najbliższym krewniakiem był wilk grzywiasty zamieszkujący południowoamerykańskie pampasy. Żyły sobie bezstresowo w środowisku bez wrogów, polując na ptaki morskie oraz szczenięta uchatek i lwów morskich, a kiedy na wyspy zaczęli od XVII w. docierać żeglarze i – od roku 1764 – koloniści, bez lęku podchodziły do ludzi, wiedzione ciekawością wrodzoną wszystkim drapieżnikom. Żeglarze zaś zabawiali się w ten sposób, że jedną ręką oferowali im kawałek mięsa, a gdy taki trochę wilk podchodził, zabijali go nożem lub pałką trzymaną w drugiej ręce. Nie ma dla mnie lepszej ilustracji stosunku człowieka do przyrody.

ilustracja: Marek Raczkowski
ilustracja: Marek Raczkowski

Sam Darwin zauważył więc, że jako gatunek długo nie przetrwają. Nadał im naukową nazwę Dusicyon australis, czyli „głupi pies z południa”, odwołując się do ich nieodczuwania lęku przed człowiekiem. Opisując je, wyraził też przekonanie, że „w ciągu niewielu lat po regularnym skolonizowaniu wyspy wilk ten, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, należeć będzie razem z dodo do zwierząt, które zniknęły z Ziemi”. Ostatni wilk falklandzki został zabity kilkadziesiąt lat później, w roku 1876.

O ile pobyt na Falklandach i wynikające z niego przemyślenia dobrze świadczą o jego przenikliwości, o tyle wizyta w Kanale Beagle i komentarze dotyczące rdzennej ludności okolic Ziemi Ognistej stawiają go w nieco gorszym świetle. Darwin po raz pierwszy zetknął się wtedy z ludźmi spoza kręgu europejskiej cywilizacji. Myśląc o tym, nie mogę się powstrzymać przed opowiedzeniem mojej ulubionej anegdoty o Mahatmie Gandhim, którego kiedyś zapytano o opinię o „europejskiej cywilizacji”. Po chwili namysłu powiedział: „Tak, myślę, że to byłby dobry pomysł”. Przedstawicielowi kultury istniejącej od tak wielu tysięcy lat Europejczycy ze swoimi przekonaniami muszą wydawać się śmieszni.

Karol Darwin był wychowany w społeczeństwie przeświadczonym o własnej wyższości wobec wszystkich innych na świecie, a zwłaszcza wobec „dzikusów”. To jedyne, co mi przychodzi do głowy na częściowe usprawiedliwienie jego opinii, że miejscowi są najbardziej żałos­nymi stworzeniami, z jakimi kiedykolwiek się zetknął. Darwin był przekonany, że przedstawiciele plemion Ona i Jaganów porozumiewają się za pomocą chrząknięć i szczeknięć, których nie sposób uznać za ludzki język. Trochę to przypomina zachowanie naszych słowiańskich przodków, którzy wprawdzie umieli porozumieć się z pobratymcami żyjącymi na wschód i południe od nas, ale spotkawszy sąsiadów z zachodu, nazwali ich Niemcami, czyli „niemymi”. Nie ma tu miejsca na opisywanie zdumiewającej kultury i wiedzy patagońskich plemion, ale wystarczy powiedzieć, że światowa lingwistyka właśnie Jaganom zawdzięcza słowo uznawane za niosące najwięcej znaczenia i najtrudniejsze do przetłumaczenia na jakikolwiek inny język. To słowo to „MAMIHLAPINATAPAI”, co oznacza „spojrzenie wymieniane przez dwie osoby, z których każda chciałaby zrobić coś konkretnego, czego obie strony prag­ną, ale żadna z nich nie jest gotowa tego zrobić pierwsza”.

Niestety, przekonanie o zwierzęcości rdzennej ludności Patagonii przyczyniło się do jej eksterminacji w XIX w., kiedy hiszpańscy osadnicy tępili tamtejsze plemiona jako szkod­ników przeszkadzających w rozwoju farm bydła i owiec. Wszyscy wiemy o ludobójstwie narodów Ameryki Północnej, ale nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że np. w Argentynie było co najmniej równie źle, a prawdopodobnie jeszcze gorzej.

Pracowite obserwacje walki o przetrwanie

Wyprawa na „Beagle” była jedyną terenową wyprawą Darwina. Resztę życia spędził, analizując swoje odkrycia i formułując ich interpretacje. Relacja z tej podróży jest bardzo ciekawym zapisem przygód na statku, ale prawdziwa przygoda dopiero się rozkręcała. Lubię sobie wyobrażać, co działo się w głowie „twórcy teorii ewolucji”. Dużo można wyczytać w jego dziennikach. Karol Darwin widział zdumiewające przykłady bioróżnorodności na wyspach i zebrał mnóstwo okazów zwierząt, których już nie ma, ale które słusznie opisywał jako gatunki pokrewne współczesnym, takie jak choćby ogromne naziemne leniwce. Jednak o zmianach gatunków pisali już jego poprzednicy, w tym jego własny dziadek oraz Jean-Baptiste de Lamarck, francuski przyrodnik, który w 1809 r. wydał swoją Filozofię zoologii. Nawet wcześniej, w XIV w., arabski uczony Ibn Chaldun opisywał progresję w świecie przyrody, twierdząc, że minerały przechodzą stopniowo w rośliny, te zaś – w zwierzęta. Średniowieczni uczeni arabscy w ogóle lepiej się na przyrodzie znali niż ich europejscy odpowiednicy.

Już w IX w. Al-Dżahiz w swojej Księdze zwierząt snuł rozważania nad dostosowaniem zwierząt i konkurencją między nimi, choć cytowanie go jako prekursora teorii ewolucji jest zdecydowanie naciągane, bo chodziło mu raczej o udowodnienie doskonałości boskiego Stwórcy przez pokazanie doskonałości jego dzieł. Ale wątki, które w końcu Darwin miał połączyć w spójną całość, były obecne w nauce od dawna. Tylko wciąż nikt nie potrafił zaproponować sensownego mechanizmu na pojawianie się tych zmian. Lamarck uważał, że to osobiste doświadczenia poszczególnych zwierząt, z człowiekiem włącznie, sprawiają, że z pokolenia na pokolenie organizmy ciągle się zmieniają. Dlatego, na przykład, skoro stolarz ma skórę na dłoniach stwardniałą od ciężkiej pracy, jego dzieci urodzą się ze skórą twardszą od innych niemowląt. Najbardziej znanym przykładem ewolucji według Lamarcka jest żyrafa, która usilnie stara się sięgnąć coraz wyżej położonych liści, dzięki czemu z pokolenia na pokolenie szyje żyraf coraz bardziej się wydłużały. Darwina to nie przekonywało, choć dzisiaj wiemy, że faktycznie – przynajmniej na poziomie komórkowym – niektóre cechy nabyte w ciągu życia mogą być potomstwu przekazywane.

Inspiracja przychodziła też z innych dziedzin nauki. W roku 1797 Thomas Malthus opublikował swoje ekonomiczne rozważania o tym, jak ludzie konkurują o ograniczone zasoby i że choć nasze tempo rozmnażania się powinno powodować bardzo szybki wzrost liczby ludności, wielu ludzi umiera właśnie z powodu braku tych zasobów. Chrząszcze składają tak liczne jaja, że gdyby coś nie ograniczało ich liczebności, w ciągu kilku lat powinniśmy wszyscy brodzić w grubej warstwie tych zwierząt. A jednak tak się nie dzieje. Czyli rodzi się dużo więcej osobników, niż może przeżyć, a w konkurencji o zasoby jedni radzą sobie lepiej, a inni gorzej. W efekcie ci, którzy sobie radzą lepiej, mogą mieć więcej dzieci, których szanse przeżycia będą większe.

Wówczas nie znano jeszcze mechanizmów dziedziczenia, ale było oczywiste, że dzieci są bardziej podobne do swoich rodziców niż do obcych ludzi. Zresztą było tak nie tylko u ludzi. Darwin interesował się hodowlą zwierząt i widział, że starannie krzyżując osobniki krów czy psów dysponujące określonymi cechami, można kształtować kolejne pokolenia. Zafascynowały go zwłaszcza różne rasy gołębi i w późniejszych latach współpracował z hodowcami tych ptaków, przekonując się, jak w ciągu kilku pokoleń można uzyskać osobniki z większą kryzą wokół szyi czy o bardziej upierzonych nogach. Wprawdzie dobór osobników do krzyżowania był sztuczny i zmierzał do uzyskania cech pożądanych przez hodowców, lecz może w przyrodzie działają podobne mechanizmy doboru, a cechami, które niejako selekcjonują się same i utrwalają w przyszłych pokoleniach, są właśnie te, które warunkują lepsze dostosowanie, lepsze radzenie sobie w konkurencji czy też – jak to później niezbyt szczęś­liwie określono w polskim tłumaczeniu jego dzieł – w „walce o byt”? Jak słusznie zauważa bowiem znakomity polski ewolucjonista January Weiner [ojciec naszego stałego autora o tym samym nazwisku, również świetnego naukowca – przyp. red.], słowo „byt” ma wydźwięk abstrakcyjno-filozoficzny, podczas gdy sam Darwin pisał o dużo bardziej konkretnej i przyziemnej walce o przeżycie czy przetrwanie.

Powściągliwa podróż do ateizmu

Darwin doszedł do wniosku, że zmienność w przyrodzie można najprościej i najlepiej wyjaśnić procesem, który – znowu niezbyt szczęś­liwie – w naszym języku utrwalił się pod nazwą „dobór naturalny”. „Selekcja naturalna” byłaby lepsza, ponieważ to słowo nie niesie skojarzenia ze świadomym dobieraniem cech. A właśnie to jest w tej propozycji najważniejsze, jednocześ­nie genialne i rewolucyjne. Wielki przyrodnik coraz bardziej sobie uświadamiał, że do powstania tak różnorodnych form wystarczy prosty algorytm opierający się na kilku oczywistych przesłankach. Po pierwsze, tak się składa, że różne osobniki danego gatunku trochę się od siebie różnią, czyli w populacji istnieje przypadkowa zmienność. Po drugie, tak się składa, że w wyniku tych różnic niektóre osobniki w konkurencji radzą sobie lepiej i zostawiają więcej potomstwa niż inne, a ich potomstwo będzie dziedziczyć cechy, które o tym zadecydowały, czyli mamy do czynienia z dziedzicznością. Wnioskowanie Darwina zawierało więc zarówno elementy ekologii, czyli nauki o powiązaniach między różnymi organizmami a ich środowiskiem, w którego skład wchodzą też inne organizmy, jak i genetyki, czyli nauki o dziedziczeniu, choć żadna z tych nauk jeszcze wtedy nie istniała. Tak sformułowany algorytm nie ma wyjścia, musi doprowadzić do zmian organizmów i wzrostu biologicznej różnorodności. To, że w kolejnych pokoleniach dane cechy będą się upowszechniać, aż w końcu zmianie ulegnie cały gatunek, jest nieuniknione. I, co najważniejsze, nie wymaga to nadzoru żadnego Stwórcy. I właśnie ta świadomość nie dawała Darwinowi spokoju. Oficjalne przekonanie wówczas panujące i, niestety, w przedziwny sposób pokutujące do dzisiaj, było takie, że wszechmocny Bóg stworzył wszystkie gatunki jednocześnie w ich obecnej formie. Dla Darwina było oczywiste, że to nie jest prawda, co wiedział choćby na podstawie skamieniałości organizmów, których już wśród nas nie ma, a za których czasów organizmy nam współczesne jeszcze nie istniały.

