Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
szafa gra
Jan Błaszczak

Po co to bogactwo?

Janka Nabay/ fot. Sidney Schliff i Oliver Citrin
Po co to bogactwo?
Po co to bogactwo?

Jan Błaszczak: Czym jest bubu?

Janka Nabay: Bubu to muzyka, która jest ważną częścią wielowiekowej tradycji plemienia Temne, zamieszkującego północną część Sierra Leona. Jestem jednak pierwszym, który ją stamtąd zabrał i pokazał światu. Wcześniej nikt jej nawet nie nagrywał. Mówi się, że bubu pochodzi od czarownic i że działa jak szkolny dzwonek, który zwołuje dzieci na lekcje. Kiedy tylko zaczynasz grać, wszyscy wokół zbiegają się w to miejsce i tańczą.

Skoro byłeś pierwszym, który nagrywał bubu, jak poznałeś tę muzykę?

Dorastałem w małym miasteczku, w którym nie było żadnego klubu, nie mówiąc o kinie. Nie mieliśmy zbyt wielu rozrywek. Jedyną szansą byli dla nas lokalni muzycy, którzy od czasu do czasu zbierali się na placu i grali bubu. Wtedy zaczynała się zabawa, która przeradzała się w paradę idącą przez miasto. Odkąd miałem pięć lat, maszerowałem w nich od początku do końca. Podobały mi się te melodie, towarzyszący im taniec i śpiew. Szybko okazało się, że mam do tego smykałkę. Czułem to. Trudno się dziwić, bo nasiąkałem tym przez lata. Mając dziewięć lat zacząłem już śpiewać z zespołem. Jako czternastolatek byłem już jego członkiem, a kolejne pięć lat później nagrałem swój pierwszy album z muzyką bubu. I już za ten debiut dostałem wszystkie krajowe nagrody: album roku, artysta roku – wszystko jak leci.

Jaki cel przyświeca muzykom wykonującym bubu?

Ta muzyka służy do tańca. Nie stoją za nią żadne duchowe właściwości. Przynajmniej od tego momentu, kiedy postanowiłem zabrać ją ze Sierra Leone i pokazać światu. Jak mówiłem, bubu pochodzi od czarownic – ale my nie jesteśmy czarownicami, by wykorzystywać ją w jakimś innym kontekście niż zabawa.

W takim razie, o czym śpiewasz?

Moje teksty mają ulżyć cierpieniu moich słuchaczy. To jest główny cel i przesłanie bubu. Człowieku, mówię ci, na świecie jest za dużo cierpienia! Słyszysz o ludziach, którzy mają miliony, ba! – miliardy, a z drugiej strony – całe nacje posiadają mniej. I na co to tym bogaczom? Przecież nie będą żyli wiecznie. Po siedemdziesiątce dopadnie ich starość i bez pomocy nie pójdą nawet do toalety. Więc po co to całe bogactwo? Staram się edukować ludzi w tym zakresie, zmieniać ich światopogląd za pomocą muzyki.

Jak to jest być gwiazdą w kraju, w którym trwa wojna domowa?

Mojej muzyki słuchali wszyscy: żołnierze, rebelianci i zwykli cywile. Wszyscy kochali moje bubu, więc powoływali się na mnie. Rebelianci chcieli, żebym ich poparł i pisał dla nich piosenki, ale się nie zgodziłem. Nigdy nie byłem członkiem żadnej politycznej partii. Nie opowiadałem się też po żadnej stronie. I to się nigdy nie zmieni. Nie jestem politykiem – jestem muzykiem. Chcę być w środku, bo dzięki temu widzę świat takim, jakim jest. Nawet, jeśli coś mi się nie podoba. Mocno wierzę, że pewne rzeczy wyglądają źle, ale mają dobry rezultat. Inne zaś podobają się wszystkim, a przynoszą tragiczne skutki. Dlatego ja słucham, obserwuję, ale nie opowiadam się.

Czy dochodziło do sytuacji, w których twoja muzyka była wykorzystywana w celach sprzecznych z twoimi?

