Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Paulina Wilk

Planeta prawdziwych zmyśleń

Planeta prawdziwych zmyśleń

Jest jak dziecko, które wyszło pograć z innymi w piłkę, ale gdy ją kopie, zwykły obleczony w skórę balon szybuje wysoko w gwiazdy. Inne dzieci zadzierają głowy, piszczą z zachwytu, ale wiedzą, że z takim talentem się nie dyskutuje. Nie ma mowy o grze zespołowej z Ursulą Le Guin. 

Żadnych bzdur ani pogadanek. Najwyżej 30 minut jej niepodzielnej uwagi i rozmyślań przekazanych drogą elektroniczną. „Ostatnio cholernie szybko się męczę. Oboje z mężem jesteśmy już w tak kruchej kondycji, że planowanie i patrzenie w przód okazuje się wysiłkiem, na który nie mogę sobie pozwolić” – odpisuje mi z gabinetu w pięknej, choć niepozornej wiktoriańskiej kamienicy w Portland. Dom stoi przy cichej ulicy, w rzędzie niemal identycznych, z krzewami róż strzegącymi wejścia oraz mosiężną kołatką w kształcie lwiego łba na drzwiach. Przypomina rezydencje z XIX-wiecznych powieści europejskich, które tak uwielbia. Przypadkowemu gościowi nic nie podpowie, że trafił pod dom wybitnej pisarki, jedynej obok Philipa Rotha wśród żyjących i wydawanych w prestiżowej serii Library of America. Wszystkie jej dzieła, teraz już oficjalnie zaliczane do klasyki, ukażą się w obleczonych czarną skórą tomach. 

 

Z opisów domu sporządzonych przez dziennikarzy, których autorka zapraszała na rozmowy, gdy czuła się lepiej, wyczytuję dyskretnie umiejscowione wskazówki. We wszystkich pomieszczeniach książki. Portret Virginii Woolf przy kominku. Na półeczce w korytarzu, po drodze do kuchni, statuetka Hugo Award dla najlepszej powieści science fiction. Ta była pierwsza. I jako jedyna stoi na widoku. Pozostałe kilkadziesiąt nagród zamieszkuje rzadko odwiedzaną krainę strychu. 

Ursula, po mężu Le Guin, mieszka tam od pół wieku. Jej bohaterowie przemieszczali się w tym czasie ku innym planetom i galaktykom, pchani magicznym wiatrem zdobywali brzegi odległych archipelagów i zanurzali się w podziemnych grobowcach. Bywali w sześciu światach Hain, na Ziemiomorzu i w całej Ekumenie. Zamieszkiwali różne epoki i wiele wymiarów czasu. „Ja siedzę przy biurku, a ich wysyłam w dalekie podróże. Poznaję światy ich oczami”.

Nie sposób policzyć, ilu istotom dała życie. Powołała do niego całe kultury i społeczeństwa, a wraz z nimi antropologiczne i etnograficzne detale, obyczaje, tradycje, święte teksty, kalendarze, języki, krajobrazy, zasady etyki, koncepcje polityczne, istoty humanoidalne i nie tylko, także złożone ekosystemy, zwierzęta i rośliny. Zastanawiam się, czy ją odwiedzają. Czy kiedy pije popołudniową herbatę na tarasie, przysiadają się do niej? Czy snują ciągi dalsze swoich życiorysów? A może tylko milczą i grzeją się w cieple domu, miejscu swych narodzin. I czy ona, dziś 88-letnia, wszystkich ich pamięta, zna z imienia? 

„Są dla mnie prawdziwi. Podobnie jak wszystkie inne zdarzenia czy relacje, jakich doświadczyłam. Jedni trwają w pamięci, drudzy z czasem się zamazują. Wielu wciąż we mnie »żyje«. Ale za wszystkimi postaciami tęskniłam tuż po napisaniu powieści, wtedy bardzo mi ich brakowało”.

Pisze w czasie przeszłym, bo ostatnią powieść – Lavinia – opublikowała w 2008 r. Potem „przychodziły do niej” już tylko opowiadania, rzadziej nowele, a najczęściej – wiersze. 

Napisać ocean

Teraz już nie zajmuje się fikcją. Ale wcześniej napisała ocean. Dwadzieścia trzy powieści, które – wiemy to dopiero teraz, po latach – złożyły się na dwa konsekwentnie konstruowane uniwersum. Jednym jest zaliczane do fantasy Ziemiomorze, drugim – Ekumena, klasyfikowana jako s.f. Dwanaście zbiorów opowiadań, także składających się w większe całości. Pięć zbiorów eseistycznych. Trzynaście książek dla dzieci. I dziewięć tomów poezji. Ursula Le Guin pisze od piątego roku życia i przez znakomitą większość tego czasu dysponowała nadludzką kondycją. Za jej literaturą stoją idee, którym nadawała kształty rozległe i pełne wzajemnych zależności. Najważniejsze powieści, takie jak Lewa ręka ciemności czy Wydziedziczeni powstawały przez kilkanaście lat, wymagały studiów, potężnej wyobraźni i emocji. 

„Myśl, fantazja i uczucie pracują razem nad stworzeniem fabularnej prawdy. Nie wiem, skąd pochodzą. Nie mam dla nich nazwy. Biorę, co otrzymałam i jestem wdzięczna” – odpisuje, gdy pytam o narodziny opowieści. Różnie u niej bywało. Zwykle pierwszy pojawiał się bohater, w konkretnej sytuacji, z dylematem albo wydarzeniem w tle. Wokół tej drobiny z czasem rozpościerał się ogrom spraw. Inaczej było z Wydziedziczonymi – najpierw zakiełkowała idea, myśl o zbuntowanym społeczeństwie anarchistycznym. Za nią poszły lektury rewolucjonistów, utopistów, marksistów. Długie rozważania nad możliwością życia poza zasadami – skomplikowany i prowadzony w czasie pisania eksperyment „a gdyby tak...”, który doprowadził Le Guin do jednej z najważniejszych wizji anarchii w literaturze, a także do przekonania, że taka społeczność mogłaby przetrwać jedynie w kompletnej separacji od wszelkich innych istnień, oddzielona symbolicznym murem. 

Na potrzeby precyzyjnie przemyślanych światów alternatywnych Le Guin nie szczędziła dokładności i sił twórczych. Do jednej z książek napisała pieśni ludowe. Nagrane później na płytę wybrzmiały tak przekonująco, że amerykański odpowiednik ZAIKS-u przypomniał jej o obowiązku płacenia tantiem – twórczość etniczna podlega ochronie prawnej. Trochę czasu zajęło udowodnienie, że zarówno pieśni, jak i cały lud są zmyśleniem.

„Do stworzenia powieści trzeba wytrwałości i siły. Całego życia, od rozpoczęcia pracy aż do zakończenia pisania. Wszystkich mocy umysłowych, jakimi dysponujesz. Wszystko albo nic. Jakie to wyzwanie i wysiłek ustanowić nowy świat? Najlepiej byłoby zapytać Boga” – odpowiada z odrobiną ironii. Le Guin jest niewierząca, jako autorka – niereligijna, ale też głęboko zafascynowana taoizmem i buddyzmem, których elementy rozsiała w całej twórczości. Nie podpisałaby się pod stwierdzeniem Kurta Vonneguta, który mawiał, że antropologia jest jego jedyną religią. Ona, choć można ją nazywać pisarką społeczną – skupioną na relacjach i sposobach bycia w świecie, wysyciła swe książki także obecnością i potrzebą duchowości. 

Potem dodaje jeszcze: „Cała praca umysłowa i napięcie to tylko część pisarskiego zadania. Jest też wielka radość i spełnienie w całkowitym oddaniu się sztuce. Kocham pracę ze słowami tak jak tancerz kocha taniec i jak artysta kocha rysowanie. Kocham moją pracę. Najcenniejszym, co mi daje, jest poczucie, że robię coś wartościowego najlepiej jak potrafię”.

Uważa pisarstwo za swoje rzemiosło. Niedawny zbiór esejów zatytułowała Words Are My Matter – słowa są moją materią. Ze swojego fachu czerpie głębokie poczucie godności. W przeciwieństwie do współczesnej nonszalancji, wedle której „więcej osób pisze, niż czyta”, a pisarstwo jest „sposobem na życie” lub czynnością hobbystyczną, uprawianą „na boku” innych nurtów wielozadaniowości, ona nosi swą profesjonalną monogamię z dumą i powagą. Nigdy nie chciała czegoś innego, nie wolała być astronautą, dodać do pisarstwa twórczości filmowej albo ścieżki naukowej. „Nie myślę o drogach, których nie przemierzyłam. Te, którymi podążam, są zbyt fascynujące” – odpowiada pytana o scenariusze, których nie zazna. 

Jej życie nie ma w sobie nic z przypadku. Ursula Le Guin nie jest dzieckiem okoliczności ani trzciną na wietrze. Ilu z nas, mieszkańców codzienności, może to o sobie powiedzieć? 

Język starości

Przyznaje, że proces starzenia się został „nie najlepiej zaaranżowany”, ale ponieważ nie ma w sobie za grosz eskapistki, stawia mu czoła. Odkryła, że można wyciągnąć naukę z robienia tych samych rzeczy po wielekroć i ze starzenia się przy ich powtarzaniu. Gdzieś po drodze zrozumiała, że potrzebuje mniej. Nie, nie jest wyznawczynią minimalizmu, który uważa za świadomą i bardzo odpowiedzialną postawę wobec świata. Chodzi o to, że zaczęła wybierać jak najkrótsze, najbardziej oszczędne drogi do celów. Swoje powieści dziś napisałaby krócej, wiele myśli sformułowałaby proś- ciej. „Myślę, że 800 stron to za dużo na prostą opowieść. Z drugiej strony większość tweetów jest za krótka, by w ogóle się nimi zajmować” – uważa. Idzie tropem wielkich mistrzów. Słucha późnych utworów Beethovena. Analizuje oszczędne pociągnięcia pędzli na płótnach starych malarzy. Zrozumiała to, co oni: nie ma już czasu na nic poza absolutną esencją. 

Zawsze trzymała się obrzeży literatury, teraz wiek przesuwa ją na margines. Ale i tam znajduje dla siebie wielkie wyzwania – szuka nowego języka. „Nie mamy jeszcze słownika dla starości – mówiła w rozmowie z dziennikarzem „The National”. – Podobnie jak dawniej kobiety zorientowały się, że nie istnieje język pozwalający im opisywać własne sprawy, tak i teraz ludzie starzy muszą go dopiero stworzyć”. 

Choć brakuje jej wytrwałości do długich form, znalazła nowe ujście. Powstają blog i komentarze prasowe. O niesłabnącej iskrze przekonują się ci, których bierze na widelec. Na zaproszenie „The Guardian” recenzuje książki. Znakomita większość autorów dostaje od niej po głowie tyleż błyskotliwie, co uszczypliwie. A najgorsze, że Le Guin zawsze ma za sobą armię argumentów. Formułuje oceny w sposób tak przekonujący i pewny, jakby słowa były atomami. Z jej zdań zaraz powstają niepodważalne byty. Ją samą ta moc chyba nieco przeraża, a z pewnością osamotnia. 

„Ludzie często biorą moje wypowiedzi za pewnik w chwili, w której dopiero rozgrzewam się do ćwiczeń umysłowych, robię jakieś założenie i jestem chętna, by je przemontowywać, zmieniać” – wyjawia z pewnym smutkiem. Jest jak dziecko, które wyszło pograć z innymi w piłkę, ale gdy ją kopie, zwykły obleczony w skórę balon szybuje wysoko w gwiazdy. Inne dzieci zadzierają głowy, piszczą z zachwytu, ale wiedzą, że z takim talentem się nie dyskutuje. Nie ma mowy o grze zespołowej z geniuszem. 

Ostatnio dostało się Davidowi Mitchellowi, który zresztą wielokrotnie wskazywał Ursulę Le Guin jako swoją mistrzynię. Gdy świat zachwycał się jego Atlasem chmur, ona była, delikatnie mówiąc, nieporuszona. Negatywną ocenę otrzymał też Chang-rae Lee, autor chwalonej dystopii On Such a Full Sea – wytknęła mu, że używa narzędzi gatunku science fiction w sposób powierzchowny i nieodpowiedzialny. 

Starsza pani skrywa w rękawach wełnianych swetrów jeszcze niejedną błyskawicę. Niech nas nie zmylą jej zgarbione plecy i ta sama od sześciu dekad fryzura z prostym jak struna przedziałkiem. Le Guin to stary mag, który co prawda nie toczy już otwartej walki z siłami ciemności i żyje na dalekiej wyspie, ale gdy czasem porazi mądrością, kilkoma pokoleniami czarnoksiężników wstrząsa dreszcz.

Prezydent z błota

Donald Trump pewnie nie ma pojęcia, że Ursula K. Le Guin właśnie nadała mu imię. Brzmi ono Golem. W jej najsłynniejszym cyklu – Ziemiomorze, które tylko w Polsce i tylko w ostatnim czasie kupiło ponad 150 tys. czytelników – filarem magicznych mocy jest znajomość prawdziwych imion osób i zajwisk. Nazywanie to akt panowania nad mocami dobra i zła, sposób zaprowadzania i odnajdowania równowagi. A dążenie do niej jest siostrą prawdy i sensem życia. Bohater cyklu, młody czarnoksiężnik Ged, zwany także Krogulcem, raz się w życiu pospieszył. Raz, przebywając jeszcze w szkole magii (bardzo różnej od Hogwartu, ale jednak pierwszej i inspirującej, o czym J.K. Rowling woli milczeć), spróbował czaru przemiany, czym zbudził swój cień. Trzy pokolenia młodych czytelników w niezliczonych krajach poznały ten strach – prześladującą ciemność, od której nie można uciec. Ged, trochę jak młodszy od niego o 30 lat Harry Potter, odkrywa, że ciemne moce są tylko aspektem jego samego – to on rzuca cień. Nie ma rozłączności dobra i zła. Rozpoznanie prawdziwej natury świata, jego dwoistości, to jedyna droga do ładu. 

Co prowadzi nas na powrót do prezydenta Trumpa, którego postać – przerysowana, nieobliczalna i magnetyzująca – utożsamiana jest teraz z działaniem sił destrukcyjnych, grożących wywróceniem światowego porządku. Le Guin poświęciła mu jeden z ostatnich felietonów na blogu. Na pomoc w nazwaniu tornada, które pochłania Amerykę i mąci zdrowy rozsądek, przywołała legendę o Golemie. 

W czasach prześladowań pewien rabin ulepił z błota olbrzyma – Golema, a na czole zatknął mu tabliczkę ze słowem „Prawda”, czym powołał go do życia. Dzięki swojemu rozmiarowi i budzącej grozę sile Golem miał strzec bezpieczeństwa Żydów, jednak sam okazał się zagrożeniem. Był nieracjonalny i nie poddawał się kontroli. Rabin zmienił więc napis na jego czole – przestawienie liter utworzyło słowo „Śmierć” i z Golema natychmiast uszło życie.

„Obserwując Nowy Świat z perspektywy tego starego, który zamieszkuję, jestem przerażona ciągłą, obsesyjną uwagą poświęcaną Trumpowi. Staje się taki, jaki chce być: uzależniający” – napisała. Nazywa go mistrzem celebryckiej gry, żywiącym się cudzą atencją. „Jest sławą pozbawioną substancji. Jego »realność« jest »wirtualna«, czyli nieistniejąca” – analizuje, trzymając się jedynej pewności dostępnej pisarzowi: znaczenia słów. Zwraca uwagę na podstawowy trik Trumpa: produkcję niepowstrzymanego zalewu wyrazów pozbawionych znaczenia, od którego dławi się publiczność już od jakiegoś czasu otępiona ciągiem oderwanych „informacji”, niemożliwych do sprawdzenia, efemerycznych, znikających, nim da się oszacować ich znaczenie. Le Guin nie ma złudzeń – Trump bez tych zaklęć by nie zaistniał, ale media nie przestaną ich nadawać. Widzowie powołali go do życia, lecz teraz „to on jest wężem, a my – kurczętami”. Strategia walki i ratunku jest prosta: nie patrzeć. Odwrócić wzrok od niego. Wyłączyć telewizor, odinstalować aplikację. Spoglądać nie na golema, lecz na jego ofiary, konsekwencje. Na rzeczywistość, którą niszczy lub powoduje. „Wtedy wszystko odzyskuje właściwe proporcje”. Le Guin uważa Trumpa nie za istotę rzeczywistą, lecz wytwór mediów. „Jeśli odbierzecie mu mikrofon i kamerę, jeśli odbierzecie mu swoją uwagę, nie zostanie nic – błoto”. 

Tak w krótkich, pisanych na gorąco tekstach przenikliwa pisarka oddaje się sprawom niecierpiącym zwłoki. Ani ona, ani rzeczywistość nie dysponują czasem na tworzenie rozległych metafor pełnych półcieni i filozoficznych zaułków. Zresztą nie dzieje się nic, czego wcześniej już w tak wyrafinowany sposób nie opisała. Nic, czego nie przewidziała i przed czym by nie ostrzegła. Teraz zajmuje się więc mikrointerwencjami, wykorzystuje swój talent i autorytet do wypowiadania kilku zdań, które mogą komuś otworzyć oczy. 

Postfikcja

Przemowę dziękczynną na galę National Book Foundation w 2014 r., podczas której odebrała najwyższe odznaczenie literackie za oceanem – medal za wyjątkowy wkład w rozwój literatury amerykańskiej, pisała przez sześć miesięcy, mimo że jej wygłoszenie zajęło zaledwie 6 min. Ale w świecie literatów jej słowa będą brzmiały co najmniej sześć dekad. Bo Ursula Le Guin na starość serwuje prawdę prosto w oczy. Teraz, gdy uroczyście przyznano jej miejsce wśród najznakomitszych, a cała jej twórczość została opublikowana, jako autorka jest już nietykalna, ma status dobra narodowego. Ale wielu młodszych, zależnych od rynku książki autorów nie może podjąć ryzyka i powiedzieć, co myśli. Ona to wie, bo szła na szczyt bardzo długo. 

Cykl Ziemiomorze pisała przez 32 lata, o jego opublikowanie zabiegała przez lat 16. W całości ten cykl ukaże się dopiero w przyszłym roku w USA i Wielkiej Brytanii. Pierwszy list z odmową wydania tekstu otrzymała jako 11-latka, później przychodziły następne. Na przykład taki, nadesłany w czerwcu 1968 r.: „Ursula K. Le Guin pisze nieprzeciętnie dobrze, ale, niestety, na podstawie tej jednej wyróżniającej cechy nie mogę złożyć oferty publikacji powieści. Książka jest nieskończenie skomplikowana, a wewnętrzne przypisy i odniesienia tak uciążliwe, pomimo swej ważności, że akcja zostaje zablokowana, a całość staje się niemożliwa do czytania”. Ta ocena dotyczyła Lewej ręki ciemności, w której Le Guin wysłała ziemskiego przedstawiciela, niejakiego Ai, na lodowatą planetę Zimę, zamieszkiwaną przez istoty pozbawione jednoznacznej płci, wchodzące w fazę aktywności seksual- nej jedynie na kilka dni w miesiącu, mogące przybierać postać męską lub żeńską i dobierające się w czteroosobowe konstelacje niezbędne do zapłodnienia, narodzin i późniejszego wychowania dziecka. Na planecie obowiązuje inny czas – trwający rok to punkt zerowy, od którego zaczyna się przeszłość i przyszłość. Opisane tu społeczeństwo jest całkowicie oryginalnym konstruktem, frapującym refleksem ziemskiego świata tuż przed wybuchem rewolucji seksualnej i nowej świadomości gender

Dwa lata później, gdy dogasło lato miłości i opadł kurz z Woodstock, Le Guin siedziała w przyczepie na pustyni we wschodnim Oregonie, otoczona dziećmi, pięknymi górami i wakacyjną nudą. Wtedy właśnie tę książkę uznano za najlepszą powieść science fiction i nagrodzono statuetką Hugo. Ursula pobiegła wezwana do pobliskiej miejscowości, by usłyszeć tę nowinę od swojej agentki czekającej cierpliwie przy słuchawce. Wróciła zdyszana do dzieci, opadła na krzesełko turystyczne i pomyślała: „Kurka wodna, dostrzegli”. Miała 41 lat.

Odtąd wszystko było już inne, ale nic nie stało się prostsze. Niemal równolegle z powieścią, która stanowi część Ekumeny, Le Guin zaczęła publikować drugą serię – Ziemiomorze. W ciągu kilku lat stworzyła swoje najważniejsze, cieszące się międzynarodową sławą powieści, zdobyła cały wachlarz wyróżnień. Ale nie przestawała szamotać się w ciasnych kategoriach, do których ją spychano. 
Świat literacki był podzielony na tzw. literaturę prawdziwą – tworzoną przez realistów spod znaku Faulknera i Hemingwaya – oraz całą resztę, którym tego miana odmawiano. Le Guin jest waleczna, domagała się właściwego rozumienia swojej twórczości, ale też adekwatnego stosowania terminów, takich jak: „prawda”, „fikcja”, „fabuła” czy „fakt”. W tych potyczkach nie chodziło o nią samą. Jak przekonujemy się właśnie, w dobie postprawdy pomieszanie pojęć ma zatrważające konsekwencje – może zachwiać światem.

Pułapka płci

Całe dorosłe życie – dokładnie tyle zajęło jej uzyskanie adekwatnego do jej zdolności i spektrum dzieł uznania. Była 20-latką, gdy zrozumiała, że jej typ zainteresowań i wrażliwości może się zrealizować w środowisku science fictionfantasy. Tylko wydawcy tych gatunków z grubsza pojmowali, o co jej chodzi. Zaczęła publikować i żyć podwójnie – jej pierwsze teksty ukazały się równolegle w cenionym magazynie literackim i niszowym czasopiśmie skierowanym do entuzjastów. I tak zostało na lata. Otrzymała łatę oryginalnej – ale zbyt nietypowej, by ktokolwiek wiedział, co z nią począć – autorki science fiction. Ale i w nim nie była u siebie. W latach 50. i 60. był to gatunek zawłaszczony przez białoskórych mężczyzn, napędzających fabuły twardą wiedzą z dziedziny fizyki, chemii, astronomii i piszących konkretnym, „męskim” językiem o bohaterach także w większości męskich. Wiele autorek, które chciały w tej podgrupie istnieć, ukrywało się pod męskimi pseudonimami, tak jak Andre Norton (Alice Mary Norton) czy Vernon Lee (Violet Paget). Le Guin tego nie robiła, ale i jej bohaterami długo byli mężczyźni, jej narracje odzwierciedlały męski punkt widzenia. Do połowy lat 60. ona i żadna inna autorka nie miały słów ani pomysłu, jak się z tego klinczu wydostać. 

Ktokolwiek myśli o zdobyczach feminizmu jak o odwiecznych lub trwałych, powinien wiedzieć, jaką sensacją była Lewa ręka ciemności zaledwie pół wieku temu i jak niewiele zmieniła w dalszych zmaganiach autorki w zdominowanej przez mężczyzn fikcji. O ile z niemałym trudem znalazła dla siebie adres w granicach gatunku, poza nim wciąż odmawiano jej prawa do nazywania się pisarką. Po latach mówiła: „Realizm to gatunek – bardzo bogaty, dzięki któremu otrzymujemy tomy wspaniałej fikcji. Czyniąc ten gatunek standardem jakości, redukujemy literaturę wyłącznie do niego, wypychamy zbyt wiele poważnego pisarstwa poza obszar poważnego namysłu. Zbyt wiele dzieci wyobraźni zostało wylanych z kąpielą. Zbyt wielu krytyków i nauczycieli zostało zignorowanych – i ignorowało – wszystkie rodzaje fikcji poza realizmem”.

Jednego nie można odmówić pisarstwu Le Guin – prawdziwości. Poczucie, że tworzone przez nią światy są autentyczne i istnieją, przychodzi podczas lektury natychmiast. Do dorosłych i dzieci. Bez względu na to, czy – aby do nich dotrzeć – trzeba wsiąść na trzeszczący żaglowiec czy do statku kosmicznego. Gdziekolwiek się z nią podróżuje, życie tam jest tak samo namacalne, tak samo „przyziemne” i złożone z prozaicznych zajęć jak „tutaj”. Jej magowie pasają kozy, międzyplanetarni wysłannicy męczą się i wstydzą nie inaczej niż my. Margaret Atwood, o pokolenie od Le Guin młodsza, pisała w 2002 r.: „Wszystkie jej historie są metaforami jednej ludzkiej opowieści, wszystkie jej fantastyczne planety są metaforami tej, choć przebranej. W Ekumenie poświęciła się zagadnieniom natury ludzkiej, jej granicom. W Ziemiomorzu badała naturę rzeczywistości i konieczność śmierci”. Według Atwood autorka nie bada Raju Utraconego, ale Odzyskane Królestwo – rzeczywistość cudu, przygląda się Bogu wcielonemu albo – jak chciał William Blake – zaklętemu w dzikim kwiecie, czekającemu na rozpoznanie.

Wolność w nagrodę

Miała 85 lat, gdy wątpliwości zostały oficjalnie rozwiane. Uhonorowanie medalem National Book Foundation oraz włączenie do Library of America oznacza, że odtąd nie ma już żadnych podstaw, dyktowanych przez szanowane gremia i środowiska, by rozdzielać pisarzy na godnych uwagi i niepoważnych. Nazwisko Le Guin stoi w tym samym szeregu co William Faulkner, Saul Bellow, Philip K. Dick, Philip Roth czy Toni Morrison. 

Na gali wręczenia medalu krótką laudację pisarki wygłosiło jedno z jej literackich dzieci – Neil Gaiman, bezapelacyjna gwiazda fantastyki po obu stronach oceanu. Uzasadnienie dla wyróżnienia było adekwatne: „Przez ponad 40 lat Ursula Le Guin opierała się konwencjom narracji, języka, charakteru i gatunku. Przenikała granice między fantazją a realizmem, by ukształtować nowe ścieżki dla fikcji literackiej. Jej wpływ będzie odczuwany przez nadchodzące dekady”. Wszechświat pisarstwa rozszerzył się za sprawą jej uporu i konsekwencji. O długu wdzięczności zapewniali nieraz: Don DeLillo, Zadie Smith, Karen Joy Fowler, Junot Díaz i wielu innych, dla których zrobiła miejsce. Ale walka nie jest skończona. I temu poświęciła 6 min przemówienia, po którym na sali pełnej rekinów przemysłu wydawniczego zapadła długa, krępująca cisza. I które może służyć za wyznanie wiary każdemu pisarzowi gotowemu traktować swoją profesję serio.

Najpierw był uśmiech i podziękowanie. Zaraz po nim krótkie rozliczenie długiego zmagania: „[…] Cieszę się tą nagrodą i dzielę ze wszystkimi autorami tak długo wykluczanymi z literatury – moimi kolegami po piórze w świecie fantasyscience fiction, pisarzami wyobraźni, którzy przez 50 lat patrzyli, jak piękne nagrody wędrują do tzw. realistów”. Potem przepowiednia: „Nadchodzą ciężkie czasy, w których zaprag- niemy głosów pisarzy dostrzegających alternatywy wobec tego, jak teraz żyjemy. Tych, którzy przenikają nasze przelęknione społeczeństwo i jego obsesyjne technologie, dostrzegają inne sposoby istnienia, a nawet wyobrażają sobie prawdziwe powody dla nadziei. Będziemy potrzebować pisarzy pamiętających wolność – poetów, wizjonerów – realistów większej rzeczywistości”. A następnie – kilka słów otrzeźwienia: „W tej chwili potrzebujemy pisarzy, którzy znają różnicę między produktem rynkowym a praktykowaniem sztuki. Produkowanie materiału pisanego na potrzeby strategii sprzedażowych w celu zwiększania korporacyjnego zysku i dochodów reklamowych to nie to samo, co odpowiedzialne wydawanie i autorstwo książek”. Dalej dostało się Amazonowi i Google’owi za ograniczanie wolności twórczej, było także zaproszenie do stawiania im oporu. Na finał jedno zdanie zawierające cały realizm i ideowość Le Guin: „My, którzy żyjemy, pisząc i publikując, chcemy i powinniśmy domagać się uczciwego udziału w dochodach. Ale nasza piękna nagroda nie nazywa się zysk. Jej imię to wolność”.

Ostatnie słowo mędrca, który cierpliwie czekał, by móc je wygłosić i być usłyszanym. Stary mag rzucił wyzwanie swoim uczniom.

Każdemu, kto chciałby wejść w jej literacki wszechświat, Le Guin także stawia wymagania. Nie oferuje lekkości, pocieszenia ani ulgi. Zabiera do odmienności równie złożonej i pełnej problemów, jak codzienność. Pytam, przez którą furtkę najlepiej wniknąć do jej twórczości. Odpowiedź, zaskakująco konkretna, przychodzi natychmiast: 

Rekomenduję moją poezję albo powieść Lavinia”. A więc żadna z najlepiej znanych prac. Le Guin widzi jądro swojej twórczości niekonieczne tam, gdzie chce je dostrzec reszta świata. Do pierwszego tomu Library of America wybrała wczesną powieść Malafrena i kolekcję mało znanych nowel. Jeszcze jeden gest kobiety gotowej trzymać się wyłącznie tych zasad, które sama tworzy.

Fikcja a kłamstwo

Skąd wzięła się Ursula K. Le Guin? Z jakiego świata? Urodziła się w Berkeley w 1929 r., dorastała w domu jednego z najbardziej wpływowych etnologów XX w., Alfreda Kroebera oraz pod okiem matki, która przez całe życie chciała pisać, ale debiutowała dopiero jako 50-latka. I odniosła sukces. Dom był pełen akademików oraz Indian, mała Ursula każdego dnia spotykała Innych, praktykowała kulturowy subiektywizm, zarażała się ojcowską fascynacją i szacunkiem do kultur, plemion i społeczności żyjących według włas- nych porządków. Ojciec badał te ginące, ona wymyślała nowe. Dom otaczały wielkie i tajemnicze drzewa, napełniały ją lękiem, gdy leżała w łóżku w ciemności. Mówi, że prawdopodobnie tę atmosferę – tajemnicy, ekscytacji pomieszanej ze strachem – próbowała potem odtworzyć w tylu swoich książkach. Miała starsze rodzeństwo, dlatego – żeby w ogóle zaistnieć i się przebić – musiała prezentować swoje przekonania z wielką mocą, być zdeterminowana i precyzyjna. To także jej zostało. Wakacje spędzali w Dolinie Napa. Tamtejsze krajobrazy – pustka, dzikość, prostota – odmieniała później przez wszystkie przypadki w dalekich galaktykach, mieszając je z pejzażami Oregonu, w którym zamieszkała już z mężem, historykiem Charlesem Le Guinem. Poznali się na statku płynącym do Europy, była w drodze na stypendium w Paryżu. Zakochanie się zajęło jej „śmiertelnie długie” cztery dni, jemu – cały tydzień. Doskonale się rozumieli, nie było żadnych wątpliwości, z pewnością nie co do tego, że ona będzie pisać. Le Guin powtarza, że jeden człowiek nie może pracować na dwa pełne etaty, ale dwoje ludzi może pracować na trzy. Mąż na zmianę z nią opiekował się każdym z trojga dzieci, gdy pisała przedziwne opowieści, którym następnie jej niezmordowana agentka znajdowała wydawców – od „Playboya” po renomowane oficyny. 

Nie pytam, kiedy poczuła, że chce być pisarką, bo od kilku dekad udziela tej samej odpowiedzi. „Nie chciałam być pisarką. Ja byłam pisarką od samego początku”. Interesowało ją bycie jak najlepsi: Dickens, Woolf, siostry Brontë. Do głowy jej nie przyszło, by robić coś innego. Mimo obcości i poczucia, że tworzy teksty niemieszczące się w otaczającym ją kraj- obrazie kultury. Mimo to, że branża wydawnicza była dla niej zamknięta przez dwie dekady. Mimo że pierwsze sygnały uznania otrzymała dopiero, gdy zaczynała siwieć. Każde zwątpienie, okresy załamań i depresji wpisywała w kolejne opowieści. Nie przestaje. 

Niedawno wdała się w spór z amerykańskim dziennikiem, który zrównał pisarstwo science fiction z polityką Waszyngtonu i wypuszczaniem w przestrzeń informacyjną tzw. faktów alternatywnych. Odparowała z werwą: „My, twórcy fikcji, zmyślamy rzeczy. Niektóre są w oczywisty sposób niemożliwe, inne realistyczne, ale żadne nie są realne – wszystko wynalezione, wyobrażone – i nazywamy to fikcją, bo nie jest faktem. […] Niełatwo natrafić na fakty. Uczciwi naukowcy i dziennikarze, między innymi, spędzają dużo czasu, by się co do nich upewnić. Test faktu polega na tym, że on nie ma żadnej alternatywy. Słońce wstaje na wschodzie – to fakt. Udawać, że słońce może wstać na zachodzie – to fikcja. Twierdzenie, że tam właśnie wstaje – to kłamstwo”. 

Wszystkim zagubionym na planecie postprawdy Ursula Le Guin odpowiada, że rozpoznanie fałszu jest niezbędne, by swoje działanie mogła zacząć najważniejsza siła ludzkości – wyobraźnia. W jednym ze wstępów dodanych po latach do nowego wydania dzieł pisała: „Wyobraźnia, pracująca z pełną mocą, może wybudzić nas z fatalnego samozauroczenia, sprawić, że spojrzymy w górę i dostrzeżemy – z trwogą lub ulgą – że tak naprawdę świat wcale do nas nie należy”.

W tej chwili Ursula Le Guin nie ma już siły na przemyślenia, moje 30 minut dobiega końca. Wymieniamy kilka zdań o przyszłości. Wielu światów, które ją ciekawiły, nie eksplorowała. Wie, że już nie zdąży. Ale nie rozwija tego żalu, zamiast niego pisze, jak wyobraża sobie dalsze życie napisanych książek. „Chciałabym, żeby były czytane tak długo, jak będą sprawiać radość i będą rozumiane – jedno nie bez drugiego”. A ona? Jaką jest czytelniczką? „Nienasyconą. Nic się w tej kwestii nie zmienia. Co dzień czytam mężowi na głos, on już sam nie może”. 

Czy dobrze czuje się w naszym świecie? „Czasami. Czasem go rozumiem. Czasem odczuwam niepokój. Bycie pisarzem oznacza jedno i drugie – przynależność do świata i stawanie w opozycji do niego”.

W każdym zdaniu dwoistość, w każdym – równowaga.

Data publikacji:

Paulina Wilk

Paulina Wilk

Redaktorka działu Kultura i społeczeństwo w kwartalniku „Przekrój”, pisarka i publicystka zajmująca się literaturą i problematyką rozwoju globalnego. Opublikowała m.in. „Lalki w ogniu” o Indiach współczesnych oraz „Pojutrze. O miastach przyszłości”, a także serię bajek o misiu Kazimierzu dla dzieci niezupełnie dorosłych. Współtworzy Fundację „Kultura nie boli”, centrum literackie Big Book Cafe oraz międzynarodowy festiwal czytelniczy Big Book Festival.