ilustracja: Marek Raczkowski
ilustracja: Marek Raczkowski

A jeżeli do powstania tak różnych gatunków nie potrzeba żadnego Stworzyciela, to może on po prostu nie istnieje? Sam Darwin nigdy nie zadeklarował się oficjalnie jako ateista, choć przez całe dorosłe życie kwestionował religijne przekonania i widział rozbieżność między ideą dobrego Stwórcy a wszechobecnym cierpieniem ludzi oraz zwierząt i pod koniec życia określał się jako agnostyk. Ale to właśnie przez te nieubłagane wnioski jeden z najsławniejszych współczesnych filozofów, Daniel Dennett, określa teorię Darwina jako niebezpieczną. W jednej ze swoich publikacji, wydanej w roku 1995 i wciąż nieprzetłumaczonej na polski, Darwin’s Dange­rous Idea: Evolution and the Meanings of Life (Niebezpieczna idea Darwina: Ewolucja i sens życia; najlepsza książka o ewolucjonizmie, jaką przeczytałem) przyrównuje ją do uniwersalnego kwasu, który wszystko przepala. Dennett przywołuje pamiętną scenę z klasycznego filmu s.f. Obcy ósmy pasażer Nostromo. Astronauci nacinają w niej skórę martwego Obcego, a kiedy kilka kropli jego krwi pada na podłogę laboratorium, przetapia się przez nią i spada na kolejny pokład, po czym na kolejny i jeszcze następne. Według Dennetta jeśli naprawdę zrozumiemy wszelkie reperkusje darwinowskiej teorii, to musi ona zaważyć na wszystkich poziomach naszej świadomości. Nie tylko łączy nas pokrewieństwo z całą resztą żywego świata, nie tylko wcale nie jesteśmy jego zwieńczeniem, a jedynie jedną z wielu równorzędnych odnóg, lecz także nie możemy już uczciwie odeprzeć wniosku, że zdumiewający i zachwycający projekt każdego fantastycznie przystosowanego do życia organizmu – od wirusów i bakterii po storczyki, sokoły i gepardy – może wcale nie wymagać żadnego projektanta.

Pomysłowe popperowskie podejście

Darwin zdawał sobie sprawę z tego, że taki pomysł nie może nie wywołać skandalu. Dlatego przez 23 lata od powrotu z wyprawy mozolnie analizował i opisywał zarówno własne, jak i nadsyłane przez innych przyrodników okazy, jedno­cześnie formułując swoją przełomową teorię. Zastosował przy tym metodę hipotetyczno-dedukcyjną, nie tylko opisując liczne przykłady ze świata przyrody, lecz także prowadząc logiczny wywód i przedstawiając hipotezy wraz ze sposobami ich falsyfikacji. Czyli zastosował pop­perowskie podejście do metody naukowej, choć Karl Popper miał je sformułować dopiero kilkadziesiąt lat później, kiedy wyznaczył zasady naukowego podejścia do badań.

Najpierw więc trzeba postawić hipotezę, a potem ją testować. Wyniki badań muszą być powtarzalne, czyli ktokolwiek je przeprowadzi w ten sam sposób, powinien uzyskać podobne wyniki. To wzmacnia hipotezę. Zarazem muszą się w niej znajdować możliwości przetestowania, czyli jeśli w badaniach osiągnie się jakiś wynik całkowicie z hipotezą sprzeczny, należy ją zweryfikować. To dlatego tak lubię naukę – jest w swojej istocie skromna i pokorna: przy nowych danych nie waha się zmienić dotychczasowego paradygmatu. Tym właśnie różni się od wiary, bo jeśli tej ostatniej jakieś fakty przeczą, to tym gorzej dla faktów.

Innymi słowy, Darwin wyprzedził swoje czasy także pod względem metodologicznym, przy okazji wyznaczając kierunki badań ewolucjonizmu na kolejne stulecie przez to, że z każdej strony – tak rygorystycznie, jak tylko się dało – prezentował swoją teorię, pokazując równocześnie, co musiałoby się w przyszłych badaniach okazać, żeby można ją było podważyć, nawet jeśli przeprowadzenie takich badań nie było w jego czasach możliwe. Darwin chciał, żeby przedstawiona przez niego teoria doboru naturalnego była tak ściśle udokumentowana, aby w świetle ówczesnej wiedzy i przy dostępnych metodach badawczych nie można było znaleźć w niej żadnej nieścisłości, jednocześnie uczciwie pokazując sposoby jej weryfikacji.

Początkowo prawie bez echa

Nie wiadomo, jak długo jeszcze by nad swoim dziełem pracował, gdyby w czerwcu 1858 r. Alfred Russel Wallace, młody (miał wtedy 35 lat) przyrodnik pracujący wówczas na wyspach Archipelagu Malajskiego nie przysłał mu do recenzji swojego eseju, w którym zawarł bardzo podobne rozważania. Wallace już wcześniej zbierał okazy dla Darwina, więc nic dziwnego, że swojemu mentorowi wysłał zarys własnej teorii o różnicowaniu się gatunków pochodzących od wspólnych przodków. Nie jest przypadkiem, że tak jak Darwina zainspirowały obserwacje z Galapagos, tak i Wallace swojego odkrycia dokonał, analizując faunę wysp, określanych czasem jako naturalne laboratoria ewolucyjne. To właśnie na wyspy w wyniku różnych zrządzeń losu docierają nieliczne osobniki, które później, trafiając w różne środowiska, stopniowo – niczym sławne zięby Darwina – dostosowują się do nich, w efekcie czego tworzą nowe formy wywodzące się od wspólnego przodka.

Zaskoczenie Darwina mieszało się z desperacją. Jego własna książka była gotowa dopiero w dwóch trzecich, a nagle miał w ręku 20-stronicowy rękopis, który w prostych słowach nakreślał praktycznie te same idee o zróżnicowaniu w ramach gatunków i pomiędzy nimi, a także o tym, jak te różne formy ze sobą konkurują. Wprawdzie Wallace nie nazwał swojego mechanizmu doborem naturalnym, ale chodziło o to samo. Możliwe, że Darwinowi przemknęła przez głowę niezbyt szlachetna myśl, żeby schować esej i nie dopuścić do jego publikacji, jednak trzeba mu przyznać, że stanął na wysokości zadania i postąpił uczciwie. Zabrał się ostro do roboty i już w sierpniu tego samego roku obaj przyrodnicy wspólnie zaprezentowali swoją teorię przed Towarzystwem Linneuszowskim jako teorię Darwina-Wallace’a. Co ciekawe, ta pierwsza prezentacja przeszła prawie bez echa, jakby ówcześni uczeni nie byli w stanie docenić rewolucji rozgrywającej się przed ich oczami.

Przyrodnik pragnie pokoju

Jednak świat był już na tę rewolucję gotowy. Pierwsze wydanie O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego, czyli o utrzymaniu się doskonalszych ras w walce o byt ukazało się 24 listopada 1859 r. w nakładzie około 1500 egzemplarzy, które rozeszły się tak błyskawicznie, że natychmiast trzeba było robić dodruk. Drugie wydanie, odrobinę zmienione, wyszło już na początku stycznia kolejnego roku. Notabene wprowadzone przez autora zmiany dobrze ilustrują powściągliwy charakter przyrodnika, który z pewnością nie był urodzonym rewolucjonistą. Po prostu pierwszy zrozumiał prawidła świata przyrody ożywionej i musiał się tym zrozumieniem podzielić. Jedną z tych małych, ale znaczących zmian, na które zwraca uwagę January Weiner w swoim wstępie do poprawionego polskiego wydania z roku 2009, było dodanie w dodruku słów wziętych w poniższym cytacie w nawias. W rozdziale 14. dzieła autor omawia potencjalne problemy ze swoją hipotezą: „Chociaż są to poważne trudności, stanowczo nie wystarczają, moim zdaniem, do obalenia mojej teorii wspólnego pochodzenia (od niewielu stworzonych form) z późniejszymi przekształceniami”. Darwin oczywiście zdawał sobie sprawę ze światopoglądowych konsekwencji takiej koncepcji, ale starał się uniknąć wojny ideologicznej. Ta jednak była nie do uniknięcia i, jak wiemy, trwa do dzisiaj.

Przewidziana pomysłowa ćma

Monografia O powstawaniu gatunków, choć niewątpliwie najbardziej przełomowa, nie była oczywiście jedyną książką Karola Darwina i spokojnie można go uznawać za ojca wielu dziedzin nauk biologicznych. Podwaliny współczesnej etologii stworzył, pisząc O wyrazie uczuć u człowieka i zwierząt, gdzie jasno sformułował pogląd, który dopiero teraz z oporami przyjmujemy: że emocje, uczucia i ogólnie umysły innych zwierząt różnią się od naszych jedynie ilościowo, ale nie jakościowo, czyli są bardzo podobne, tylko pod niektórymi względami możemy inne gatunki przewyższać. Dziś wiemy, że pod wieloma innymi nie dorastamy niektórym do pięt. Zajął się też ewolucją człowieka i doborem płciowym, a rozważania na ten temat zawarł w książce O pochodzeniu człowieka i doborze w odniesieniu do płci. Co ciekawe, to dopiero w tym dziele używa słowa „ewolucja” w takim sensie, w jakim je dziś rozumiemy. W O powstawaniu gatunków (poza ostatnim wydaniem) słowem tym określał rozwój embrionalny, a zmiany gatunków opisywał inaczej. Jak to jednak zgrabnie podkreśla Weiner w ostatnim zdaniu swojego wstępu, choć my lubimy się spierać o nazewnictwo, „współmieszkańcy naszej planety, wszystkie organizmy, od wirusów po rajskie ptaki, nic o tym nie wiedzą i ewoluują sobie dalej – jak Darwin przykazał”.

Warto też wspomnieć o kolejnej pasji Darwina, czyli o storczykach. Ich hodowlą fascynował się latami, a wielu botaników za najważniejsze dzieło wielkiego przyrodnika uważa zapewne wydane w roku 1862 podsumowanie obserwacji i przemyśleń na temat krzyżowania tych roślin oraz ich koewolucji (choć oczywiście to określenie wspólnej ewolucji gatunków powiązanych ze sobą ekologicznymi zależnościami powstało później) z zapylającymi je owadami. Nie jestem botanikiem, ale to właśnie z tego dzieła pochodzi mój ulubiony przykład na słuszność darwinowskiej teorii. Wśród wielu innych opisał on tam znaleziony na Madagaskarze okaz storczyka z gatunku Angroecum sesquipedale. Gatunek ten charakteryzuje się niezwykle głębokim nektarnikiem, czyli częścią kwiatu, na końcu której znajduje się nie tylko nektar, lecz także pyłek konieczny do zapylenia. W przypadku tej orchidei ma on ponad 20 cm długości! Darwin słusznie przewidział, że choć wówczas nieznana, musi na Madagaskarze istnieć ćma ze ssawką odpowiednio długą, by dosięgnąć dna nektarnika i storczyka zapylić. I faktycznie, ponad 40 lat później taką ćmę z rodziny zawisakowatych znaleziono, opisano i nadano jej nazwę Xanthopan morganii praedicta, której ostatni człon oznacza „przewidziana”.

Darwin swoją ogromną pracowitość przypłacił zdrowiem. Jak sam podkreślał, „dla każdego człowieka to przekleństwo dać się tak pochłonąć jakiemukolwiek przedmiotowi, jak mnie pochłania moja praca”. Warto też chyba dodać, że również jego gust literacki i artystyczny ucierpiał na nieustannym wysiłku intelektualnym nakierowanym na zgłębianie tajemnic świata przyrody. Jak sam pod koniec życia pisał, przez ostatnie kilka dekad nie był w stanie znieść tak kiedyś lubianej poezji i muzyki, a nawet kiedy próbował czytać Szekspira, okazywało się to dla niego tak nieznośnie nudne, że robiło mu się niedobrze.

Karol Darwin zmarł 19 kwietnia 1882 r. w wieku 73 lat. Podobnie jak przewrót dokonany przez Kopernika jego idee na zawsze zmieniły świat. Tych dwóch uczonych uważam za najważniejszych ludzi w naszej historii, bo nikt inny tyle nam nie powiedział o tym, kim naprawdę jesteśmy. Dzięki naszemu wielkiemu astronomowi wiemy, że nie stanowimy centrum wszechświata, który wcale się wokół nas nie kręci. Darwin pokazał nam, że nie jesteśmy też żadnym „zwieńczeniem stworzenia”, tylko jedną z części ogromnej rodziny organizmów żywych. Nie stoimy na żadnym szczycie i nie ma powodów, żebyśmy czuli się najważniejsi. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie świadomość, że łączy nas pokrewieństwo z orkami, skorpionami, wilkami, orłami, ośmiornicami i całą rzeszą wspaniałych stworzeń, to powód do dumy.

Piątka dla PRZEKROJU? A może dziesiątka? Wspierając Fundację PRZEKRÓJ, wspierasz rzetelność, humor i czar.

* Pola wymagane

Data publikacji:

Mikołaj Golachowski

Doktor nauk przyrodniczych i polarnik – cztery miesiące w roku spędza w okolicach podbiegunowych. Pisze o przyrodzie zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Jego najnowsze książki to „Czochrałem antarktycznego słonia"(Marginesy, 2016) oraz „Gęby, dzioby i nochale"(Babaryba, 2016).

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!