Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Arne Dahl

Portal

Moriz Jung (1905), fragment liografii pt. Wesołych Świąt/ zbiory Met Museum
Portal
Portal

Boże Narodzenie dwa tysiące jedenaście. Niektórzy twierdzą, że Envisat – satelita do badań środowiska Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) robi najostrzejsze zdjęcia kuli ziemskiej. Jest to w każdym razie satelita, który przy przypadkowym powiększeniu wychwytuje nieproporcjonalnie silną obławę na bardzo pijanego weterana z Wietnamu w lasach koło Memphis, w Tennessee. Ogólnie rzecz biorąc, ostre oko Envisat zauważa jednocześnie – zupełnie bez udziału człowieka – serię jednakowo nadmiernych reakcji na całym świecie: w Tokio, w Perth, Moskwie, São Paulo, Sewilli, Szanghaju, Kapsztadzie, Londynie i pod Omskiem, w Hajdarabadzie, Toronto, Sienie, Hanowerze, Montevideo, Los Angeles i Kantonie.        

Jedynie na przedmieściach Sztokholmu, w Märsta, obława ma miejsce kilka minut później, ponieważ pomylono Ringvägen z Ripvägen. Envisat robi zbliżenie na cztery wozy policyjne, z których jeden jest furgonem, właśnie gdy dwa kilometry od Ringvägen wdzierają się, skręcając w dzielnicę domów szeregowych wzdłuż Fasanvägen. Jedna z mniejszych bocznych ulic nazywa się Ripvägen.

Mimo że ziemia pokryta jest cienką kołderką bożonarodzeniowego śniegu, także z tej wysokości widać, że mały ogródek, zadeptywany właśnie przez jedenastu uzbrojonych funkcjonariuszy, nie jest perłą okolicy. Kiedy drzwi zostają posłane cztery metry w głąb holu, z kanapy, która wydaje się poruszać, podnosi się brodata postać. Trudno odróżnić go od czternastu osobliwych, rojących się kotów.

 

To na komisariacie w Montevideo pojawia się pierwszy trop. W osiemnastu miastach, w ciągu upływających od obławy godzin, wzrastała frustracja. W Moskwie komisarz Shirokov dostał odpowiedź, która przez godzinę wydawała się podsumowywać sytuację. Zatrzymana, której nie można opisać inaczej niż „Przerażająca Baba Jaga”, zakomunikowała, że jej wielomilionowe przedsiębiorstwo „produkuje strawę duchową i nic więcej”. Była to chwila, kiedy wielu dowódców policji porzuciło nadzieję.

Jednak nagle w Montevideo Mauricio Hernández, urzędnik pocztowy na wcześniejszej emeryturze, posiadający największy prywatny magazyn leków psychotropowych, jaki sfotografowano w Urugwaju, stwierdza, że czasami „odwiedzają go krasnoludki, które chcą, żeby się podpisał”. Chociaż „krasnoludki’ są dość niezwykłym zjawiskiem w Ameryce Łacińskiej, siedemnastu innym dowódcom policji na całym świecie, w najróżniejszych porach dnia, udaje się przekazać dalej jednakowe pytanie.

 

Na komendzie policji w Sztokholmie komisarz Susanne Lundbäck bierze głęboki oddech, zanim ponownie wkroczy do pokoju przesłuchań, w którym znajduje się „Kociarz”. Smród wewnątrz jest odurzający, mimo iż koty od paru godzin są umieszczone w schroniskach wokół Sztokholmu.

Komisarz Lundbäck siada naprzeciwko „Kociarza”, kładzie telefon komórkowy na stole, by zrobić zapasową kopię nagrania i mówi:

– Czy ktoś ostatnio prosił cię o podpisanie jakichś dokumentów?

„Kociarz” gapi się na nią spojrzeniem, które ma przedstawiać pustkę. Susanne nie jest przekonana. Przez lata przesłuchała tysiące ludzi. Nie wie, jak szalony jest „Kociarz”. Ale do tej pory nie powiedział ani słowa, i teraz też nic nie mówi, bierze tylko jej komórkę i patrzy na nią z zaciekawieniem. Nie mówi nic, dopóki nie wejdzie Ekblom i wyszepcze: „Wielkie zebranie z Londynem, jak tylko skończysz”. Wtedy, gdy komisarz Lundbäck wstaje i zabiera telefon, „Kociarz” mówi niskim głosem:

– Bal. Świątynia.

Susanne Lundbäck spotyka przelotnie jego osobliwe spojrzenie i kręci głową.

 

Pokój łączności leży niedaleko pokoju przesłuchań. Susanne dociera tam w minutę. Widok tymczasowo zgromadzonych monitorów zawsze sprawia, że Lundbäck się dziwi. Zastanawia się, jak mamy sobie poradzić w świecie coraz bardziej wyrafinowanej międzynarodowej przestępczości.

Wyraźnie ponad połowa ekranów jest już wypełniona twarzami, wyczekującymi twarzami o pustych spojrzeniach. Reszta pokazuje puste krzesła. Susanne Lundbäck siada i czeka. Przeczuwa, że także jej twarz jest pusta. Bo Susanne nie ma absolutnie nic do powiedzenia.

W końcu pojawia się on, ten bez tytułu, w Londynie. Michaels. To wszystko. Michaels, który kieruje śledztwem z Londynu. Chociaż nie ulega wątpliwości, że jest Amerykaninem. Mimo iż krzesła w Hajdarabadzie i Sienie nadal są puste, krótko ostrzyżony, siwiejący mężczyzna zaczyna:

– Meldujcie tylko, jeśli jest coś lepszego niż Montevideo.

Mija kilka sekund, potem dość łamaną angielszczyzną odzywa się głos:

– Tutaj Guangzhou.

Trwa chwilę, nim Susanne Lundbäck znajdzie chińską twarz wśród ekranów. Czy on naprawdę ma na sobie mundur? Mężczyzna ciągnie dalej, tym samym kiepskim angielskim:

– Przed chwilą dostaliśmy nazwisko adwokata, z którym nasz święty człowiek zazwyczaj ma kontakt. Długo upierał się, by nazywać go Maitreya.

– To mi nic nie mówi – stwierdza chłodno Michaels.

