Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Dla głowy i ciała
Ottessa Moshfegh

Porządna kobieta

Théodore Chassériau, Portret hrabiny La Tour-Maubourg (1841); zbiory Met Museum
Porządna kobieta
Porządna kobieta

Poznali się pewnego letniego dnia przez wysoką siatkę ogrodzeniową dzielącą ich podwórka. Jego było ledwie suchą brązową ziemią. U niej leżało pełno zakurzonych toreb z nawozem i narzędzi przypadkowo porzuconych tam, gdzie w twardej glebie zaczęła kiedyś sadzić kwiaty. Mężczyzna mieszkał w tym ciemnym zaułku ślepej uliczki już tak długo, że widział wielu wprowadzających się i wyprowadzających sąsiadów. – Od siedmiu prezydentów – opowiadał dziewczynie, śmiejąc się nerwowo i trzepiąc po szyi, jakby oganiał się od komarów. Miał tylko sześćdziesiąt lat, jednak wyglądał dużo starzej. Bielactwo pozbawiło łamliwe włosy koloru, przez nie twarz wyglądała jak usiana grubymi piegami. Dziewczyna była ładna, krzepka, trochę po trzydziestce. Mieszkała w domu obok już od dwóch miesięcy. Mężczyzna po prostu czekał na odpowiedni moment, by się przedstawić.

– Jestem Jeb – powiedział.

– To długo, Jeb – odparła ona. – Tylu prezydentów.

Jeb zaśmiał się znowu, westchnął i spojrzał na nią przez płot. Szopa białych włosów zalśniła w pojedynczym promieniu światła padającym z podwórza dziewczyny na drugie. Dziwna, plamista twarz Jeba i jego bulwiasty nos sprawiły, że odwróciła wzrok. Z jej dżinsowych szortów zwisały pojedyncze nitki powiewające wokół ud. Piersi, zauważył Jeb, były nieuwiązane – nie nosiła stanika. Jakiego koloru miała oczy?

Jeb spojrzał w nie, ze zdumieniem zauważając, że są różnego koloru; jedno miało dziwny, fioletowy odcień błękitu, drugie było zielone z drobinkami czerni i miodu. Zwoje zielonego gumowego węża wiły się wśród bałaganu na podwórzu za plecami dziewczyny. Cieszę się, powiedział Jeb, że mam nowych sąsiadów, i dobrze, że po tak długim czasie ktoś zaopiekuje się tym domem. Poprzedni właściciele burzyli w nim ściany, tłukli się całymi dniami, zostawiali na krawężniku wielkie worki na śmieci ze starym tynkiem, brudząc gipsem asfalt. Bank przejął budynek w koszmarnym stanie i za pół darmo sprzedał go tej dziewczynie.

– Jak wam się podoba okolica? – zapytał Jeb przez płot. Ale wiedział, że mąż zdążył się już zwinąć. W ciągu ostatnich kilku tygodni Jeb obserwował tych dwoje przez maskujący brązowy papier przykrywający okna w pokoju. Słyszał ich sprzeczki i awantury. Od jakiegoś czasu motocykl chłopaka nie stał już na swoim miejscu pod wiatą garażową.

– Trevora nie ma – odparła dziewczyna, zakładając ręce. Patrzyła w ziemię, palce u stóp schowała za wysoką kępą palusznika.

– Jest w pracy? – Jeb kiwał głową, udając, że źle zrozumiał. – Mogę zapytać, czym się zajmuje?

– Miałam na myśli to, że odszedł – powiedziała dziewczyna. – Tym razem na dobre.

– Zostawił cię samą? – Jeb zahaczył palce jednej dłoni o siatkowy płot i podszedł krok bliżej. Drugą dłoń położył na sercu i wykrzywił tę swoją dziwną, obwisłą dolną szczękę, udając zatroskanie. – To naprawdę okropne. Biedactwo. – Potrząsnął głową.

– E tam, nieważne – rzuciła ona. Zacisnęła dłonie w pięści, a potem rozczapierzyła palce jakby pokazywała eksplodujące bomby. – Takie życie.

– Wiem coś o tym – z powagą powiedział Jeb, a jego grube wargi drżały z udawanym współczuciem. Tylko taki znał sposób, żeby robić wrażenie na kobietach: udawał pokonanego przez własne niepohamowane emocje, a potem za nie przepraszał. – Przepraszam – oznajmił teraz, ciężko oddychając i znów się marszcząc. Jeb zauważył, że dziewczyna nie nosi pierścionka. Nie była wdową ani rozwódką; raczej świeżą singielką – i to pewnie nie na długo, zakładał. – Aż za dobrze znam to uczucie – dodał.

– Kurna, nie płacz, Jeb – odezwała się dziewczyna. Mimo urody i delikatnego ciała, jest w niej coś ostrego, pomyślał. Coś surowego.

Kiedy zamilkli, poczuł, jak wzrok dziewczyny przesuwa się po jego wąskiej klatce piersiowej, pomarszczonej, plamistej skórze na chudych rękach. Wiedział, że go ocenia. Odchrząknął, złożył dłonie i dwukrotnie klasnął, jakby właśnie skończył jakieś trudne zadanie. Wyprostował zapadniętą pierś.

– Nasze domy to lustrzane odbicia – powiedział. Podniósł dłonie, stykając je bocznymi krawędziami. – La destra. I la sinistra, to mój. Znam trochę włoski – dodał. – Kiedyś brałem lekcje, dawno, dawno temu. – Potem w jego głosie pojawił się nagle radosny, swojski zaśpiew, jakby wywołany przez dziewczynę: – Cóż, jeśli poczujesz się samotna, wpadnij kiedyś. Wypić kawę ze starym sąsiadem. Będziesz u mnie zawsze mile widziana.

– Pochodzisz z Południa? – zapytała ona, ignorując zaproszenie. Wyglądała na arogancką. Wyglądała na nieufną.

– Jestem z Alabamy – odpowiedział Jeb. – Ale od zawsze mieszkam tutaj. Już zbyt długo. Od siedmiu prezydentów, uwierzysz – powiedział, śmiejąc się z tego samego żartu, jakby chciał rozbawić sąsiadkę swoją starością. Kiedy się uśmiechnął, odsłonił głęboko zgniłe, haczykowate zęby. Wzdłuż dziąseł były niemal czarne. – Miło było poznać – dodał. Wyciągnął rękę, udając uścisk dłoni przez płot. Dziewczyna zachichotała.

– Możemy to zrobić w stylu E.T. – powiedziała i wsunęła palec wskazujący przez oczko w siatce. Dotknęli się czubkami palców. Jeb zapamiętał w myślach tę chwilę, dotyk jej opuszka – gorącego, suchego, sprężystego. – To na razie – rzuciła.

Kiedy przemierzała podwórze i wchodziła po schodkach, Jeb patrzył na jej krągłe podskakujące łydki opalone latem i nakrapiane błotem.

– Jeśli będziesz potrzebowała pomocy – zaczął, ale dziewczyna go nie słyszała. Jej sylwetka mignęła za szarymi zewnętrznymi drzwiami tylnego ganku, potem weszła do środka, zamknęła kuchenne drzwi i włączyła radio. Odkąd chłopak ją zostawił, często słucha radia, zdążył zauważyć Jeb. Zorientował się też, że słyszy niemal wszystko, co dzieje się w budynku obok, jeśli uważnie nasłuchuje przez okno w piwnicy.

Wieczorem Jeb właśnie tam jadł kolację, słuchając dźwięków z domu dziewczyny, która była sama. Radio ustawiła na stację ze starymi folkowymi piosenkami. Babska muzyka, pomyślał Jeb, nadziewając jedzenie na ciężki srebrny widelec. Dokładnie przeżuwał, od czasu do czasu dławiąc się twardym, smażonym stekiem, kilkoma surowymi wstążkami marchewki i zielonej papryki. Uważał, że popijanie w trakcie posiłku rozrzedza soki żołądkowe, więc rzadko pił coś innego niż poranną kawę i okazjonalnie szklaneczkę whisky Kenny May, kiedy miał co świętować albo opłakiwać. Poza tym był odporny na przyjemności konsumpcji. Lubił za to radość z oszczędzania i przechowywania ogromnych ilości kupionego z przeceny mięsa w dużej zamrażarce, którą teraz wykorzystywał jako stół w piwnicy. Warzywa również kupował taniej, zwykle ze specjalnych półek w supermarkecie. Robił to od tak dawna, że na sam widok jaskrawopomarańczowej etykiety z promocyjną ceną ślina napływała mu do ust.

Cieszył się, że dziewczyna nie próbowała naśladować wokalnych ozdobników, kiedy nuciła razem z radiem. Czułby się wtedy zażenowany. Śpiewała teraz jakąś smutną piosenkę – znała cały jej tekst – i Jebowi zdawało się, że słyszy również cichy szelest przewracanych stron jakiegoś magazynu. Wyobraził sobie, jak dziewczyna siedzi na kolorowej narzucie, żółte światło lampy oświetla jej nagie ramiona i odbija się od wystającego kręgosłupa na karku, a ona ogląda fotografie rzeczy, które chciałaby mieć. Czuł, że poznaje tę dziewczynę dzięki związanym z nią dźwiękom – jej przekleństwa, gdy rozmawiała przez telefon z koleżankami, gwałtowne uderzenia szuflad, kiedy się ubierała, szybkie kroki na schodach rankiem, wolne kroki na schodach wieczorem. Jeb słyszał nawet kilka razy, jak puszcza bąki i miał nadzieję któregoś dnia jej o tym wspomnieć. „A jednak moja sympatia do ciebie nie osłabła” – powiedziałby. „Właściwie to stałaś mi się tylko droższa”.

Przed odejściem Trevora Jeb nie lubił słuchać zbyt uważnie. Tych dwoje nieustannie na siebie wrzeszczało. „Gdzie są moje buty?” „Gotowa?” „Co?” „Skarbie?” A potem było: „Skarbie, porozmawiaj ze mną” i „Skarbie, tylko spójrz na to” i „Skarbie, zejdź tutaj”. I najgorsze: „Kocham cię, skarbie”. Skarbie. Do Jeba nikt nigdy tak się nie zwracał. „Jeb” było najsłodszym określeniem, jakim go nazywano, w dodatku miało nieprzyjemne, gumowe brzmienie, przypominało nazwę płynu do zmywania naczyń albo tego do mycia więziennych podłóg. Jeb. Skrót od Jebediah. Jednak nikt nigdy nie prosił o to wyjaśnienie. Ludzie ledwo mogą na niego patrzeć, myślał, a co dopiero siedzieć i słuchać, jak mówi.

W niedzielę rano siostrzeniec Jeba zaparkował na podjeździe swojego czarnego sedana i wyrzucił peta na wyschnięte podwórze. Jeb usmażył jajka na bekonie, zrobił tosty, nalał kawę, oderwał woskowany papier ze świeżej kostki masła. Przez poprzednią godzinę słuchał, jak dziewczyna tłucze się po domu, szoruje podłogi, napełnia wiadra wodą z kranu przy kuchennym zlewie, wbija gwoździe w ściany. Co jakiś czas wiadomości radiowe ględzące z kuchni przerywały okrzyki „kurwa”, „auć” albo „ja pierdolę”. W Egipcie zginęli manifestanci. Naukowcy odkryli nowe planety. Pożary w parku narodowym, powódź w Indiach, seria kradzieży po drugiej stronie rzeki. Biedacy i imigranci lubili prezydenta. Zbliżała się burza. Silne wiatry, ostrzegali. Nie wypuszczajcie zwierząt z domów. – Dosyć już – rzuciła dziewczyna i zmieniła stację na jazz.

– Mam nową miłą sąsiadkę – powiedział Jeb do swojego siostrzeńca, kiedy usiedli we wnęce jadalnej, by zjeść śniadanie. Jeb nałożył sobie tylko jeden plaster bekonu i jeden suchy tost. – Singielka – ciągnął – w domu obok. Z pewnością przydałby się jej ktoś znajomy w podobnym wieku.

Siostrzeniec pochłonął sporą porcję jajek. Miał szczupłą, brodatą twarz. W jednym uchu nosił niewielkie złote kółko.

– Jaka jest? – zapytał, sceptycznie przechylając głowę. – Szczerze. Od góry do dołu.

– Ależ daj spokój – odparł Jeb. – Nie masz co wybrzydzać. Wygląda trochę jak Lou Ann. – Lou Ann była licealną dziewczyną siostrzeńca. – Ma podobną opaleniznę.

– Pójdę ją poznać – powiedział siostrzeniec. – Ale nie obiecuję, że się z nią umówię. Niepotrzebne mi żadne cyrki.

– Jakie cyrki? Miałbyś szczęście – odparł Jeb. – Urocza panna. Oczywiście ma jakiś tam bagaż, ale wszystkie mają.

– Dzieciaki? – zapytał siostrzeniec. – To zapomnij.

– Nie, żadnych dzieci. Raczej problemy emocjonalne – mówił Jeb. – Znasz kobiety. Wszystkie są jak bezdomne koty, albo mruczą ci na kolanach, albo szczają do butów.

– Amen – rzucił siostrzeniec.

– Jest ładna. Ma w sobie coś wyjątkowego. Jakby mnie kto pytał, dla takiej panny można pocierpieć. Tak czy siak, miałbyś szczęście – powtórzył. Zabrał pusty talerz siostrzeńca. – Idź tam i się przedstaw. Albo lepiej – zanieś jej ten list. – Odstawił talerz do zlewu i podszedł do kuchennej szuflady, gdzie trzymał błędnie doręczony przez listonosza list. Zawiadomienie z biblioteki uniwersyteckiej po drugiej stronie rzeki. Dziewczyna nie oddała jakiejś książki i kara powiększała się każdego dnia. – Zamierzałem jej go dać wczoraj – powiedział Jeb.

– Ale jest niedziela rano – zauważył siostrzeniec.

– Co z tego – odparł Jeb. – I tak już wstała. Na pewno ucieszy ją wizyta. – Kiedy podchodzili do frontowych drzwi, położył dłoń na umięśnionym ramieniu chłopaka. – Jak ją zobaczysz, przekaż ode mnie pozdrowienia.

Siostrzeniec w podskokach ruszył przez podwórze, wzniecając kurz, i przebiegł przez zapadający się chodnik na trawnik przed domem dziewczyny. Jej podwórze nie miało ogrodzenia, tylko gęstą, przerośniętą trawę, niewielkie zimozielone krzewy, stosy wilgotnej ściółki rozrzuconej byle jak wokół dwóch krzywych sadzonek. Na stopniu stało kilka pustych doniczek. Siostrzeniec nacisnął dzwonek, potem zapukał, ciężko oddychał ze zniecierpliwienia. Kiedy dziewczyna otworzyła, Jeb wycofał się do swojego domu, by obserwować przez okno w salonie.

Miała na sobie te same postrzępione dżinsowe szorty i czarną koszulkę z odciętymi rękawami. Siostrzeniec przez moment stał jak zamurowany, a potem podał dziewczynie list. Kiedy rozmawiali, machała trzymaną w dłoni kopertą. Wsadziła palec pod klapkę, nie zauważając, że Jeb ją wcześniej otworzył i zakleił ponownie. Siostrzeniec jakby na coś czekał, drapał się w ucho, wkładał i wyjmował ręce z kieszeni. Dziewczyna wzruszyła ramionami, odgarnęła włosy i się uśmiechnęła. W końcu chłopak wycofał się po tylnych schodach. Dziewczyna pomachała listem i zatrzasnęła drzwi. Jeb przyglądał się jej sylwetce przez zasłonięte papierem okna. Pomasował sobie ramię. Było całe pozbijane i żylaste. Obrał miękkiego zbrązowiałego banana. Słuchał, jak siostrzeniec odjeżdża.

Wczesnym popołudniem Jeb był na podwórzu, ciągnął zardzewiałe krzesło ogrodowe po ziemi. Usiadł w miejscu, z którego przez otwarte drzwi kuchenne jej domu widział dziewczynę zmywającą naczynia.

– Uważaj na burzę! – wrzasnął, kiedy w końcu wyszła na ganek i usiadła na wypaczonych drewnianych tylnych schodkach. – Uwielbiam ten czas, spokój przed burzą.

Spojrzała na Jeba przez siatkowy płot. Siedział tam sobie, oglądając jej podwórze jak telewizję.

– Hej – rzuciła. Lekki, ciepły wiatr mierzwił jej długie, rozpuszczone włosy. Złapała je palcami, potem odwróciła się plecami do Jeba, by zapalić papierosa.

– Halo – zaczął Jeb, przyciągając krzesło bliżej płotu. – Nie chcę być wścibski, ale muszę wspomnieć, jak bardzo mnie ucieszyła wiadomość, że zaprzyjaźniłaś się z moim młodym siostrzeńcem. Od dawna nie miał w życiu nikogo wyjątkowego. – Mrugnął. – Dobrze wam życzę.

– To nic takiego – odparła dziewczyna, zdejmując drobinkę tytoniu z języka. – Idziemy tylko na drinka.

– Jasne, jasne – powiedział Jeb. – Nie chciałem się wtrącać. Szanuję waszą prywatność.

Dziewczyna wstała.

– Nie ma żadnej prywatności – powiedziała. – To nie randka ani nic podobnego. Możesz iść z nami, jeśli chcesz. Dla mnie nie ma różnicy.

– Ależ nie, nie mógłbym się tak narzucać. – Jeb zmarszczył brwi i potrząsnął głową. Dziewczyna wyglądała tak pięknie na wietrze i w dziwnym różowym świetle słońca przebijającym przez blade chmury. Patrzył, jak jej koszulka okleja ciało, kiedy wiało mocniej. – Nie trzeba wam upierdliwego staruszka – dodał.

Trzymając w zębach papierosa, dziewczyna znów poskromiła włosy i skręciła je w warkocz. Pod pachami miała kropki krótkich włosków i białe plamki po dezodorancie.

– Jeśli chcesz się przyłączyć, to spoko. Mnie obojętne – powiedziała bez emocji.

– Skoro nalegasz – powiedział Jeb. – Przyjdźcie na moją stronę, co? Wypijemy jednego, jak to robią w Alabamie, a potem możecie iść tam, gdzie chodzą młodzi. Pijasz whisky, co?

– A kto nie pija? – odpowiedziała, gasząc papierosa o framugę.

– W takim razie do zobaczenia o ósmej – powiedział Jeb i patrzył, jak dziewczyna idzie przez podwórze, przyspieszając z wiatrem. Podniosła jakąś małą sadzonkę w doniczce i zaniosła ją na ganek. – Szybko przejdzie! – zawołał Jeb, pokazując na chmurzące się, różowe niebo, ale go nie słyszała. Zagrzmiało po raz pierwszy. Błyskawica. Wrócił do domu i usiadł na kanapie, nasłuchując i licząc, czekając na burzę.

Przed ósmą deszcze zdążyły już nadejść leniwymi, zacinającymi płachtami walącymi w okna Jeba. Niebo poczerniało, ale z każdą strzelającą nad głowami błyskawicą robiło się ametystowe i okopcone. Jeb wziął wcześniej prysznic, włożył czystą koszulkę, przylizał włosy pomadą, ogolił się, oklepał wodą kolońską. Na kolację zjadł gotowane nóżki z kurczaka, małą puszkę kiszonej kapusty, kilka wczesnych kwaśnych czereśni. Z powodu burzowego koncertu przez piwniczne okno nie słychać było żadnych dźwięków z domu obok. U Jeba radio nadawało komunikaty o zerwanych liniach energetycznych, zalanej międzystanowej. Połamane gałęzie wymusiły zamknięcie kilku dróg. Przejazd przez most nie jest bezpieczny, mówili. Siostrzeniec zadzwonił, żeby przekazać dziewczynie wiadomość: – Powiedz jej, że utknąłem. Nie dam rady dzisiaj przyjechać.

– Wielka szkoda – odparł Jeb. – Przekażę jej. – W salonie, na bocznym stoliku koło kanapy, uporządkował stosik wyciętych kuponów, postawił butelkę Kenny May. Z kuchennej szafki wyjął dwie kryształowe szklanki, polizał brzegi obu i postawił je obok whisky. Przełączył radio na jakąś spokojną muzykę.

Kilka minut po ósmej rozległ się dzwonek do frontowych drzwi. Dziewczyna miała czarne kalosze i lśniący żółty sztormiak, którego kaptur sztywno wisiał nad jej zasłoniętą twarzą.

– Przyszedł już? – tak powitała Jeba.

– Dzień dobry, dzień dobry – odparł on, przytrzymując drzwi. Weszła do środka i zdjęła płaszcz. Woda ściekała z niego na podłogę. Jeb zrobił krok w tył. Sukienka pod sztormiakiem była rozczarowaniem: może nie całkiem domowa, ale pastelowa, kwiecista, z taniej bawełny, z krótkimi rękawami. Z radością zauważył za to kolczyki – małe srebrne serduszka. Dziewczyna pachniała kokosem, owocowymi drinkami, tropikalnym wiatrem, plażami z białym piaskiem. Wziął od niej sztormiak i powiesił przy drzwiach.

– Powinnam chyba zdjąć też buty – powiedziała i schyliła się, by wyjąć stopę z kalosza. Kiedy straciła równowagę, Jeb złapał dziewczynę za przedramię. Chyba się tym nie przejęła. Jeb zaczerwienił się, czując zmysłowość jej ciała – miękkiego wokół kości jak u niemowlaka. Próbował nie ściskać zbyt mocno. Kiedy się wyprostowała, puścił. Potem zgięła się, złapała równowagę i zdjęła drugi kalosz, pozwalając staruszkowi dostrzec przebłysk odsłoniętego dekoltu.

– Przepraszam, ale mój siostrzeniec się spóźnia – powiedział Jeb, zamykając frontowe drzwi na zamek. – Zatrzymała go ulewa. – Wdychał jej zapach, szukając w głowie odpowiednich słów. – Piña colada – zawołał, wymachując palcem. – Twoje perfumy. Tak?

– To tylko balsam do ciała – odparła, prostując sukienkę. – Bardzo się spóźni?

– Kilka minut – powiedział Jeb. – Mówił, żebyśmy na niego nie czekali.

W domu panował półmrok. Jedynie w kinkietach w przedpokoju paliły się niewielkie żarówki w kształcie płomieni. Jeb zaprosił dziewczynę do salonu. Z lampy na suficie dochodziło mrugające, słabe światło. Kiedy Jeb pod nim stanął, jego oczy zmieniły się w dwa czarne cienie. Twarz wyglądała jak czaszka. – Chodź, usiądź – powiedział, kładąc rękę w dolnej części pleców dziewczyny. Pozwoliła mu na to, pewnie chciała być uprzejma. Jest grubsza, niż wygląda, pomyślał Jeb. Silna, ale mała, jak szczeniak buldoga.

Twarda suka, powiedział do siebie. – Zrelaksuj się trochę.

Dziewczyna usiadła na kanapie, obciągając rąbek sukienki, kiedy zakładała nogę na nogę.

– Twój dom jest taki jak mój, tylko na odwrót – zauważyła.

Jeb podszedł do bocznego stolika, podniósł butelkę Kenny May i nalał do obu szklanek whisky na trzy palce. – Niestety nie mam lodu – powiedział, podając dziewczynie szkło. Na zewnątrz zagrzmiała burza. Przez dźwięki miłosnej piosenki w radiu słyszeli, jak łamią się gałęzie, wiatr szarpie liśćmi, deszcz odbija się od ścian.

– Za nowych sąsiadów, nowych przyjaciół – powiedział Jeb.

Unieśli szklanki i upili łyk. Dziewczyna skrzywiła się i powąchała swoją whisky. Jeb wyjrzał przez okno, szeroko się uśmiechając. Doskonale wiedział, że kiedy odczuwał radość, zachowywał się dziwnie. Robił się zbyt chętny, zbyt wylewny. Zbyt wiele mógł wypaplać. Próbował się powstrzymać, ogarnąć, ale nie mógł sobie podarować i mówił, co mu przyszło do głowy:

– Zalicz i rzuć. Znasz takie wyrażenie? – zapytał. – Tak mawia mój siostrzeniec. Tak lubi robić. Może ta burza ocaliła cię przed upokorzeniem. Dzięki Bogu za Matkę Naturę.

– Jezu – parsknęła dziewczyna. Mężczyźni nigdy nie przestawali jej zadziwiać – przebiegłe psy, wszyscy, paskudne istoty. – Chryste – dodała. Upiła kolejny łyk. – Dzieciak tylko zaprosił mnie na drinka. Nie jestem dziwką.

Jeb zgiął się w pasie, schylił głowę.

– Widać twój entuzjazm go zmylił – powiedział i puścił oko. Potem znów się wyprostował i próbował powstrzymać uśmiech.

Dziewczyna postukała paznokciami o szklankę i oparła się o starą kraciastą kanapę. Sprężyny w środku zdążyły się już spłaszczyć przez dziesięciolecia. Tapicerka śmierdziała Jebem – gorzko, jak spróchniałe drewno, lekko chemicznie. Szorstki materiał poduszek drażnił skórę rąk dziewczyny. Zamknęła oczy, popijała drinka. Była zmęczona. Trudno remontować cały dom, w dodatku teraz robiła to sama. Cieszyła się z każdej odmiany, z dala od własnych myśli, zimnych ukłuć odczuwanych za każdym razem, kiedy tęskniła za dotykiem ręki Trevora, ust całujących szyję, policzki, uda. Zapadając się głębiej w kanapę, pomyślała, że gdyby Trevor chciał wrócić, pozwoliłaby mu robić, czego tylko by zapragnął. Może nawet pozwoliłaby mu zrobić sobie dziecko. Ale ta myśl była jak nieprzyjemny smak w ustach. Dziewczyna skrzywiła się z niezadowoleniem. Jeb patrzył, jak jej przepona unosi się i opada pod cienkim materiałem sukienki. Wydawała się poddenerwowana i zirytowana, jej spojrzenie kąśliwe, krzywe.

– Przepraszam, moja droga. Zrobiłem ci przykrość? – zapytał.

Dziewczyna spojrzała mu w oczy.

– Próbujesz mnie zdołować, co? – odpowiedziała pytaniem. Jeb stchórzył, spoglądał nerwowo to na jej skrzyżowane, lśniące kolana, to na drżącą od deszczu szybę. – Wiem, co robisz. Próbujesz mnie zawstydzić, bo jestem młoda i ładna. Chcesz, żebym przeprosiła za te wszystkie inne kobiety, które cię nie chciały. Nie możesz znieść, że mieszkam tuż obok i ci o nich przypominam. Mam rację, prawda? Zalicz i rzuć – parsknęła. – Żadne twoja słowa mnie nie dotkną. Możesz próbować. Wyzywam cię. – Zachichotała i napiła się whisky, potem odstawiła szklankę na stolik.

– W dzisiejszych czasach z młodymi kobietami nic nie wiadomo – powiedział Jeb. – Świat nie ma litości, a dziewczyny, kobiety – wiedział, że to rozróżnienie jest istotne, by poczuła się szanowana – po prostu oddają się za darmo. To łamie mi serce. Nazywają to niską samooceną. – Mlasnął językiem, potrząsnął głową, potem położył rękę na piersi. – Przepraszam – dodał cicho, jakby miał się zaraz rozpłakać. Nachylił się nad stolikiem, podniósł szklankę dziewczyny i przeniósł ją na podstawkę.

– Ale ja nic nie zrobiłam – powiedziała dziewczyna, wywracając oczami. – Nie ma się o co złościć. Jezu. Już mówiłam, rozgryzłam cię. Próbujesz zmusić mnie, żebym wypłakała ci się na ramieniu, zrobić ze mnie jakąś pokręconą laskę, i dlatego nie chcę się z tobą pieprzyć. Nie urodziłam się wczoraj.

Kiedy Jeb był podekscytowany, jego serce trzepotało. „Jak gołąb w jutowym worku” powiedział kiedyś lekarzowi.

– I co to w ogóle znaczy „za darmo”? – ciągnęła dziewczyna. – Lepiej się oddawać za kasę? Co wy, faceci, macie z tym, że zawsze widzicie świat tylko tak albo tak? Nie wszystko jest na sprzedaż.

– Słucham?

– Dawać i brać. Jakby życie było kontem bankowym, które próbujesz zapełnić. I jakby każda dziewczyna się kurwiła.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz, moja droga.

– No jasne – rzuciła dziewczyna. Zacisnęła usta, marszcząc podbródek. Jeb pomyślał, że raczej brzydko tak wygląda. Wstrzymywała oddech. Wydawała się bliska wybuchu. Pod stolikiem jej naga stopa kołysała się jak figurka z za dużą głową. Walnął piorun, błysnęło. – Twój siostrzeniec w ogóle przyjdzie? – zapytała nagle cichym, niewinnym głosem.

– Nie – odparł Jeb.

– Aha – powiedziała ona.

Ale nie wstała z kanapy. Nawet poprawiła się, żeby wygodniej siedzieć, pochyliła do przodu, by skóra nie dotykała szorstkiego obicia. Jeb milczał. Patrzył, jak jej usta znowu się zaciskają, a potem rozdzielają, kiedy popijała whisky.

Jeb odkaszlnął i przełknął flegmę, sztywno przeniósł się na kanapę, usiadł. Położył rękę na poduszce między sobą a dziewczyną. Jego mały palec musnął miękki materiał sukienki. Gdybym chciał, pomyślał, z łatwością mógłbym uszczypnąć ją w udo.

– Pokażę ci zdjęcia – powiedział, odwracając się po stare pudełko po cygarach leżące na stoliku. Otworzył wieczko. Dziewczyna schyliła się, by spojrzeć na zdjęcia, przesunęła je w środku niczym kawałki układanki. Jeb znów spojrzał na jej opalony, lekko wilgotny dekolt.

– Który to był rok? – zapytała, wyjmując jedno zdjęcie, niewielki szkolny portret Jeba jako chłopca. Nalana twarz, oczy zimne i wymęczone, pasiasty krawat ciasno zawiązany wokół szyi.

– Miałem dziewięć lat – odpowiedział Jeb. Potrząsnął ponuro głową, jakby próbował się obudzić. – Skoro mój wiek to dla ciebie problem… – zaczął.

– Co mnie obchodzi, ile masz lat? Co to ma ze mną wspólnego? – Pogrzebała w zdjęciach, wyjęła kolejne, pokazała je Jebowi. Był na nim młodym mężczyzną, czającym się obok swego ojca, ciemnej, złowieszczej postaci w szarym workowatym garniturze. Na zdjęciu Jeb miał gęste rude włosy. – Teraz są całkiem białe – zauważyła, znów spoglądając na fotografię.

– Za młodu nazywali mnie „Rudy Jeb”. Powtórz to szybko sześć razy. – Zaśmiał się. – Ludzie czasami biorą mnie za albinosa, uwierzysz?

– Oczywiście, że wierzę – odparła dziewczyna. – Uwierzyłabym niemal we wszystko.

– A Czarni kolesie czasami myślą, że jestem czarnym albinosem, uwierzysz? To chyba komplement. Moje bielactwo nie jest zaraźliwe. Jest całkowicie niegroźne. W niektórych kulturach uznaje się je za znak boskiego naznaczenia. Gdybym pojechał do takiego kraju, ludzie chyba modliliby się do mnie na ulicy. Święty Jeb. – Zaśmiał się znowu. – A teraz po prostu wyglądam staro. Dzieci potrafią być okrutne…

– Mogę skorzystać z łazienki? – przerwała mu dziewczyna.

Jeb spojrzał na jej kolana. Przez skórę widać było lekko niebieskie żyłki. Udał, że kaszle, zebrał się i znów schylił nad fotografiami, zwilżając palec nie o język, ale o grubą, mokrą od śliny wargę wiszącą między zmarszczkami. – Wiesz, gdzie jest – powiedział.

Jeb słuchał ciężkich kroków dziewczyny, kiedy szła przez korytarz do łazienki pod schodami. W trakcie jej nieobecności oglądał zdjęcia i wracał myślami do nieudanego romansu sprzed wielu lat. Zdawało mu się, że jest zakochany, ale po jednym intymnym spotkaniu tamta kobieta odprawiła go, siedząc na sedesie. „Jesteś zbyt sztywny”, powiedziała wtedy. „Nie masz wyobraźni”. Serce zatrzepotało Jebowi ponownie, kiedy przypomniał sobie, jak jej uda zakołysały się, gdy wstawała, by się podetrzeć. Usłyszał dźwięk spuszczanej wody. Czekał, aż dziewczyna odkręci kran, ale tego nie zrobiła. Potem wróciła.

– Podoba mi się tapeta w twojej łazience – powiedziała. – I ta stara umywalka. – Usiadła na kanapie. Jeb położył na wierzchu jedno ze zdjęć, by jej pokazać. Była na nim chuda kobieta w kapeluszu od słońca i bikini, siedziała na leżaku przy basenie. – Kto to jest?

– Moja żona, niech spoczywa w pokoju.

– Bardzo ładna – zauważyła uprzejmie dziewczyna. Pochyliła się nad stolikiem i nalała sobie pełną szklankę Kenny May.

– Miała uszczerbiony ząb – powiedział Jeb. – Ale była dosyć ładna. Dziwna kobieta. Nigdy nie wiedziałeś, co myśli. Miała dziwne zwyczaje, jak my wszyscy. I dziwne obsesje. Lubiła kupować różne eleganckie rzeczy. Koronka, jedwabie, takie tam. Bieliznę. Wiesz co? – uśmiechnął się Jeb. – Na górze zostały po niej pełne szuflady. Chętnie ci je pokażę. Bardzo ładne rzeczy.

Dziewczyna odstawiła szklankę.

– Dziwna kobieta – powtórzył Jeb. – Prowadziła dziennik, kazała mi przysiąc, że go nigdy nie dotknę. Kiedy umarła, niech jej ziemia lekką będzie – położył dłoń na piersi, na moment zająknął się i milczał, spoglądając na sufit – znalazłem ten zeszyt i go przeczytałem, było tam tylko o kręglach. Kręgle to, kręgle tamto. Jednocześnie śmiałem się i płakałem. To się nazywa miłość. – Położył dłoń na kolanie dziewczyny, potem wyjrzał przez okno. Burza szalała i hałasowała. Lampy migotały, ale nie gasły. Blada, spuchnięta, plamista dłoń na kobiecym kolanie leżała nieruchomo niczym gruba, śpiąca jaszczurka, która w każdym momencie mogła się obudzić i zadrapać pazurami miękkie udo.

– Zabierz tę obleśną łapę z mojej nogi – powiedziała spokojnie dziewczyna. Podniosła rękę Jeba za mały palec i odprowadziła ją na bok. – Chyba sobie robisz jaja – dodała, puszczając.

Mężczyzna ją zignorował. Kołysał głową w smutnej zadumie.

– Och, moja urocza Betty Ann. Zostawiła też szafę pełną ubrań. Piękną szafę – mówił. – Naprawdę stylową. A ja jestem taki sentymentalny, że nie mogłem się rozstać z tymi ślicznymi sukienkami. Zawsze myślałem, że kiedyś może ktoś z nich skorzysta. Na przykład ty. Hej! – W komicznej pantomimie wypuścił powietrze, jakby trafił go piorun, wyciągnął ręce przed siebie, zakołysał głową i wystawił język. – Mam pomysł – powiedział z zadowoloną miną. – Lubisz stare rzeczy? Vintage, jak to mówią? Mam spódnice, bluzki i sukienki. I buty. Możesz poprzymierzać. Są na górze. – Mięsiste zmarszczki wokół ust pogłębiały się, kiedy się uśmiechał.

Dziewczyna spojrzała na swoją szklankę.

– Jeśli ten młody się nie pojawi, powinnam iść do domu.

– Ale dopiero co przyszłaś. – Jeb otworzył dłonie, pomachał palcami. Sięgnął przez nogi dziewczyny po butelkę, napełnił obie szklanki, choć żadna nie była pusta. Burza na zewnątrz na moment ucichła. Siedzieli, słuchając, czy całkiem się skończyła. Potem deszcz rozpadał się znowu.

– Nie wierzę, że kiedykolwiek miałeś żonę – odezwała się po chwili dziewczyna. – A ta whisky dziwnie pachnie. – Odstawiła szklankę na podstawkę. – Tanio – dodała.

– Może się na chwilę położysz – zaproponował Jeb, nie wstając z kanapy. – Zrelaksujesz. Wyciągnij się, jeśli chcesz. Mi casa es su casa. Znam trochę hiszpański. I francuski. Voulez–vous? Comment ça va?

Ziewnęła i potrząsnęła głową.

– Nie zamierzam się z tobą kłaść – powiedziała.

– Ale te sukienki – mówił Jeb – doskonale by na tobie leżały. Przyniosę jedną, żebyś obejrzała. Moja żona była modnisią. I nosiła ten sam rozmiar. Przynieść jedną? Wielka szkoda byłoby je wszystkie wyrzucać. Jeśli chcesz, możesz wejść na górę i sama je przejrzeć.

– Nie, dzięki – powiedziała. Chyba tylko udawała, że jest znudzona, bawiła się wieczkiem pudełka po cygarach.

– Wszystko tam leży, czeka na drugie życie – ciągnął Jeb. – Weź, co tylko chcesz. Dla mnie to już nieważne. – Błyskawica zalała pokój jasnoniebieskim światłem.

– Gdybym chciała dać się zaciągnąć do twojej sypialni, nie musiałbyś prosić dwa razy – odparła. – Już mówiłam, przejrzałam twoje gierki.

Jeb spojrzał w sufit. Luźna, plamista skóra gardła zakołysała się, kiedy zgrzytał zębami.

– Więc cię to nie interesuje – powiedział, zakładając ręce. – Po prostu zmieniłaś zdanie.

– Zmieniłam zdanie?

– Próbowałem tylko być uprzejmy, po sąsiedzku. A ty tu przychodzisz, żeby cię pocieszać.

– Przepraszam, jeśli źle mnie zrozumiałeś – odparła z sarkazmem dziewczyna. Dwoje różnych oczu się zmarszczyło, szyderczo, pomyślał Jeb.

– Masz szczęście, że nie jestem zboczeńcem – mówił. – Mógłbym z tobą zrobić, co by mi się podobało. Młoda dziewczyna, pijana, na mojej kanapie. Powinnaś być ostrożniejsza. Moja żona… – Jeb westchnął nagle, z przesadą ocierając niewidzialne łzy. – Panie, świeć nad jej duszą. Była dobrą kobietą. Porządną kobietą. Nie żadną lafiryndą i puszczalską, jak się teraz zdarza. – Gapił się na nagie stopy dziewczyny na drewnianej podłodze i oblizywał wargi. Ale ona wciąż nie wstawała.

– Nie czuję się dobrze – powiedział Jeb, opierając się o kanapę i zamykając oczy. Dziewczyna obróciła się i przysunęła. Od zapachu kokosa zrobiło mu się słabo. Dłoń, którą położyła na kościstym ramieniu Jeba, była ciepła i wilgotna, czuł to przez cienką koszulkę. Zastygł. Poczuł jej ciało przesuwające się na siedzeniu, usłyszał jęk sprężyn, a potem zobaczył, że siedzi na nim, okrakiem, wsuwając piersi pod jego podbródek. Jeb ledwo oddychał.

– Na to miałeś nadzieję? – zapytała, patrząc i czekając na jego reakcję.

Jeb nie otwierał oczu, znowu oblizał usta. Dziewczyna czuł jego śmierdzący jak u chorego kota oddech. Powąchała jego usta, skrzywiła się z rozbawieniem. Ich twarze dzieliło tylko kilka centymetrów.

– Miałem nadzieję… – zaczął mówić Jeb. Ciało dziewczyny ściskało mu kości. Poczuł, jak się rumieni, twardnieje. Podniósł ręce.

Dziewczyna tylko się zaśmiała i zeskoczyła, zanim zdążył jej dotknąć. Kiedy to robiła, zadarła się jej sukienka. Jeb patrzył na uda drżące od każdego kroku, który robiła po podłodze salonu. W przedpokoju zaśmiała się jeszcze do siebie, włożyła kalosze i zgarnęła sztormiak z wieszaka.

– Odprowadzę cię do domu – zawołał Jeb. Ale już jej nie było.

Godzinę później ponownie zadzwonił siostrzeniec.

– W całym cholernym budynku nie ma prądu – skarżył się. – Nie mogę nawet pooglądać telewizji.

– Mogłeś przyjechać tutaj na noc – wtrącił się Jeb. – Doskonale się bawiłem bez ciebie z sąsiadką. Ale wątpię, żeby ci się spodobała. Moim zdaniem to niewypał. Niejedyna rybka w morzu, jak to mówią. Gra niewarta świeczki.

– Mam inne dziewczyny – powiedział siostrzeniec i się rozłączył.

Rano blada mgła niczym dym wypełniała powietrze. Zasłoniła także dom dziewczyny. Jeb obudził się na kanapie, wziął butelkę Kenny May i ponownie zajął swoje miejsce w piwnicy. Z sypiącej się betonowej ściany na podłogę spadła kropla wody. Pił. Z domu dziewczyny dochodziły do jego uszu jedynie dźwięki otwieranych i zamykanych szuflad, woda lecąca z kranu, a potem szukanie częstotliwości w radiu, które w końcu zatrzymało się na wesołych, chwytliwych popowych piosenkach. Dziewczyna słuchała jednej po drugiej, radośnie śpiewając teksty, jakby była zupełnie niewinna, jakby zupełnie nic się nie stało.

 

Mijały kolejne dni. Jeb spędzał je, siedząc przy kuchennym oknie. Patrzył, jak dziewczyna wnosi puszki z farbą do domu, pali papierosy na frontowych schodkach, zbiera gruz z podwórka, ciągnie worki ze śmieciami na krawężnik. Od czasu do czasu jej postać pojawiała się za cienkimi zasłonami sypialni, kiedy otwierała albo zamykała okno. Przyszła poczta. Słońce wzeszło i zaszło. Jeb ignorował suche liście, które wpadały na jego podwórze zza płotu. Nie chciał, żeby dziewczyna widziała, jak je grabi. Była puszczalską, lafiryndą niewartą jego czasu, tak sobie powtarzał. Czytał niedzielną gazetę i smażył bekon, a dziewczyna malowała, sprzątała i waliła w ściany. Mimo sąsiedzkich instynktów Jeb powstrzymał się i nie poszedł, by zaoferować pomoc albo radę.

– To zwykłe nic – powiedział siostrzeńcowi, kiedy ten wpadł na śniadanie. – Zero treści, zero głębi. Arogancka, zupełnie bez powodu.

– Może zajrzę do niej i się przywitam – odparł chłopak, ale tego nie zrobił.

A potem, kilka dni później, rozległ się ryk motocykla zdzierającego asfalt na ulicy. Jeb przez kilka godzin siedział przy piwnicznym oknie, kiwając rytmicznie głową do kolejnych uderzeń wezgłowia łóżka dziewczyny tłukącego o ścianę, do sapnięć, chrząknięć i jęków. Kiedy było po wszystkim, piechotą poszedł do miasta i spędził całe popołudnie, snując się niczym bezdomny pies pod pasiastymi markizami, unikając światła, by biała skóra nie poparzyła się i nie pokryła pęcherzami. Zjadł waniliowego loda i patrzył na swoją zgrabioną sylwetkę w sklepowych witrynach. Prostował się, jak tylko mógł, ale natury nie dało się powstrzymać. Wciąż jednak mógł być bogiem na Ziemi, gdyby tylko znalazł odpowiednie plemię. To by było coś – zostać czczonym i uwielbianym. Jeb pogwizdywał, idąc ciepłymi wieczornymi ulicami, wyobrażając sobie to wspaniałe nowe miejsce i wszystkich tych głupich ludzi, którzy wzdychaliby i padali w ekstazie na kolana za każdym razem, kiedy by ich mijał.

przełożyła Dobromiła Jankowska

Data publikacji:

Ottessa Moshfegh

Powieściopisarka, Amerykanka. Autorka tomów opowiadań i powieści "Eileen", "McGlue" oraz "My Year of rest And Relaxation". Jej najgorszym doświadczeniem zawodowym jest praca aktorki dubbingowej, którą wykonywała gdy mieszkała w Chinach.