Tak, niestety, to się zdarzało. Bywało tak, że rebelianci wjeżdżali do wiosek przy akompaniamencie bubu. Muzyka dudniła z głośników, więc ludzie wychodzili z domów, bo myśleli, że zaczyna się jakaś potańcówka. Gromadzili się na placu i zaczynali się bawić. A wtedy z pobliskich uliczek wychodzili rebelianci z karabinami wycelowanymi w tłum i kazali się wszystkim poddać. Z takich więźniów rekrutowali żołnierzy, także dzieci. Później słyszałem od rodaków – a Sierra Leone jest małe, więc każdy zna tu każdego – że, kiedy przyjeżdżali rebelianci, zawsze leciała moja muzyka.

Czy po takich doświadczeniach bubu jest dalej popularne w Sierra Leone?

Oczywiście, bo ta muzyka jest przecież własnością Sierraleończyków. To jest nasz riddim, nasz rytm. I moim zadaniem jest, aby opowiedzieć o tym światu. Mówisz reggae, myślisz: Jamajka. Mówisz Calypso, myślisz: Antyle. Chcę, aby ludzie za każdym razem, gdy usłyszą bubu, myśleli o Sierra Leone. To jest moje marzenie.

Tradycyjne bubu opiera się na brzmieniu fletów…

Siedmiu fletów. Do tego dochodzi bęben, grzechotka i dzwonek.

No właśnie, ale Ty grasz jednak ze znacznie mniejszym składem.

Od samego początku pracowałem nad tym, jak go ograniczyć. Najpierw udało mi się zejść do sześciu osób, a teraz gramy w czwórkę. I to działa! To wszystko stało się możliwe dzięki elektronice.

Janka Nabay z zespołem/ fot. Cole Evelev
Janka Nabay z zespołem/ fot. Cole Evelev

Dlaczego postanowiłeś po nią sięgnąć? Zbyt trudno byłoby zabrać tak duży zespół w trasę?

Nie, chodziło o granie w klubach. Początkowo grałem w tradycyjnym składzie, ale zawsze na koncertach pojawiały się jakieś problemy. Przede wszystkim, że to jest dużo akustycznych instrumentów, które trudno dobrze nagłośnić. W studiu wszystko brzmiało pięknie, ale w małym klubie, gdzie nie ma profesjonalnych mikrofonów i brakuje odsłuchów, ta muzyka nie miała odpowiedniej mocy. Na szczęście wtedy z pomocą przyszła moja mama, która kupiła mi syntezator. Instrument, który bazowo generował dziewięćdziesiąt dziewięć dźwięków. Majstrowałem przy nim tak długo aż znalazłem brzmienia podobne do wszystkich siedmiu fletów używanych w muzyce bubu. I nagle okazało się, że możemy grać w czwórkę.

Wspomniałeś o swojej mamie, więc jeszcze na chwilę wrócę do tekstów twoich piosenek. Słyszałem, że jednym z tematów, które poruszasz są prawa kobiet. Dlaczego poruszasz te kwestie?

Bardzo dużo podróżuję po świecie. Odwiedziłem 32 afrykańskie kraje, byłem w większości stanów i zjeździłem niemal całą Europę. Wszędzie, gdzie jestem, przyglądam się ludziom i mając takie porównanie mogę z pełną świadomością powiedzieć, że w wielu afrykańskich krajach prawa kobiet są bardzo ograniczone.

Zacznijmy od tego, że w niektórych wciąż legalna jest poligamia. Wiem co mówię, bo sam jestem jej ofiarą – mój ojciec miał cztery żony, które urodziły mu dziesięcioro dzieci. Jestem jednym z nich. Kobieta w takiej relacji nie może się czuć szanowana. Dlatego zawsze stoję po stronie kobiet. Słucham tego, co mają do powiedzenia i podążam za ich głosem. Wychodzę na tym dobrze, bo kobiety są po prostu mądrzejsze. Jest coś jeszcze, za co bardzo je cenię – jeśli ktokolwiek troszczy się jeszcze o ludzkość, to właśnie one.

Od kilkunastu lat mieszkasz w Stanach Zjednoczonych – czy mimo to twoi fani w Sierra Leone śledzą rozwój twojej kariery?

Cieszą się, że zrobiłem międzynarodową karierę, kibicują mi. Gdy tylko na Facebooku pojawia się moje zdjęcie z koncertu albo organizatorzy jakiegoś festiwalu ogłaszają, że u nich zagram, od razu pojawiają się komentarze moich rodaków. Są dumni, że prezentujemy nasze dziedzictwo całemu światu. I to dodaje mi sił, by dalej podróżować: jeździć, latać, pływać statkami. Czuję, że w ten sposób daję ludziom nie tylko swoją muzykę, ale również reprezentuję Sierra Leone i Afrykę. Zwłaszcza Sierra Leone, bo Afryka to zbyt wielki kontynent, żeby ogłaszać się jej ambasadorem. Nawet Nelson Mandela nie miał takich zapędów. (śmiech)

Odwiedzasz czasem Sierra Leone?

Tak, często odwiedzam swój kraj. Byłem tam w ubiegłym roku i teraz, po europejskiej trasie, znów planuje odwiedzić Sierra Leone zanim wrócę do Nowego Jorku.

Janka Nabay/ fot. Sidney Schliff i Oliver Citrin
Janka Nabay/ fot. Sidney Schliff i Oliver Citrin

Pytam, bo poznałem kiedyś twojego rodaka, który opowiadał mi, jak trudno było podróżować na linii Stany Zjednoczone – Sierra Leone w czasach eboli.

Na szczęście to nie trwało długo, a ebola jest już przeszłością. Libera, Gwinea, Sierra Leone – we wszystkim krajach Afryki Zachodniej to zagrożenie już minęło. Przy okazji powiem ci coś, mój bracie, nigdy nie mieliśmy podobnej choroby. A wiesz dlaczego? Bo to tak naprawdę nie jest choroba. To jest broń! Część przemysłu zbrojeniowego, który testowano w tej części świata. Opracowano ją w laboratoriach Maryland, czyli całkiem niedaleko od mojego nowego domu. Mówię o tym głośno, mówię o tym do mikrofonu, bo to jest prawda.

Dlaczego tak twierdzisz?

Opowiem ci historię. Trzech lekarzy zachorowało na ebolę: jeden był z Liberii, drugi z Sierra Leone, trzeci ze Stanów. Cała trójka poleciała do Stanów na leczenie. Lekarz z Liberii zmarł. Lekarz z Sierra Leona zmarł. Lekarz ze Stanów ozdrowiał. Po prostu nie chcieli, żeby umarł.

Skoro uważasz, że Ameryka testowała broń na twoich rodakach, to dlaczego dalej tam mieszkasz?

Bo Ameryka należy do wszystkich jej mieszkańców, także do mnie. Na tym polega fenomen tego kraju, że tworzą go ludzie z całego świata. Wystarczy, że zadeklarujesz, że jesteś Amerykaninem i będziesz gotowy za nią walczyć, poświęcać się dla niej, budować jej przyszłość. Dlatego Ameryka jest też zdradziecka – nie zrozumiesz jej, mieszkając poza jej granicami. Jeśli pomyślisz o dobru tego świata – Ameryka jest na pierwszym miejscu. Jeśli pomyślisz o złu tego świata – Ameryka jest na pierwszym miejscu. Tak samo z pięknem i brzydotą. Bogactwem i biedą. Mówię ci, trudno zrozumieć Amerykę.

Na szczęście – jak wspominałeś – w zrozumieniu pomagają podróże, a nie możesz chyba narzekać na ich niedostatek.

Nie, nieustannie dostaję zaproszenia z całego świata. Na moją korzyść działa fakt, że świat szybko się zmienia i ludzie ciągle potrzebują czegoś nowego. Czegoś zaskakującego, czegoś innego. I ja mam takie coś – nazywa się bubu music.

Data publikacji: