Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Opowiadanie
Jerzy Szaniawski

Sprawa osobista

Sprawa osobista
Sprawa osobista

Odwiedziłem raz znajomą – mówił profesor Tutka – żonę architekta. Po chwili rozmowy zorientowałem się, że jest bardzo przygnębiona. Spytałem o przyczynę: czy ma jakie zmartwienie? Wówczas oczy jej zaszły łzami.

– Mój mąż... mój mąż... – nie mogła mówić dalej.

– Czyżby coś się stało? Widziałem go przed paroma dniami, rozmawialiśmy nawet.

– Mój mąż... ma lewy bok po prawej stronie.

– Wybaczy pani... nie bardzo rozumiem.

– Tak on twierdzi. Że ma lewy bok po prawej stronie. To na pewno – mówiła dalej – z przepracowania. Wymyślił nową konstrukcję dachu, pracuje nad tym po nocach i... coś mu się widocznie pomyliło.

– No tak, z przepracowania powstają czasem pewne, jak to mówią – zaburzenia. Ale w tym wypadku nie widzę powodu do rozpaczy. Odpocznie i znów będzie miał lewy bok po lewej stronie.

Pani odpowiedziała:

– Niestety nie można go namówić, żeby odpoczął. Mówi, że nie jest zmęczony i musi dokończyć to, co zaprojektował. O tym, żeby się poradził lekarza, nie ma mowy: powiada, że jest zdrów zupełnie. Proszę pana – mówiła dalej – wiem, że pan jest zaprzyjaźniony z profesorem Meinem. Czy nie byłoby sposobu, aby go profesor Mein zbadał. Tylko jak to zrobić? Profesor jest tak znanym psychiatrą, że w mężu mogłoby to wywołać jakieś podejrzenia.

– Rozumiem. Chciałaby pani, żeby to załatwić dyskretnie. Cóż... pomyślimy o tym.

Z Meinem rzeczywiście jestem zaprzyjaźniony. Tylko że lekarze podobno umieją czasem wyszukać w chorym, a nawet zdrowym zbyt wiele, czasem się pomylić... Ja sam nie jestem pewien, czy Mein po dyskusji ze mną nie uważa, iż wszystko w mojej głowie jest ułożone właściwie. Ale jeżeli pani chce koniecznie, aby męża badał lekarz, to może zrobimy w ten sposób: za kilka dni są moje imieniny, zbiera się zwykle wieczorem kilka osób na małe kawalerskie przyjęcie. Przychodzi zawsze Mein. Poproszę męża pani, aby przyszedł także. Powiem Meinowi, że mąż pani ma lewy bok po prawej stronie. Reszta towarzystwa oczywiście będzie myślała, że ma, jak i oni, lewy bok po lewej stronie. Dowiem się, co powie o tej sprawie profesor Mein.

Pani podziękowała mi bardzo za tę obietnicę. Idąc ulicą, myślałem nad tym, że właściwie nic to nikomu nie szkodzi, gdy ktoś ma lewy bok po prawej stronie.

Wkrótce nastąpił wieczór, o którym wspomniałem. Gościłem Meina oraz kilku innych panów, a między nimi był i architekt, którego specjalnie, jak życzyła żona, zaprosiłem. Rozmowa o tym i owym, na ogół przyjemna. W pewnej chwili Mein zaczął mówić o projekcie olbrzymiego, wprost gigantycznego przedsięwzięcia, o którym niedawno wyczytał, mianowicie odwrócenia biegu wielkiej rzeki płynącej na północ i skierowania jej w stronę odwrotną – na południe. Powstałaby wówczas rzecz ciekawa: oto wszystkie wsie i miasta, znajdujące się na prawym brzegu rzeki, znalazłyby się na lewym, bowiem prawy brzeg stałby się wówczas brzegiem lewym.

Jeden z moich gości powiedział, że jest to doskonały przykład, jak wszystko na świecie jest względne.

Nie zgodził się z tym gość inny, który twierdził, że są i muszą być prawdy bezwzględne; musimy w to wierzyć i stać twardo na tym stanowisku; inaczej – powstałby nieład, chaos, ciągły brak pewności. A chociaż ci, co stoją w obronie istnienia prawdy bezwzględnej, są przeważnie po latach potępieni przez historię za ich ciemnotę umysłową i oskarżanie nowatorów o herezję, mieli ci potępieni jednak swoją rację, chociaż trzeba przyznać, że nie byli przyjemni.

Gość jeszcze inny zajął stanowisko kompromisowe: przykład prawego brzegu, który może stać się lewym, dowodzi, że coś, co jest w ciągu długiego okresu niewątpliwie prawdą bezwzględną, może po latach – ta prawda bezwzględna – moc swoją utracić; ten, który „wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię”, stał się tym, co wygło- sił nareszcie prawdę bezwzględną; ale oto po latach zjawia się tęga głowa matematyczna, taka od względności, która nie uważa, że wszystko tu takie proste z tym, że jedno „stoi”, a drugie się „obraca”.

Domyślacie się chyba panowie, dlaczego podaję w skrócie treść tej dyskusji: i profesor Mein, i ja obserwowaliśmy pilnie, jak będzie reagował na to architekt i jak będzie rozumował.

