Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
GEOSMINA

Tak, występ wyglądał na małą katastrofę. Jakby nagle jedna z całości ukryta w świecie eksplodowała w drobny mak. I wydawało się, że po tym zjawisko „rudzik” nie może już zaistnieć, ale on powtarzał i powtarzał to swoje „cje-cje” wraz z kaskadą nut, których nie odda żadna transkrypcja. Zadziwiające, że nikt się nie zatrzymywał, żeby rudzika słuchać, poza jednym jedynym człowiekiem. 

Za rudzikiem, przy drodze do Białowieży, stała tablica. Z jej treści wynikało, że lada krok zaczyna się rezerwat krajobrazowy i żeby nie trapić się martwym drewnem i rudymi kikutami, bo nie chodzi o krajobraz z płócien Szyszkina, ale ten pierwotny, kiedy polowali w puszczy Litwini. Poza tym rozgardiasz sprzyja ginącemu dzięciołowi trójpalczastemu, który znajduje tu larwy chrząszczy. Dobrze też sóweczce, bo w dziuplach po dzięciołach może zakładać lęgi. Świetnie się mają rzadkie granicznik płucnik i zgniotek cynobrowy. Ten pierwszy to zielony porost, a drugi – chrząszcz w kolorze chińskiej czerwieni. Zwolennicy wycinki wolą jednak uporządkowany las, taki jak ogród z telenoweli. I choćby zgniotek był złoty, nie cynobrowy, to nie poświęcą mu minuty. Może dlatego, że słowo „ładny” w języku polskim bierze się od „ład”, czyli porządek, a może dlatego, że zdrowe świerki przypominają ludziom tuje, w których tak rozmiłowali się w ostatnich latach. 

Dalej ciągnęła się puszcza. Grab, sosna i pojedyncze smreki. Wielki depozyt materii organicznej, w różnych procesach rozkładu i syntezy, sublimacji i resublimacji, w obiegach i cyklach. Trwał tam obieg węgla, azotu i innych pierwiastków, ruszała fotosynteza i synteza białek. Atomy łączyły się w cząsteczki dzięki oddawaniu i pobieraniu elektronów, a te tworzyły różne skomplikowane związki. Świadczył o tym zapach zgnilizny i ziemi, tzn.  Ziemi. Na wyższych poziomach organizacji działo się nie mniej: w ciepłych dziuplach kluły się już pierwsze dzięcioły białogrzbiete, większe od nich dzięcioły czarne dopiero siadały na bielutkich jajach, trójpalczaste zaś rozpoczynały kucie dziupli. Jelenie, dziki i wilki miały już młode albo właśnie rodziły. Zakwitły zawilce i kokorycz, zasłaniając przylaszczki. Osłabione suszą świerki napoczynał kornik drukarz.

„Rudy” – pomyślałem czemuś, chyba na widok koloru, który leżał na asfalcie. Na skraju jezdni widniał przymiotnik, podszedłem, a to rudzik, Erithacus rubecula. Rozjechał go pędzący samochód. Ptak nie żył, ale przymiotnik ocalał. Z Hajnówki do Białowieży biegnie droga 689. Nowa, doskonale wyprofilowana nawierzchnia kusi kierowców do jednej z najbardziej prymitywnych rozrywek: osiągania dużych prędkości. Dorośli, miejscowi i przyjezdni, dają na niej wyraz różnym frustracjom, nie dbając o pieszych i ptaki, które często tam giną. Szczególnie wiosną i wczesnym latem, kiedy karmią i bywa, że muszą latać z pokarmem tuż nad drogą 689. Dzięcioły trójpalczaste, samiec wraz samiczką, karmią młode nawet 70 razy w ciągu dnia.

Chowałem rudzika w ciemnej dziupli olszy czarnej, kiedy buchnął z niej znajomy zapach ziemi, tzn. Ziemi. Mocna woń geosminy, związku z grupy cyklicznych alkoholi, wydostawała się z samej dziupli, z głębokich tropów, jakie zostały na poboczu, i z brzegu strumyka, nad którym rosła olsza. Tak, geosmina. Jej mulisty cuch i bagienny posmak znałem ze świeżych buraków i marchwi, ze świątecznego karpia i wody popijanej na własne ryzyko w łęgach, wylewanej z butów w olsach. Produkowały ją ponoć jakieś tajemnicze bakterie, a najbardziej czuć było ją po burzy, kiedy to spadały hektolitry deszczu, uwalniając zapach ziemi, gleby, czyli planety. „Geosmina” brzmiało jak „geoślina” i w nią właśnie wrzuciłem przymiotnik rudzika, aż plasnęło. 

Wdychałem Ziemię mocno jak astmatyk leki. Ciągnęła znad strumyka, wokół którego rozrósł się niewielki ols, czyli las na bagnie. O który ruch było za wiele? Trudno powiedzieć, ale nagle zerwał się znad wody brodziec i dawaj wykręcać te swoje wiraże, salta, między gałęziami, konarami i wykrotami. Jego krzyk w zaskakujący sposób odwzorowywał nerwowy tor lotu albo na odwrót. Brodziec jest ptakiem wodno-błotnym wielkości szpaka, z jasnym brzuszkiem. Prawie wszyscy jego krewni żyją na podmokłych łąkach i tak jak samotnik mają długie nogi i dzioby. Ale mimo tych długości, brodziec wybrał bagienne lasy, gdzie w grzebaniu w błocie nie ma wielkiej konkurencji. Nie, nie buduje gniazd, zajmuje stare miejsca po śpiewaku, kosie, a nawet wiewiórce. O jeden ruch za wiele i ptak darł się jak zarzynany, od razu można było poczuć ciężar winy, poczuć te dziesiątki par oczu. Patrzyli na pewno: sikora modra, bogatka, czubatka, grubodziób, pełzacz i kowalik. A może nawet sóweczka i trójpalczak, jeśli akurat byli w pobliżu. 

W topografii puszczy otwierały się długie amfilady, które jak korytarze zapraszały w głąb substancji. Dałem nura w najbliższą, by zwiać z miejsca przestępstwa, z tego olsu, gdzie już wszyscy o mnie wiedzieli. Po drodze zdarzały się niespodziewane wnętrza. Dobrze wykształcone uroczyska, legowiska i przytulne wigwamy wywołane z chaosu przez ogromne wykroty, wiatrołomy i wiatrowały,  czyli pniedrzew wywróconych i połamanych przez wiatr. Prosiły się o obecność, ale przecież nie były puste. Pod ich korą żył zgniotek, 2,5 cm żywego cynobru. Jest wybredny: wybiera tylko te pnie, których kora już zaczyna odchodzić od drewna, ale jeszcze nie odpada. Silnie spłaszczony, jakby zgnieciony chrząszcz żeruje tam w łyku poprzerastanym grzybnią i poluje na inne owady i ich larwy. Jeszcze skrytsze zwyczaje ma rozmiazg kolweński, ciemny chrząszcz z rodziny rozmiaz- gowatych. Samice nie składają jaj byle gdzie, ale w chodnikach korników. Młode larwy rozmiazga żyją tam, zjadając trocinki i odchody poprzednich gospodarzy. Kiedy podrosną, przenoszą się do większych korytarzy, np. po larwach rodziny kózkowatych. Puszcza Białowieska jest jedynym miejscem występowania rozmiazga w Polsce. 

Z rozważań o tym, że Jagiełło na polowaniach pod Białowieżą mógł oglądać zgniotka, wyrwał mnie dopiero silny chwyt za prawą stopę. Ogłuszony cuchem zgnilizny i pod wpływem geosminy ugrzęzłem w ciemnym mule. Nie zostawiało się w tym śladów, jakby kroki i obecność nie miały znaczenia. Dzięki działaniu wody, czyli wodoru i tlenu, te tropy zamykały się jak pułapki. Szukałem w substancji własnej stopy, ale też chyba pierwszego koloru, źródła ruchu i zapachu. Zaznaczały się tylko fragmenty mchów, segmenty torfowców, liście olchy i patyki, które kiedyś były pędami roślin. Jakaś różnica temperatur i ciśnień przyniosła smród łosia. A może dzika. Po nogawce gramolił się pierwszy kleszcz. Z odchodów kuny wystawała kostka małego ptaka. Ziemia odwróciła się od słońca i zrobiło się ciemno, wilgotno jak pod korą. Trzeba było szukać oddziałówki, czyli przesieki oddzielającej poszczególne oddziały lasu.

Nad zbawienną dróżką ciągnęły pojedynczo długodziobe słonki, pochrapując jak ssaki. Zawilce zaczęły zawijać liście, podpowiadając etymologię swojej starej nazwy. Ci, którzy wrócili po zimie, oznajmiali swoją obecność: drozdy śpiewaki, kosy, strzyżyki i rudziki. Z daleka dało się słyszeć głos droździka, śpiewał też chyba paszkot, ale był zbyt daleko, by sądzić z pewnością. Najdłużej śpiewa rudzik. W ciemności jego głos nie ewokował już w słuchaczu wizji rozpadu, a raczej wzmożoną polifonię dźwięków. Wydawało się, że jeden ptak nie może tak cudować, musiały być co najmniej dwa. Mnogość niezależnych fraz powodowała, że nie wiadomo było, gdzie go szukać. 

Nagle zaczął padać deszcz, choć na niebie prawie nie było chmur. Percepcja wariowała z powodu sprzeczności między bezchmurnym niebem a dźwiękiem padających kropli. Właśnie po to, żeby ostrzec, że to nie deszcz. Jednak coś musiało lecieć z nieba. W puszczy mogą to być odchody tysięcy żerujących gąsienic, ale nie w kwietniu, mogą to być igły chorych świerków, ale te opadają w południe i w upał. Brak odpowiedzi podsuwał ledwo wyczuwalne uczucie strachu. Z latarką pochylony nad ściółką obserwowałem liście. Las był pełen szmeru, liście ruszały się. Kiedy je podnosiłem, nie było tam niczego. Raz czy dwa tylko zalśniły w Ziemi nagie żyły dżdżownic. Dżdżownice! Przecież w metrze sześciennym gruntu w puszczy może być ich nawet 5 tys.! Po ciepłym dniu wzięły się do urabiania materii i to one szeleściły po ciemku. Chwyciłem więc garść gleby wraz z wystającą z niej dżdżownicą – była ciepła i pachniała jak ciasto drożdżowe.

Data publikacji:

Michał Książek

Poeta, reportażysta, kulturoznawca i ornitolog. Zdecydowany przeciwnik disco polo w świetlicach i na dyskotekach szkolnych.