Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Kiedyś przednówek był ważnym okresem w życiu ludzi. Oznaczał porę, w której zaczynało brakować ...
2017-03-20 00:00:00
zagajnik

Zagajnik – 2/2017

Zagajnik – 2/2017

Najlepsze drewno na zupę

Kiedyś przednówek był ważnym okresem w życiu ludzi. Oznaczał porę, w której zaczynało brakować jedzenia przed nowymi zbiorami, więc sięgano po to, co dziko rosło wokół. To, kiedy zaczynał się przednówek, zależało od urodzaju w poprzednim roku, zamożności gospodarza czy regionu. Niekiedy nadchodził już w środku zimy, innym razem dopiero latem, przed samymi zbiorami.

ilustracja: Daniel de Latour
ilustracja: Daniel de Latour

Przednówkową dietę opiszę na przykładzie terenów dawnej Galicji. Jeśli jedzenia zaczynało brakować wcześnie (w lutym, marcu), najpierw sięgano po męskie kwiatostany leszczyny – nazywane w Galicji rzęsami (bo wiszą na krzewach jak rzęsy). Mielono je i mieszano z mąką. Gdy nastał głód, sięgano też po trociny drzewne, które również mieszano z mąką. Wybierano trociny o przyjemnym smaku – np. bukowe lub brzozowe, unikano zaś olchy, która jest gorzka, i iglaków o silnym żywicznym posmaku.

Gdy robiło się cieplej, drzewa puszczały soki. Ten pożywny napój zawiera sporo cukru: 3–4% w przypadku klonu, a 0,5–2%, jeśli pochodzi z brzozy. Czasem zdzierano też wilgotne i słodkie podkorze sosen i brzóz. Okres wypływania soków przypada w Polsce zwykle na marzec­ i kwiecień. Kilka tygodni później sięgano po soczyste pędy różnych roś­lin, choćby pokrzywy i szczawiu. Na kresach zbierano też podagrycznik. Później, w maju i czerwcu, najważniejszym zielonym warzywem była komosa biała, czyli lebioda. W niektórych okolicach Polski zbierano też liście ślazów, żywokostu, ostrożnia łąkowego i warzywnego oraz  barszczu. Z różnych gatunków liści przyrządzano polewki, bryje, gotowano je z tym, co było: ziemniakami, kaszą, mlekiem, śmietaną.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Następnie zbierano pierwsze owoce: poziomki, borówkę czernicę. Sięgano po niedojrzałe jabłka, gruszki i śliwki, z których przygotowywano rodzaj zupy owocowej, często zabielanej mlekiem. Przedwczesnemu zbieraniu owoców borówki czarnej, zwanej na niżu jagodą, miał zapobiec zabobon głoszący, że nie wolno jej zrywać przed 2 lipca, czyli dniem Matki Boskiej Jagodnej. Kto by zerwał jagody przed tym terminem, zabrałby jedzenie zmarłym niemowlętom lub nawet brzemiennej Maryi. 

A potem były już żniwa…

 

Jeszcze nie pora na czerwone

Czy szanownych czytelników nie dziwi, że większość wczesnowiosennych kwiatów jest biała lub żółta? Weźmy np. mniszek, podbiał, zawilce, jaskry, margerytki, żonkile, przebiśniegi itd., itd. Kwitną też wiosną kwiaty fioletowe i niebieskie, ale jest ich mniej. A dzikich czerwonych kwiatów o tej porze roku nie ma żadnych!
Można przypuszczać, że przyczyną tego stanu rzeczy jest postrzeganie barw przez pszczoły będące wiosną głównymi zapylaczami. W ogóle nie widzą one czerwonego, za to bardzo atrakcyjne są dla nich kolory biały i żółty. Natomiast pozytywnie na czerwony i różowy reagują niektóre inne owady, np. motyle. Zatem gdy pierwsze wiosenne tygodnie miną, kwiaty mogą już sobie pozwolić na luksus czerwieni, bo jeśli nie zapylą ich pszczoły, zrobią to ci, których w marcu i kwietniu prawie nie było. 

 

Czym się biczować, czym się okadzać

Tradycyjna sauna największą frajdę sprawia zimą, kiedy z gorącej bani możemy wybiec na śnieg. Jednak przygotowania do tej hartującej ciało i ducha zabawy najlepiej zacząć późną wiosną. Tak właśnie robią  Finowie i Estończycy.

Wiosna to najlepsza pora, żeby zebrać gałązki (razem z liśćmi), których potem, po związaniu w pęczki, używa się w saunie jako biczyków. Najczęściej wykorzystuje się w tym celu witki brzozowe. Widziałem jednak w akcji również gałązki dębu, a nawet kłujące – z jałowca.

Witki brzozowe najlepiej zbierać, kiedy na drzewach rozwinęły się już liście, ale wciąż są one młode – czyli w drugiej połowie maja i pierwszej połowie czerwca. Pęczki młodych, jedno-, dwuletnich gałązek układa  się po kilkanaście, wiąże w „bukieciki” i suszy na strychu, np. przywiązane do belki. W fińskich i estońskich supermarketach można też kupić zamrożone pęki gałązek brzozowych. Cieszą się powodzeniem, bo po rozmrożeniu pachną intensywniej niż suszone.

Rodzajem łaźni podobnym do sauny jest indiański sweat lodge – szałas potu – wciąż popularny wśród rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej. Kiedyś był to ważny obrzęd mający znaczenie magiczne i ceremonialne. Indianie pocili się w małym wigwamie z gałęzi, zwykle wierzbowych, przykrytych skórami. W środku znajdował się dołek, a w nim rozgrzane wcześniej w ognisku kamienie, na które często rzucano zioła. My też w swojej saunie możemy na gorące kamienie ciskać aromatyczne rośliny. Do najczęściej używanych przez Indian należała nasza żubrówka (czyli turówka wonna, Hierochloe odorata), która rośnie także na preriach, oraz bylice, np. w plemieniu Lakota bylica luizjańska (Artemisia ludoviciana), którą możemy zastąpić bylicą piołunem (Artemisia absinthium).
Kolejną świętą, aromatyczną rośliną plemion Ameryki była… tuja. Świadomi jej świętości będziecie zupełnie inaczej patrzeć na szpalery tui przed jednorodzinnymi domami. Z roślin hodowanych w polskich ogródkach chyba najpiękniejszy zapach ma szałwia lekarska (Salvia officinalis). Podobnego gatunku – szałwii białej (Salvia apiana) – używali Indianie z południowo-zachodniej Ameryki Północnej. Cyprysik nutkajski (Chamaecyparis nootkatensis) stosowali Kwakiutlowie, jałowiec pospolity (Juniperus communis) – plemiona Okanagan-Colville i Upper Tanana, jałowiec wirginijski (Juniperus virginiana) upodobali sobie Omahowie. Indianie Nez Percé wykorzystywali jodłę (Abies lasiocarpa) – jej gałęzie palili i okadzali dymem swoje sweat lodge. Z kolei eskimoskie plemię Inuktitut używało w łaźni parowej rosnącego też u nas rumianku bezpromieniowego (Matricaria discoidea).

Na koniec przytoczmy relację Herodota z 452 r. p.n.e., w której grecki historyk opisał łaźnię parową Scytów: „Kiedy zestawią ze sobą trzy tyczki, rozciągają wokół nich wełniane tkaniny i łącząc jak najszczelniej, wrzucają kamienie rozgrzane do czerwoności w naczynie wewnątrz drewna i tkanin”. Dalej czytamy, że na owe gorące kamienie rzucali po prostu… konopie.

 

Drzewna drzemka

Każdego, kto kiedykolwiek był w lesie, musiał uderzyć pewien zaskakujący fakt: otóż drzewa nie mają łóżek. Pytanie, jak śpią po ciężkim dniu wypełnionym nieustanną fotosyntezą (która jest procesem bardzo trudnym ­– niech no ktoś z czytelników spróbuje go przeprowadzić na własną rękę!).

Tajemnica sposobu nocnego wypoczynku drzew nurtowała również naukowców fińskich – do tego stopnia, że aby ją rozwikłać, zaprzęgli do pracy nowoczesną podczerwoną technikę laserową. Za jej pomocą dokładnie obserwowali ułożenie gałęzi dwóch brzóz brodawkowatych: jednej w Finlandii, a drugiej w Austrii. Wybrali noc bezwietrzną, aby najlżejszy zefirek nie zakłócał pomiarów. W obu krajach wyniki były podobne. Dr Eetu Puttonen i jego współpracownicy ustalili, że po zmierzchu zarówno gałęzie, jak i liście zaczynają obwisać, podnosząc się dopiero wtedy, gdy wstaje słońce. Niektóre gałęzie budzą się nawet wcześniej, jeszcze przed świtem, co może oznaczać, że drzewa dysponują wewnętrznym zegarem odmierzającym dobowy rytm.

ilustracja: Daniel de Latour
ilustracja: Daniel de Latour

Wiemy już więc, jak drzewa śpią. Naturalnie rodzi to pytanie, co im się śni. W tej kwestii jednak naukowcy, nawet uzbrojeni w najlepsze lasery, są bezradni. Na szczęście jest to problem już wcześniej zbadany i pięknie wyłożony: w baśni Ostatni sen starego dębu Hansa Christiana Andersena.

 

Gdzie rośnie czosnek niedźwiedzi?

Czosnek niedźwiedzi to jedno z najlepiej wypromowanych wiosennych dzikich warzyw. Rośnie w lasach i nad rzekami. Od pokoleń jest uwielbiany w wielu regionach Eurazji, choćby w Alpach, na Bałkanach i na Kaukazie, w Polsce do niedawna był jedynie pokarmem dziwaków. Teraz jednak, na fali mody na dziką kuchnię, często napływają pytania o to, gdzie rośnie w naturze. Ogólnie rzecz biorąc, czosnek niedźwiedzi najłatwiej znaleźć w górach. Odpowiadają mu panujący tu wilgotniejszy klimat i ściółka podgórskich lasów liściastych. Istnieją miejsca, w których łatwo znaleźć  jego wielkie łany, choćby w Bieszczadach i środkowym Beskidzie Niskim, ale są też partie gór zupełnie go pozbawione. Obficie występuje na Dolnym Śląsku i miejscami w Sudetach. Wiele stanowisk tego gatunku spotyka się także w pasie wyżyn.

Bardzo trudno o stanowiska czosnku w środkowym pasie niżu, już nawet trochę więcej znajduje się ich dalej na północ, np. kilka płatów napotkamy w Puszczy Białowieskiej. Pamiętać należy, że zbieranie tego gatunku w naturze to wykroczenie przeciw prawom ochrony przyrody. Czosnek niedźwiedzi od kilkunastu lat znajduje się pod częściową ochroną i można go zbierać tylko po otrzymaniu specjalnego zezwolenia regionalnych dyrekcji ochrony środowiska – i to jedynie w województwach południowych. Radą na to jest hodowanie go w ogrodzie. Czosnek niedźwiedzi lubi lekko wilgotne gleby, bogate w azot, wapń i magnez. Najlepiej rośnie w częściowym ocienieniu, podobnym do panującego w starych parkach – na słońcu wysycha, w zbyt zwartym drzewostanie też mizernieje. 

Data publikacji:

Łukasz Łuczaj

Etnobotanik, propagator dzikich ogrodów, eksplorator smaków dzikiej kuchni. Profesor Uniwersytetu Rzeszowskiego, doktor habilitowany biologii. Prowadzi badania etnobotaniczne w Chinach, na Bałkanach i Kaukazie. Mieszka i tworzy w małej wiosce na Pogórzu Dynowskim.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!