Ale architekt nie rozumował i nie brał udziału w dyskusji; był jakby zajęty innymi myślami.

Wkrótce dowiedzieliśmy się, o czym myślał. Zainteresował go sam śmiały projekt skierowania biegu rzeki z północy na południe. Powiedział, że po prostu to się nie opłaci. Dowodził w sposób bardzo interesujący: jak tęgi geograf narysował rzekę i wielkie tereny, których osobiście nie widział, jak geolog podawał w przekroju różne warstwy ziemi; mówił o tym, że przez góry, leżące na południu, muszą być przebite olbrzymie tunele o wielu kilometrach długości; przy czym, obliczając koszty poszczególnych robót, wprost sypał milionami. Jak gdyby te miliony to piasek.

Wszyscy zebrani tam słuchaliśmy rzeczowych wywodów z uwagą i z pewną nawet pokorą laików, podziwiając erudycję mówiącego, jego dar przekonywania oraz świetną dykcję, w jakiej cały ten referat został wygłoszony.
Po północy goście się rozeszli. Pozostałem tylko z Meinem. Postanowiłem odprowadzić go do domu. Noc była piękna, szliśmy ulicami w milczeniu. Po pewnym czasie spytałem, co zaobserwował w architekcie. Odpowiedział tylko: „Hm...” – i znowu milczał. Wreszcie zaczął mówić.

– Mam pacjentów, którzy w sposób sprytny, przebiegły, powiedziałbym nawet – inteligentny, potrafią ukryć przede mną swoje dolegliwości. Ten niczym się nie zdradził.

I wiesz, łatwiej jest uleczyć furiata niż takiego, co ma lewy bok po prawej stronie i w dodatku nie chce się z tym zdradzić.

– A po co go leczyć, jak chce tego żona?

– Hm... leczyć musimy. Bo gdy to będzie na przykład policjant, który kieruje ruchem ulicznym, i zacznie twierdzić, że strona prawa jest stroną lewą – może wywołać on szereg katastrof. Jeżeli już mowa o policjantach, to i nas, którzy leczymy takie dolegliwości, można porównać do policjantów, dbających o to, aby znaki drogowe miały swe ustalone znaczenie, a prawa strona drogi była prawą.

– Niewątpliwie – odpowiedziałem – trzeba tych rzeczy przestrzegać dla dobra innych. Ale w wypadku architekta... Chyba że lewe skrzydło pałacu, które zaprojektował, nazwie on prawym, a najwyższe, powiedzmy, jedenaste piętro domu będzie nazywał parterem; mogłoby to dezorientować trochę majstrów, którzy według takich planów będą budowali. Ale o tym nie mówiła mi żona. Bo to, że mąż jej ma lewy bok po prawej stronie – uważam za jego sprawę osobistą.

I każdy może mieć taką sprawę osobistą, którą, jak tu widzimy, chce nawet ukryć przed otoczeniem. Może zmęczony ciągłymi obliczeniami, chce ten człowiek wychylić się poza jakiś krąg, w którym stale żyjemy: cyfry, cyfry, konwencje, prawa, nakazy, slogany i mówienie do rzeczy. A mówię o tym, gdyż i mnie czasem kusi, aby wychylić się poza ten krąg... A czy ciebie to nigdy nie kusi?

– Hm... może. Ale nie mów tego moim kolegom.

W dalszym ciągu uważałem, że sprawa, po której stronie ma bok architekt, jest to sprawa osobista, skoro nie czyni nikomu nic złego, zwłaszcza że jak stwierdziłem, nikomu nie chciał się z tym zwierzać. Zwierzył się tylko w zaufaniu kochanej i kochającej go żonie, niepomny, że nawet kochana i kochająca kobieta zawsze się wygada.

Pogląd mój, że jest to tylko sprawa osobista architekta, został wzmocniony tym, że architekt ukończył ową konstrukcję dachu, a fachowcy ocenili ją jako doskonałą, nową, wprost – rewelacyjną. Chociaż nie znałem się na konstrukcji nowoczes- nego dachu, coś mię korciło, aby dach ten jednak obejrzeć.
Żadnych myśli o lewej i prawej stronie dach ten mi nie nasunął: miał bowiem kształt taki, że pokrywał budynek, zwany okrąglakiem.

Data publikacji:

Jerzy Szaniawski

Urodzony w 1886 r. Dramatopisarz, prozaik i eseista, według Andrzeja Klominka najbardziej szanowany przez Mariana Eilego autor: „Każdy tekst nadsyłany przez Szaniawskiego dawał natychmiast do najbliższego numeru, nigdy nie pozwalał sobie na najmniejszą ingerencję, jakich innym nie oszczędzał, a o Szaniawskim i o jego twórczości mówił zawsze z wielkim uznaniem”. Do „Przekroju” trafił w 1949 r. wraz ze swoimi Opowiadaniami profesora Tutki. Przez długie lata pozwalał drukować swoje opowiadania tylko w „Przekroju”, a nawet dwa razy udzielił tygodnikowi wywiadu, co czynił niezwykle rzadko, prawie wcale. Zmarł w 1970 r.