– Buddyzm jest skomplikowaną religią – kontynuuje bezimienny Chińczyk. – Ludzie Zachodu łatwo wierzą, że Budda był osobą. Ale Siddhartha był tylko pierwszym Buddą. Różne tradycje podają różne liczby, ale istniało co najmniej dwudziestu ośmiu Buddów. A przyszły Budda, który ma przyjść, jest nazywany Maitreya.

– A zatem wasz „święty człowiek” nazywał adwokata Maitreyą?

– Na początku, tak. On jest mnichem. Ma swoje wyjątkowe miejsce w klasztorze Sześciu Banianów. Na Zachodzie z pewnością nazwalibyście go schizofrenikiem. W końcu jednak pojawiło się prawdziwe imię. Rong Hanchao. Zidentyfikowaliśmy go, jako prawnika handlowego z Hongkongu.

– Dla kogo pracuje?

– To nieco niejasne. Wiele firm, których nie zdążyliśmy jeszcze przeanalizować.

– Okej – mówi Michaels – świetnie, pracujcie dalej nad Rongiem Hanchao. Po raz pierwszy mamy właściwą wzmiankę o czymś innym niż osiemnastu kompletnych pomyleńców. Mamy zatem obrót kapitału offshore’owego, jakiego do tej pory nie widzieliśmy, a ta ogromna gmatwanina struktur firm, na której rozplątanie poświęciliśmy miesiące, okazała się prowadzić do osiemnastu właścicieli, z których tym najmądrzejszym wydaje się ćpun ze ścieków São Paulo.

Śmiech dochodzący z kilkunastu monitorów sprawia wrażenie raczej głuchego.

– Cóż – podejmuje na nowo Michaels. – Uważam mimo wszystko, że mamy wystarczającą poszlakę. Zobaczymy, dokąd to nas doprowadzi w Kantonie. Ciśnijcie dalej swoje „słupy”. Wiedzą więcej, niż im samym się wydaje.

Jest to też coś, co Susanne Lundbäck przeczuwa, wstając z krzesła. Nie jest za to wcale pewna, dokąd to doprowadzi. Zaczęło się przecież tak obiecująco, cztery miesiące temu. Przeciek, po raz pierwszy naprawdę duży przeciek z różnych rajów podatkowych, który odsłaniał coś jeszcze większego. Coś, co wciąż pozostaje niejasne. Ale ogromnie duże.

Kiedy Susanne wychodzi z pokoju łączności, coś się jej nie zgadza. Trwa to chwilę, zanim uświadomi sobie co. Na korytarzu śmierdzi kotem.

           

Komisarz Zheng Zheng pozwala sobie na rzut oka na Guangzhou. Dziwne miasto. Dawny Kanton, ale nie tylko, jako aglomeracja – prawdopodobnie największa na świecie. Czterdzieści milionów mieszkańców w okolicy. Hongkong nie dalej niż sto kilometrów stąd. Świat się tak gwałtownie przeobraża. Zheng został policjantem podczas tej twardej jak kamień, ale w jego mniemaniu sprawiedliwej, najbardziej ideologicznie ortodoksyjnej fazy reżimu komunistycznego. Teraz nie wie, czy ma się śmiać, czy płakać. Sąsiednie miasto było wówczas wrogiem. Tak już nie jest, reżim stał się komercyjny. Dziś Hongkong pierze największe brudy kraju. Miasto stało się bardzo dziwną częścią Chin.

A poza tym, dużo bardziej wprawną w kwestii obchodzenia się z kapitałem. Nieskończony szereg specyficznych nazw firm, który przetacza się po monitorze przed Zheng Zhengiem, niewiele mu mówi. Oprócz tego, że są powiązane z prawnikiem handlowym Rongiem Hanchao. Eksperci siedzą gotowi. Wydaje się, jakby czas mu uciekł.

 

Jednak Chiny to ogromny kraj, a dobry kawałek na północny wschód, w Szanghaju, siedzi dwadzieścia lat młodszy komisarz Zhao Peng i próbuje przejść przez mur składający się z twarzy zupełnie bez wyrazu. Słup. Nowe słowo w chińskim, w każdym razie w znaczeniu figury w przestępczych strukturach firm. A ten słup jest bardzo dziwny. Pora, by zdjąć tę maskę.

Zhao Peng nie stał może na barykadach, ale wspierał rozwój demokracji w Chinach. Żarliwie wierzy w nowy kurs narodu. Jednak demokracja doprawdy nie zawsze jest najbardziej skuteczna.

– Zaciśnij pięść, jeśli masz coś do powiedzenia – mówi Zhao Peng i wciska przycisk.

Obserwuje coraz bardziej trzęsące się ciało po drugiej stronie szyby. Twarz wciąż jest bez wyrazu, mimo iż Zhao Peng podkręca gałkę daleko, w czerwony obszar. Żyły strzelają z maski jak przepoczwarzające się larwy.

I dłoń się zaciska.

Zhao Peng ponownie wciska przycisk, ciało za szybą rozluźnia się, a Zhao już jest przy nim.

– No, Yun – mówi Peng. – Przyszli do ciebie do szpitalnego parku ludzie, czyż nie? Każdego dnia siedzisz godzinę na tej samej ławce. Kto cię odwiedził?

– Cudzoziemiec – odpowiada Yun, nie zmieniając wyrazu twarzy.

Kiedy Zhao Peng dziesięć minut później dzwoni do Londynu, jego dłoń drży. Niewykluczone, że w puli leży awans.

– Tak? – odzywa się znajomy baryton.

– Komisarz Zhao Peng z Szanghaju. Mam nazwisko, Europejczyk około pięćdziesiątki, który skłonił mojego słupa, Yuna, do podpisania dokumentów.

– Wybornie – mówi Michaels. – A nazwisko?

– Sądzę, że to nazwisko – odpowiada Zhao Peng. – Yun wymawia je jako „Lichman”.

– Lichman? Jakieś imię?

– Nie. Nic więcej.

Michaels odkłada słuchawkę i spogląda przez okno na wielkie centrum łączności gdzieś w Londynie. Jakieś dwadzieścia osób siedzi przy komputerach, a co najmniej czterdzieści monitorów umocowanych jest obok siebie na obszernej ścianie. Michaels opuszcza swój pokój, prosi o uwagę i podnosi głos:

– Lichman w Szanghaju, pisownia niejasna. Powiązania z Rongiem Hanchao w Hongkongu.

– Nazwisko Lichman istnieje – odzywa się młoda kobieta przy komputerze. – Ale jest rzadkie.

– Azjaci mogą mieć trudność z odróżnieniem głoski „l” i „r” – zauważa mężczyzna przy innym komputerze.

– Świetnie – odpowiada Michaels. – Zatem warianty: Lichman, Richman, więcej?

– Reichmann – dodaje kobieta. – To wydaje się najbardziej pospolite. Niemieckie.

– Wszystkie możliwe warianty mają się znaleźć w wyszukiwaniu – mówi Michaels – ale wyjdźcie od Reichmanna.

Odwraca się i zaczyna iść z powrotem do swojego pokoju. Młodszy mężczyzna o ostrych rysach twarzy przyłącza się do niego i odzywa się:

– Reichmann, Richman? Bogaty człowiek?

– Przyszło mi to do głowy, Rob – przytakuje Michaels.

Wchodzą do jego pokoju na półpiętrze, z widokiem na centralę. Michaels opada na kanapę, a po przyzwalającym geście Rob dotrzymuje mu towarzystwa.

– Zaczynamy od początku – stwierdza Michaels. – Jeszcze raz. Co się dzieje?

Rob kiwa głową i mówi:

– Cztery miesiące temu litewska policja ze wszystkich instancji we wszechświecie otrzymała cynk o przecieku wśród offshore’owych banków w różnych rajach podatkowych. Trafiło to do Europolu, któremu niestety brakuje sił operacyjnych, publicznie w każdym razie, i z pomocą brytyjskiej i niemieckiej policji udało się zidentyfikować anormalnie duże konto offshore’owe, tak zwany trust, w banku w Singapurze. To tak, jakby wszystkie pieniądze z unikania podatków w całym świecie rajów podatkowych zostały zebrane w jednym miejscu. Amerykańska policja, a wkrótce także rosyjska i chińska, zostały włączone w sprawę, ponieważ ów majątek powierniczy znacznie przekracza wartość amerykańskiej rezerwy złota w Fort Knox. Jest większy niż finanse całej Japonii. Okazuje się, że anonimowe małe konta (które, rzecz jasna, wcale nie były małe) z wszelakich banków offshore’owych zostały złączone w jedno duże. Ponieważ równie dobrze mogłoby tu chodzić o przygotowywanie różnych form terroryzmu, zainicjowano wielką międzynarodową operację policyjną – my – która zaczęła poszukiwać właściciela trustu. Cały czas sądzimy, że trafiamy dobrze, ale tu chodzi o firmy, które mają firmy, o spółki córki i spółki siostrzane i ekstremalnie skomplikowane konstrukcje przedsiębiorstw, które w końcu jednak okazują się mieć fizycznych właścicieli, ściślej mówiąc osiemnaście osób na całym świecie. Problem polega na tym, że ta osiemnastka – która obecnie posiada największe prywatne konto bankowe świata – wydaje się wybrana spośród ludzi, którzy przez czyste zaniedbanie nigdy nie zostali ubezwłasnowolnieni. To po prostu osiemnaścioro postrzeleńców, którzy posiadają największe konto bankowe świata. Są oni oczywiście słupami dla czegoś większego, i to właśnie to większe musimy teraz znaleźć. Równolegle z zamrożeniem przez nas konta, zostaje ono już przeniesione dalej, jakby z automatu. Nie dobierzemy się do pieniędzy, które wystarczą, by kupić kontynent.

– Aż za dobre podsumowanie – wzdycha Michaels. – Co przeoczamy? Tu, w centrum łączności trwa gigantyczne śledztwo wokół struktury przedsiębiorstw – mogą tam istnieć luki, nawet jeśli nie wydaje się to szczególnie prawdopodobne – ale czy wskóraliśmy coś, jeśli chodzi o ten pierwotny cynk? O Litwę?

– Nie – mówi Rob. – Anonimowy telefon. Nie ruszymy tam dalej.

– A ta ściśle naukowa próba znalezienia ogniw wspólnych u naszych osiemnastu wariatów drepcze w miejscu?

Rob wstaje i podchodzi do komputera. Pochyla się nad nim i klika myszką.

– Tego się obawiam – odpowiada. – Jeśli jest jakaś metoda doboru, to jest to po prostu przypadek.

– Jakieś wieści o kombo Reichmann i Rong Hanchao?

– Na dole gorączkowo nad tym pracują. Są już czterdzieści dwie możliwe kombinacje. Potrzebujemy trzeciej osoby. Z bardziej charakterystycznym nazwiskiem.

Wtedy w komputerze coś „plumka”. Rob prostuje plecy, a kiedy się odwraca, Michaels widzi nowy blask w jego oczach. 

– Przebłysk jasności u naszego wietnamskiego weterana w Memphis – mówi.

 

Kiedy mężczyzna w butach trekkingowych patrzy z grzbietu górskiego w dół na Großglockner-Hochalpenstraße, czuje się wreszcie bezpieczny. Na zdrowy rozum nikt nie może wiedzieć o małej alpejskiej chatce, do której zmierza, chatce – z ogromnym zapasem żywności i najpiękniejszym widokiem świata. Zostało teraz jeszcze tylko sto metrów, a podczas tego ostatniego stromego podejścia zaczyna padać śnieg. Otwierając drzwi, mężczyzna myśli w tym samym momencie, że wreszcie będzie mieć prawdziwe święta.

Jednak na kanapie siedzi jakiś człowiek. Wokół niego stoi ośmiu uzbrojonych mężczyzn przypominających żołnierzy. Człowiek na kanapie mówi:

– Heinz Reichmann, jak przypuszczam?

Kilka godzin później Michaels siada na krześle przed osiemnastoma monitorami na obrzeżu centrum łączności w Londynie. Są tam wszyscy, osiemnaście policyjnych twarzy ze wszystkich zakątków globu. Michaels chrząka i mówi:

– Wykonaliście nadzwyczajną robotę. Dzięki wam znaleźliśmy już trzy mózgi stojące za plątaniną firm i trustem: prawników handlowych Neila Curtisa w Nowym Jorku, Heinza Reichmanna w Zurychu i Ronga Hanchao w Hongkongu. Z tych trzech Curtis i Hanchao są jeszcze na wolności, natomiast Heinza Reichmanna złapaliśmy w austriackich Alpach. Oznacza to, że możecie zwolnić słupy i powrócić do waszej zwykłej działalności. Zamierzamy oczywiście nadal być w kontakcie, ale na razie wasza praca jest skończona. Wielkie dzięki!

Ekran po ekranie gaśnie w prowizorycznym pokoju łączności na posterunku w Sztokholmie. W końcu komisarz Susanne Lundbäck zostaje sama. Wypełnia ją pustka. Tak dużo przecież pracy, a ona sama w ogóle nic nie mogła zrobić. „Kociarz” pozostał zagadką. Teraz ma zostać wypuszczony na wolność. A jej nie udało się właściwie odczytać jego spojrzenia.

Susanne opuszcza pokój łączności, który wkrótce ponownie stanie się archiwum, i wraca do własnego. Wyjmuje zebrane rzeczy „Kociarza”. Portfel, zegarek, nic więcej. Nawet telefonu komórkowego. I żadnej legitymacji. Za to trochę banknotów dwudziestokoronowych i kilka porozrzucanych papierów, wizytówka ze sklepu wideo. Jedna karta kredytowa na nazwisko Petter Granström. Petter Granström, który rzeczywiście mieszka na Ripvägen w Märsta. „Kociarz” Petter Granström. Te zwinięte papiery w portfelu. Notatki, które przypominają listę-rzeczy-do-zrobienia: kupić papier toaletowy, mleko, denaturat, piwo, jedzenie dla kotów, oczywiście dodatkowo podkreślone. No i kilka linijek napisanych różnymi długopisami, prawdopodobnie przy różnych okazjach, rzędy cyfr i liter. Pozwoliła ekspertowi od szyfrów spojrzeć na to, ale ten nie doszedł do niczego, poza oceną: „tekst szaleńca”. A teraz ona zmuszona jest wszystko zwrócić. Robi jednak zdjęcie telefonem, przedniej i tylnej strony, tego złożonego papieru. Nic więcej nie może zrobić.

Zbiera żałosny dobytek „Kociarza” i zgarnia go z powrotem do plastikowej siatki. Z torbą w jednej ręce i komórką w drugiej wlecze się korytarzem do pokoju przesłuchań. Już na zewnątrz śmierdzi kotem.

„Kociarz” wygląda dokładnie tak jak zwykle, być może broda jest jeszcze trochę bardziej skołtuniona. Ekblom stoi obok niego i próbuje wyglądać na twardego jak kamień. Niezbyt się to udaje. Susanne kładzie siatkę i komórkę na stole, telefon z uruchomionym nagrywaniem, tak jak zwykle. Ręka „Kociarza” wyciąga się ku plastikowej torbie, potem szybko zmienia kierunek i porywa telefon komórkowy komisarz Susanne Lundbäck. Ekblom od razu reaguje i rzuca się na „Kociarza”. Dziko się mocują, Lundbäck bierze w tym udział i dostaje parę razów, a w końcu „Kociarz” nagle nieruchomieje. Podnoszą go, wciskają siatkę w objęcia i niemal wypychają go z pokoju przesłuchań. Ekblom prowadzi go do wyjścia, z rękami wykręconymi na plecy.

– Do zobaczenia w kosmosie – to ostatnie, co komisarz Susanne Lundbäck słyszy od „Kociarza”. To jedyne pełne zdanie, jakie wypowiedział, które słyszała.

Lundbäck wzdycha i siada. Rozlega się dzwonek. Susanne po omacku szuka komórki w kieszeni. Ale dźwięk dochodzi z podłogi, za bocznym stolikiem. Stamtąd wystaje jej komórka. Susanne wzdycha głęboko, wyławia ją i odbiera.

– Dlaczego oddaliście z powrotem Okruszynę? – pyta telefon.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz ani kim jesteś – odpowiada posępnie Lundbäck.

– Dzwonię ze schroniska dla kotów w Åkersberga, skierowano mnie do ciebie.

– Okej. Oddaliśmy z powrotem Okruszynę?

– Najpierw zabraliście ją tydzień temu, teraz oddaliście ją z powrotem. Tak się naprawdę nie robi z kotami. To wrażliwe stworzenia.

Susanne Lundbäck przygląda się przez chwilę komórce, po czym odkłada słuchawkę. Ogarnia ją dziwne uczucie, które nie maleje, gdy komisarz dostrzega okrągły ślad z tyłu iPhone’a. Telefon jest mocno pobrudzony z tyłu, jak to łatwo się dzieje z komórkami, poza okrągłą powierzchnią średnicy około centymetra, która jest zupełnie czysta. Jak gdyby coś całkiem niedawno było przyklejone do telefonu, mały okrągły plaster. Spojrzenie Susanne zatrzymuje się tam przez chwilę. Lundbäck czuje, że marszczą się jej brwi. Potem bierze głęboki oddech i zabiera się za spiętrzone przez tydzień zadania.

 

Kilka dni później Michaels i Rob wędrują słabo oświetlonym korytarzem bunkra w Londynie.

– Nie, na oba pytania – mówi Rob. – Nie, ani śladu zarówno po Neilu Curtisie, jak i Rongu Hanchao. I nie, Heinz Reichmann nie mówi.

Michaels kiwa głową i zatrzymuje się przed drzwiami z mnóstwem zamków. Gdy stawia na podłodze walizkę, odbija się to echem po piwnicznych korytarzach. Potem otwiera ją, a gdy się przebiera, oznajmia:

– Zatem przenosimy to na następny poziom.

Rob przytakuje. Michaels poprawia krawat i wykonuje pytający gest. Rob uśmiecha się lekko i poprawia dystynkcje z czterema gwiazdkami na ramionach.

– Dziękuję – mówi Michaels i otwiera drzwi.

Trzech strażników przy drzwiach instynktownie salutuje. Mężczyzna o nagim torsie, siedzący na krześle na środku pokoju, nie oddaje honorów. Gapi się tylko tępo, jakby nie spał od dłuższego czasu. Poza tym, jak by nie było, ma ręce związane za plecami.

– Żadnych nowości? – pyta Michaels.

– Nie, panie generale – odpowiada strażnik w środku.

– No dobrze – stwierdza Michaels i odwraca się w stronę związanego człowieka.

– Panie Reichmann, od teraz jest to misja wojskowa, współpraca między USA i Wielką Brytanią. Oznacza to nowe zasady gry. Do tej pory zajmowali się panem policjanci i cywile. To już inna sytuacja. Ma pan ostatnią szansę, by opowiedzieć.

Senne spojrzenie Reichmanna wyostrza się. Michaels szybko je sobie tłumaczy. Kiwa głową w stronę Roba, który cicho instruuje strażników. Przynoszą pochyłą pryczę, kawałek materiału, wiadro i konewkę. Woda rozchlapuje się przez krawędź wiadra.

– Przypuszczam, że pan Reichmann domyśla się, co go czeka – mówi spokojnie Michaels.

Reichmann tylko patrzy na niego. Spojrzenie jest lekko oszalałe.

– Podtapianie jest czymś bardzo nieprzyjemnym, obiecuję – ciągnie dalej Michaels. – I możemy kontynuować je, jak długo chcemy. Dostaniemy odpowiedź, panie Reichmann, kilka dni w tę czy we w tę nie robi żadnej różnicy. Nam nie. Ale gwarantuję, że te dni sprawią różnicę panu.

Reichmann przygląda się konewce. Potem mówi:

– Zadaj pytania. Nie wiem dokładnie, czego chcecie.

Michaels kiwa głową. Dobrze odczytał spojrzenie Reichmanna.

– Pytania, świetnie. Pana relacja z Neilem Curtisem i Rongiem Hanchao?

– Pracujemy razem. Techniczne kwestie podatkowe.

– Jesteście doradcami podatkowymi, którzy pomagają bogatym ludziom ukryć pieniądze przed urzędami skarbowymi z różnych krajów?

– Osobom prywatnym i organizacjom. Tak.

– Ale teraz, zamiast tego, ukradliście te pieniądze i zgromadziliście je na jednym gigantycznym koncie?

– Nie. Nie, wcale nie. Nawet nie przypuszczacie jak się cieszę, że tutaj siedzę.

– Cieszę?

– Żyję przecież. Kiedy zobaczyłem mężczyzn w chacie na Hochtor, sądziłem, że jestem martwy. Nawet podtapianie udowodniłoby mi, że żyję.

– Kto chciałby pana zabić?

– Wszyscy, których pieniądze straciłem. Nie zrozumiałem dokładnie, co się stało, ale tyle rozumiem, że wygląda to tak, jakby pieniądze poprzenoszono, jakby sami właściciele przelewali pieniądze, ale tak właśnie nie jest. Pieniądze zostały ukradzione. Wszystkie mniejsze konta, które zostały opróżnione, należą do moich klientów. Moich, Neilsa i Ronga.

– Zatem nielegalne konta zostały opróżnione? Ale nie przez was?

– Tu nie chodzi o ludzi, którzy lubią być okradani. Szczególnie, jeśli płacą wyspecjalizowanej firmie doradztwa podatkowego, by nic takiego się nie wydarzyło.

– Kim oni są?

– To wszyscy, którzy nie chcą płacić podatków. Rosyjscy oligarchowie, amerykańscy miliarderzy naftowi, magnaci medialni, chińscy superkapitaliści, różnego rodzaju mafie, królowie narkotykowi, byli dyktatorzy i ich rodziny, najemni żołnierze z firm ochroniarskich. Wszyscy, którzy mają luksusowe jachty w Monako.

– Terroryści?

– Nie, o ile mi wiadomo.

Generał Michaels daje mały znak strażnikom, którzy przyciągają pochyłą pryczę i stawiają ją obok Reichmanna. Ten zaczyna się odchylać.

– Terroryści? – powtarza Michaels dokładnie takim samym tonem.

Heinz Reichmann krzyczy.

 

Nieco ponad tydzień później wciąż nie ma niczego, co posunęłoby sprawę dalej. Wszystko wskazuje na to, że Rong Hanchao zniknął gdzieś w Chinach, natomiast Neila Curtisa znaleziono w odludnej chatce na Islandii. Jego opowieść zaczęła się tam, gdzie tak niespodziewanie cztery dni wcześniej skończyła się historia Heinza Reichmanna. Chociaż nie tyle zaczęła się. Potwierdziła ją tylko. Kiedy głos Curtisa również umilkł, Michaels mówi do Roba:

– Sądzę, że mówili prawdę.

– Ja też – odpowiada Rob.

– Co za pieprzone święta – dodaje Michaels, poklepując Roba.

 

Pozostaje tylko dokładna, szczegółowa praca policji finansowej. Czasochłonna, precyzyjna robota. Mijają miesiące. Czasami komuś się wydaje, że się do czegoś zbliża, a jednak tak naprawdę nic się nie dzieje. Ogromny kapitał na zamorskim koncie na tę chwilę oprocentował się i powiększył się o miliony dolarów. I nadal jest zupełnie poza zasięgiem, porusza się płynnie wśród nieskończonej ilości banków offshore’owych na świecie i nikt nie może go dotknąć. To kapitał, który mógłby uratować południową Europę, który mógłby sprawić, że cała Europa – a przypuszczalnie także i Stany Zjednoczone – odeszłaby od rosnącej biedy spowodowanej przez podziały klasowe. A kapitał po prostu tam leży. Unosząc się jak chmura antymaterii, która w każdej chwili może spaść na ziemię i rozpocząć dzieło zniszczenia.

Taka sytuacja trwa aż do początku kwietnia. Wtedy coś się dzieje. Po raz pierwszy pieniądze opuszczają to wielkie konto. Wyciekają na mniejsze, nierzucające się w oczy, które zostaje opróżnione po dziesięciu minutach.

– Opróżnione? – wybucha Rob. Sam dowodzi w dużej centrali łączności, gdzieś w Londynie. Chciałby, żeby tak zostało.

– Tak – mówi kobieta przy komputerze. – Fizycznie opróżnione. Gotówka. W banku w Lionie, Francja.

– Euro?

– Tak. Dwieście tysięcy. Drobne pieniądze.

– Hm – odpowiada Rob. – Widzimy początek przecieku?

Kiedy kilka milionów euro zostało wybranych w ciągu trzech dni w różnych stronach świata, Michaels znów jest na miejscu. Jego dystynkcje wyglądają inaczej, są bardziej lśniące. I jest zmuszony stwierdzić, dokładnie jak Rob, że nie da się zidentyfikować nawet jednego jedynego fizycznego klienta banku. Ani jeden dokument tożsamości nie jest prawdziwy.

 

Mniej więcej w tym samym czasie komisarz Susanne Lundbäck w Sztokholmie przestaje być sumiennym urzędnikiem. Jakiś pierwotny głos z wnętrza jej policyjnych trzewi zmusza ją, by znów wezwać na przesłuchanie „Kociarza”. Nie ma go jednak w domu, nikt nie wie, gdzie jest. Susanne próbuje zlokalizować krewnych, i w końcu znajduje mamę Pettera Granströma. Ze wzrokiem utkwionym w zdjęciu na telefonie komórkowym, przez który równocześnie rozmawia, pyta:

– Czy ta lista zakupów brzmi prawdopodobnie? „Papier toaletowy, mleko, denaturat, piwo, jedzenie dla kotów”.

– To brzmi jak Petter, tak – odpowiada mama, wzdychając. – Ogólnie: konsumpcja.

– Zatem dobrze dba o swoje koty?

– Koty? Mój Boże, on nie ma żadnych kotów. Ma na nie alergię.

– Ale jedzenie dla kotów?

– On zjada kocie jedzenie – odpowiada mama „Kociarza”. – Zły nawyk.

To wtedy Susanne Lundbäck ponownie kontaktuje się z ekspertem od szyfrów:

– To trzy rzędy liter i cyfr, napisanych różnymi długopisami. I to nie jest „tekst szaleńca”.

– Widzę – odpowiada ekspert, przypatrując się zdjęciu na komputerze. – Może to wcale nie jest kod. Włączę w to eksperta komputerowego. Z zewnątrz, jeśli się da.

– Okej. O ile będzie to miało miejsce natychmiast. Dokładnie teraz.

To oczywiście nie jest okej, nie ma na to miejsca w budżecie, jednak w głowie Susanne Lundbäck wszystko zaczyna się układać.

„Kociarz”. Cholera. To nie był on.

Kotka Okruszyna została przewieziona do jego domu zaledwie tydzień przed bożonarodzeniową obławą. Cała kocia sztuczka była nonsensem. Było to tylko po to, by stworzyć iluzję pomyleńca.

Ten mężczyzna, którego złapali jako jednego z najbogatszych ludzi świata, ten brodacz z kotami, nie był Petterem Granströmem. Ale kim do cholery w takim razie był? Innym wariatem?

 

W tym samym czasie zaczyna się poważny wypływ pieniędzy. Zostają wmieszane w to bankomaty. Gigantyczne konto, które kiedyś było mnóstwem mniejszych rachunków – z pieniędzmi z unikania podatków, brudnymi pieniędzmi – z powrotem staje się zbiorem mniejszych kont, chociaż zupełnie innych, i to z nich wybierane są pieniądze, nie tylko przez wszelkiego rodzaju małe banki w różnych stronach świata, ale także za pośrednictwem bankomatów. To drenowanie gotówki we wszystkich możliwych walutach.

Michaels i Rob siedzą w biurze w Londynie i spoglądają na zewnątrz, na centrum łączności. Cały czas nadchodzą nowe obliczenia, ilu sprawców może być w to zamieszanych. Miliony milionów bez przerwy są wybierane z bankomatów i banków.

– Nawet jeśli szaleńczo jeżdżą po całym świecie – mówi Rob – musi chodzić o od sześćdziesięciu do siedemdziesięciu osób, stale z nowymi dokumentami tożsamości.

– Terroryści – stwierdza Michaels. – Niesamowite ilości gotówki są w drodze gdzieś, do jakiejś piekielnej maszyny. Musimy umieścić dozór w każdym oddziale banku na całym pieprzonym świecie.

– Widzisz, jak szybko to idzie – mówi Rob, gestem wskazując komputer. – Koordynacja jest sprawna. A oni nigdy nie wracają do tego samego banku. Ani nawet do tego samego bankomatu.

– Musimy przecież do cholery móc to powstrzymać – wrzeszczy Michaels i podnosi się. – Musimy fizycznie wejść i ich wykosić.

– Nie ma nic fizycznego – odpiera Rob. – Oni poruszają się w cyberprzestrzeni. Znaleźli idealne przejście między wirtualną i fizyczną rzeczywistością. To portal, magiczna brama. „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy wchodzicie”.

           

Z pustynnej, suchej i zimnej ciemności pierwsza ciężarówka wjeżdża do oazy. Jedynie jasny i absurdalnie wielki półksiężyc obnaża kontury antycznych ruin, ogromne, jałowe szkielety budynków rysują się na tle bezkresnego sklepienia nieba. Ciężarówka mija potężne ruiny prastarej świątyni i jedzie dalej do dużego namiotu w pobliżu.

 

Dzwoni komórka komisarz Susanne Lundbäck.

– To nie żaden kod – mówi jej do ucha ekspert od szyfrów. – To dane logowania do forum internetowego.

– Forum internetowego?

– Hakerów, ekspertów internetowych. Nie mówi się już o nich tak dużo, ale są bardziej aktywni niż kiedykolwiek. Użytkownicy forum twierdzą, że oddają się „etycznemu hakowaniu”, broniącym się moralnie włamaniom internetowym. Twój człowiek też tam jest.

– „Kociarz”? Co do…

– Zrekonstruowaliśmy niektóre z jego postów. Wydają się traktować o tajemnicy bankowej.

Susanne Lundbäck odkłada na chwilę komórkę. Ta balansuje na krawędzi jej biurka. Susanne przygląda się jej i myśli, podczas gdy telefon woła pytająco. Lundbäck ponownie go podnosi i mówi tak spokojnie, jak jest w stanie:

– Tajemnica bankowa?

– Chodzi o możliwość przedostania się przez najpotężniejsze zapory świata – ciągnie ekspert. – Mówi się, że te znajdują się w…

– Pozwól, niech zgadnę – przerywa Susanne Lundbäck. – W bankach offshore’owych?

– Skąd wiedziałaś?

– Poczekaj.

Znów odkłada telefon. Przygląda mu się. Próbuje zebrać rozproszone myśli w przenikliwą racjonalność. Powoli uświadamia sobie, jak była tępa. Oddany kot, alergia na kota, smród kota na zewnątrz, na korytarzu, bójka o komórkę, ślad na telefonie. Widzi, jak popaćkana jest komórka, pokryta odciskami palców. Ale po szamotaninie było na niej zupełnie czyste małe kółko. Dlaczego?

 

Druga i trzecia ciężarówka wjeżdżają równocześnie z kilkoma większymi wałami chmur, które nasuwają się znad Tartus i Bani Yas, zasłaniając księżyc. Obsługa jest ciężka. Dużo noszenia w absolutnej ciemności. Skrzydło dużego, podłużnego wejścia do namiotu trzepocze lekko na lodowatym wietrze o świcie, jak przy niewielkiej burzy piaskowej. Ruiny są zupełnie niewidoczne.

 

Jest już za późno, powinna pójść do domu, jest noc, ale coś nie daje jej spokoju. Ślad na komórce, kółko. Coś, co zdarto podczas tej absurdalnej bójki o telefon. To musiał być cel tej walki. Okrągły, o centymetrowej średnicy, przyczepiony tam przez jakiś czas. Zatem przezroczysty, niewidoczny kawałek taśmy, jakiś…cóż, superkompaktowy mikrofon?

Podsłuch?

Susanne Lundbäck zawsze nosi komórkę blisko serca. Wszystko, co mówiła w tym czasie, przechwytywano. Raz, podczas przesłuchania, tuż zanim udała się do pokoju łączności, „Kociarz” podniósł jej telefon i przyglądał mu się. Wtedy przyczepił do niego mikrofon. Niewidoczny. Chwilowo niepilnowany, wyszedł na korytarz i nasłuchiwał, żeby sprawdzić, czy mikrofon został odkryty. Na korytarzu śmierdziało wtedy kotem. Wówczas miał już aktywowany swój podsłuch tajnego międzynarodowego policyjnego śledztwa. Ktoś gdzieś siedział i słuchał wszystkiego.

Susanne przygląda się komórce w mroku nocy. Podnosi ją, przegląda nagrania starych przesłuchań. Jest jeszcze? Grudzień, Boże Narodzenie. Tak, jeszcze jest. Przesłuchanie „Kociarza” nie zajęło przecież szczególnie dużo miejsca.

Dwudziesty czwarty grudnia, Wigilia. Czy to naprawdę była Wigilia? Jakby to miało jakieś większe znaczenie. Jest trochę szemrania po pytaniu „Czy ktoś ostatnio prosił cię o podpisanie jakichś dokumentów?” i szept Ekbloma „Wielkie zebranie z Londynem, jak tylko skończysz”. I wtedy „Kociarz” mówi niskim głosem: „Bal. Świątynia”.

Komisarz Susanne Lundbäck słucha tego kilka razy. Wtedy zbyła to jako paplaninę szaleńca, bal w świątyni, bal, świątynia. Teraz, gdy wie, że nie był żadnym wariatem, że symulował imbecyla „Kociarza”, teraz słyszy coś innego. Ale co, oprócz powagi w głosie? Co słyszy?

 

Możliwe, że ten i ów mieszkaniec miasta słyszał pomruk ciężarówek jadących obok oazy i wjeżdżających na teren archeologiczny, ale dopóki nie padają żadne strzały, dopóki nie eksplodują żadne bomby, nikt się nie przejmuje. Ani nawet dwudziesta trzecia i ostatnia ciężarówka nie wydaje się robić żadnej różnicy. A wkrótce nieustannie ruchomy piasek pustyni zakryje wszystkie ślady kół.

 

Rob stoi razem z Michaelsem na środku centrum łączności. Michaels wyłącza swoją komórkę, to koniec. Ogromne konto bankowe jest puste, nie ma trustu, i żaden nasłuch radiowy, żadna kontrola światowych mediów i satelity nie mogą nic ujawnić. Jest za późno. Za późno na wszystko, pieniędzy nie ma. Rob przygląda się blaskowi gwiazdek na dystynkcjach generała Michaelsa. Układa ręce w kulę. Kulę ziemską. Potem rozkłada gwałtownie palce. Jakby ziemia eksplodowała.

Michaels przygląda mu się zmęczonym wzrokiem starego człowieka. Rob uśmiecha się lekko i myśli:

Wygraliśmy.

Susanne Lundbäck słucha po raz osiemnasty niskiego głosu „Kociarza”:

„Bal. Świątynia.”

Ale czy naprawdę to mówi? Czy nie ma czegoś dziwnego w odstępie między słowami? Pauza? Jest? A jeśli jej nie ma, to co wtedy?

Balświątynia? Czy to sensowne?

Pomysł. Coś z przeszłości. Niejasna, mglista wiedza z historii starożytnej. I coś z Davidem Bowie.

Susanne testuje. Wpisuje „bal” z dwoma „a”. Bóg?

„Świątynia Baal”.

I uzyskuje odpowiedź. Syria. Palmyra. Oaza na środku syryjskiej pustyni. Antyczne miasto oaza.

Biblia. Szybkie googlowanie.

Pierwsza Księga Królów. Walka Eliasza na Górze Karmel. Kto był prawdziwym Bogiem? Fenicki bóg burzy i płodności Baal czy żydowski wszechmogący Jahwe? Ówcześnie dwaj wielcy. Prorocy wznoszą swoje ołtarze i proszą – każdy swojego boga – by podpalił swoje ofiary. Czciciele Baala tańczą szaleńczo, ranią się sami w usilnym wzywaniu na próżno, podczas gdy Eliasz musi jedynie spokojnie spytać swego Boga, Jahwe, i wówczas od ognia z nieba zapala się jego ołtarz.

Ale Baal nadal żył, potężni bogowie burzy i płodności tak łatwo nie umierają. Otrzymał olbrzymią świątynię w Palmyrze, oazę na pustyni, światowe dziedzictwo, na drodze do zniszczenia przez wojnę w Syrii.

Wojna w Syrii. Zdefraudowane nieskończone sumy pieniędzy z unikania podatków.

Ta kombinacja…

Wtedy zapala się żaróweczka.

Redystrybucja. Rzeczywiście prawdziwa redystrybucja.

Robin Hood 2.0.

Susanne Lundbäck wybiera numer Michaelsa. Sądzi, że wszystko rozumie. Ale nie może się połączyć, Michaels nie odpowiada. Zdaje się, że wyłączył telefon. A ona nie ma żadnych innych dróg komunikacji.

Po dziesiątej próbie poddaje się. Zastanawia się, gdzie teraz znajduje się „Kociarz”. Potem jedzie do domu. Żeby się wyspać.

 

Pustynny świt jest zawsze tak wyjątkowo niezwykły. Doktor Robert wychodzi na swój balkon i patrzy, jak tarcza słońca podnosi się. Wciąż jest bardzo zimno. Doktor wie, że tak nie pozostanie. Z drugiej strony wie też, jak kapryśne są pustynne wiatry. Zmiany temperatury bywają kolosalne. Jakby to miało jakieś znaczenie. Wojna może tu nadejść w każdej chwili. Nawet teraz nie brakuje pracy, ale póki co może się przynajmniej wyspać. Kiedy walki dojdą do Palmyry, nie będzie mógł spać. I to przez dłuższy czas.

Wskakuje do swojego samochodu i jedzie do ruin. Kiedyś nienawidził, gdy nazywano go „doctor Robert” – brzmiało to uwłaczająco, jak ten nowojorski lekarz, który sprawił, że Beatlesi zaczęli brać narkotyki. Z drugiej strony, jakie to teraz miało znaczenie, w sytuacji, w jakiej się znalazł, po dwudziestu latach? Kiedy próbuje się ratować życie podczas wojny, nie gra żadnej roli, jak się jest nazywanym. Nie, jeśli jest się kierownikiem Médecins Sans Frontières – Lekarzy bez Granic – w piekielnej dziurze w Syrii.

Umieścili swój obóz tam, gdzie zachodzi najmniejsze ryzyko wojny. Syryjczycy są na razie dość ostrożni ze swoim światowym dziedzictwem, dlatego organizacja rozbiła swój obóz na obrzeżach antycznej Palmyry. Kiedy doktor wjeżdża swoim jeepem między starożytne ruiny i widzi świątynię Baala, wznoszącą swoje okazałe wieżyczki ku wschodzącemu słońcu, czuje prehistoryczność świata. Nigdzie nie ma ani śladu współczesnego życia. Jakby nagle jechał na wielbłądzie po jedwabnym szlaku, między Europą a Chinami, w oazie, która otwiera się po tygodniach – na przemian – pustynnego upału i pustynnego zimna. Brama, portal między Wschodem i Zachodem, oaza, która otworzyła światy na siebie nawzajem.

Tak doktor Robert dojeżdża do głównego obozu Lekarzy bez Granic. To nie więcej niż podłużny namiot z przyzwoitym magazynem sprzętu medycznego i małymi oszczędnościami pozwalającymi utrzymać działalność.

Dziwne jest to, że na miejscu nie ma strażników. Podczas gdy doktor wyskakuje z jeepa i idzie w stronę namiotu, burza piaskowa rozpędza się jak zwykle gwałtownie i lekarz zostaje jakby popchnięty w stronę wejścia do namiotu. Gdy odsuwa jego skrzydło na bok, zostaje powalony na ziemię. Upada do tyłu, prosto na piasek. Coś go uderzyło. Coś ciężkiego, co wiruje w piaskowej burzy. Owija leżące ciało doktora Roberta, a on wyciąga rękę, by to złapać. Podnosi się na klęczki i patrzy na swoją dłoń przez to osobliwe rojowisko przypominające powrót szarańczy egipskiej, i widzi, co trzyma w ręce.

To banknoty. Euro. Ogromne kwoty pieniędzy.

Zmaga się, wstając na nogi, aż udaje mu się zajrzeć do wnętrza namiotu. Szaleje w nim wiatr, trąba powietrzna, ciągnie i szarpie stosy banknotów w najróżniejszych walutach i nominałach.

To jak powrót boga burzy i płodności Baala.

Doktor Robert, kierownik placówki Lekarzy bez Granic w Syrii, patrzy na ten szalony wir pieniędzy, banknotów, gotówki i znów zostaje rzucony do tyłu przez jeszcze silniejszy podmuch wiatru, a banknoty wirują na zewnątrz, nad ruinami Palmyry, nad świątynią Baala, nad tą bezkresną pustynią, i gdzieś w tym chaotycznym rojowisku, w którym leży, lekarz myśli: „Pieniądze. Jakby to o to chodziło”.

           

Jest ósmy kwietnia. Envisat, satelita do badań środowiska Europejskiej Agencji Kosmicznej, robi swoje ostatnie zdjęcia kuli ziemskiej. Po raz pierwszy na całościowym zdjęciu globu widać coś innego, stworzonego przez człowieka, niż Wielki Mur Chiński. Choć na początku nie wygląda to na ludzki twór. Wygląda raczej jak ogromny rój szarańczy, który wystrzeliwuje z głębi syryjskiego lądu, z antycznej Palmyry, a potem unosi się nad dużą częścią Środkowego Wschodu. Wkrótce Morze Śródziemne pokrywa się dziwaczną mgłą. Zbliżenie mogłoby ujawnić, że chodzi o pieniądze, gotówkę, banknoty o najróżniejszych nominałach, które spowijają dookoła kulę ziemską. W zupełnym bezwładzie.

Ale właśnie wtedy Envisat, satelita środowiskowy ESA, całkowicie znienacka gaśnie. Minęło zaledwie kilka tygodni, odkąd Envisat obchodził dziesięciolecie. Ale tego dnia, ósmego kwietnia dwa tysiące dwunastego roku, kontakt się urwał.

Poświęca się jeszcze miesiąc, by spróbować odzyskać łączność. Wszystkie wysiłki są jednak daremne. Dziewiątego maja misja Envisat zostaje uznana za zakończoną.

Co się dzieje z nią teraz, to zupełnie inna sprawa.

 

Przełożyła Sabina Grabowska

Data publikacji: