Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Łukasz Kaniewski

Pogrzebani pod śmieciami

Wizualizacja śmieci na orbicie ziemskiej/ ESA
Pogrzebani pod śmieciami
Pogrzebani pod śmieciami

Co zrobić z zepsutymi, niezdatnymi już do użytku przedmiotami? Wynosimy je na strych albo do piwnicy. Ciekawe, że tę starą metodę stosują również tak poważne instytucje, jak NASA lub Europejska Agencja Kosmiczna, kiedy muszą się pozbyć niedziałających kosmicznych pojazdów.

Piwnica to tzw. Punkt Nemo, czyli Oceaniczny Biegun Niedostępności. Znajduje się on na Oceanie Spokojnym i charakteryzuje tym, że to najdalej położone miejsce od jakiegokolwiek lądu. Woda jest tam głęboka (ponad 4 km), ekosystem niezbyt bogaty, nic więc dziwnego, że właśnie tam od 1971 r. kieruje się niezdatny do użytku orbitalny sprzęt. W odmętach Punktu Nemo spoczywa już ponad 260 kosmicznych wehikułów.

Strych zaś to Orbita Cmentarna położona 35 tys. kilometrów nad Ziemią. Wysyła się tam kończące już żywot satelity z orbity geostacjonarnej, która znajduje się kilkaset kilometrów niżej. Na tym wielkim kosmicznym cmentarzysku zezłomowano już kilkaset urządzeń.

Pół biedy jednak, gdyby wszystkie wynoszone w kosmos pojazdy trafiały w oceaniczne głębiny lub na Orbitę Cmentarną. Niestety, dość powszechna praktyka jest taka, że satelity zostawia się tam, gdzie były. Krążą sobie one potem bez ładu i składu, wpadając na siebie nawzajem, rozbijając na kawałki i mnożąc liczbę kosmicznych śmieci. Szacuje się, że jeśli dwie satelity na siebie wpadają, w wyniku zderzenia powstaje 100 okruchów, które są bardzo niebezpieczne, bo na orbicie wszystko pędzi z prędkością pocisku karabinowego i nawet najmniejszy obiekt jest groźny. Takie rozpędzone maleństwa znowu mogą uderzyć w coś większego i rozbić to, by dalej mnożyć orbitalny bałagan.

W istocie wszystko, co człowiek zabierze na orbitę, może przemienić się we wraży kosmiczny śmieć. Na wyprawę pojazdem Apollo 16 astronauta Ken Mattingly zabrał swoją ślubną obrączkę. Zginęła mu ona na początku misji, aby odnaleźć się kilka dni później podczas powrotu ze spaceru kosmicznego: omal nie wyfrunęła przez otwartą śluzę, na szczęście złapał ją kolega Kena, Charlie Duke.

Mniej szczęśliwie zakończyło się zgubienie przez Edwarda White’a rękawicy termoochronnej podczas spaceru kosmicznego w ramach misji Gemini 4 w 1965 r. Po prostu uciekła. Jeszcze długo potem stanowiła postrach misji kosmicznych niczym Latająca Rękawica z filmu Żółta łódź podwodna. Na szczęście ten wspaniały wytwór amerykańskiego rękawicznictwa spłonął w końcu w atmosferze Ziemi. Podobnie jak torba z narzędziami, którą w 2008 r. zgubiła astronautka Heidemarie Stefanyshyn-Piper.

Takie przypadkowe zguby podczas spacerów to tylko mały ułamek kosmicznych śmieci. Podczas samej tylko kolizji satelitów Iridium 33 i Kosmos 2251 w 2009 r. powstało około 600 odłamków. W 2016 r. ponad 350 z nich wciąż pozostawało na orbicie. Przy czym uczestniczący w zderzeniu rosyjski Kosmos 2251 od wielu lat już nie działał, był pozostawioną swojemu losowi kupą złomu. Możemy pomstować na lekkomyślność Rosjan w tej kwestii, ale to i tak nic w porównaniu z zachowaniem Chińczyków, którzy w 2007 r. w ramach wojskowych ćwiczeń za pomocą pocisku rakietowego rozbili na kawałki swojego satelitę pogodowego FY-1C frunącego na wysokości 865 km. W wyniku eksplozji powstało około 2 tys. dużych odłamków (większych niż piłka pingpongowa) i jakieś 150 tys. mniejszych. Ponad 80% tych śmieci wciąż pozostaje na orbicie.
Amerykanie przeprowadzili podobny eksperyment w 1985 r., niszcząc swojego satelitę P78-1.
W sumie po niższych i wyższych orbitach okołoziemskich krąży dziś prawie 18 tys. sztucznych obiektów wystarczająco dużych, by ich tory można było śledzić z Ziemi (z czego tylko 1,5 tys. to działające satelity). Do tego dochodzi 170 mln odłamków mniejszych niż centymetr oraz 700 tys. większych. Przestrzeń wokół Ziemi jest więc bardzo zaśmiecona i bałagan ten będzie coraz okropniejszy.
Za mniej więcej 100 lat wszelakiego złomu w przestrzeni wokół planety będzie tak dużo, że zupełnie uniemożliwi to Ziemianom podróże kosmiczne. Tak uważa astrofizyk Donald Kessler, który na kwestię kosmicznych śmieci zwrócił uwagę jeszcze w 1978 r. A przed Kesslerem, w 1964 r., u zarania kosmicznej ery, tak pisał o tym problemie Stanisław Lem w Dziennikach gwiazdowych:
„Wokół ciężkiej planety Syriusza, stanowiącej atrakcję tego układu, powstał pierścień, przypominający pierścienie Saturna, lecz utworzony z flaszek po piwie i lemoniadzie. Kosmonauta, lecący tym szlakiem, musi wymijać nie tylko chmury meteorów, ale i puszki po konserwach, skorupki jaj i stare gazety. Są tam miejsca, gdzie nie widać spoza nich gwiazd. Astrofizycy od lat łamią sobie głowę nad przyczyną wywołującą znaczną różnicę w ilościach pyłu kosmicznego w rozmaitych galaktykach. Myślę sobie, że to dość proste – im wyższa w galaktyce cywilizacja, tym więcej tam naśmiecono, stąd cały ten pył, kurz i odpadki. […] Godną potępienia zabawą jest także plucie w próżnię, ślina bowiem, jak każda w ogóle ciecz, zamarza w niskiej temperaturze i zderzenie z nią łatwo może doprowadzić do katastrofy”.

Pocieszające jest, że przynajmniej nie plujemy w próżnię. Choć można podejrzewać, że nie robimy tego tylko dlatego, że jest to skrajnie trudne.

Data publikacji: