Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Jeden z najgłośniejszych debiutantów na brytyjskiej scenie – slowthai – opowiada o niechęci ...
2019-08-05 15:00:00

Król na własnym podwórku

zdjęcie: OFF Festival
Król na własnym podwórku
Król na własnym podwórku

Jeden z najgłośniejszych debiutantów na brytyjskiej scenie – slowthai – opowiada o niechęci do polityków, trasie za 99 pensów i zaletach bycia prowincjuszem. Mówi również o Polakach w swoim rodzinnym Northampton i powodzie, dla którego jest jednym z najbardziej zapracowanych artystów w branży. Z muzykiem na OFF Festivalu rozmawiał Jan Błaszczak.

Czyta się 11 minut

Jan Błaszczak: Grime wywodzi się z Londynu, dokładniej Wschodniego Londynu, i pozostaje sceną celebrującą lokalność. Kawałki Skepty czy Wileya rozgrywają się na określonych skrzyżowaniach, w konkretnych knajpach – czy słuchając tej muzyki w rodzinnym Northampton, nie miałeś problemu, by się w niej odnaleźć?

slowthai: Nie, może dlatego, że kiedy grime rozwijał się w Londynie, w Northampton mieliśmy swoją własną scenkę. A mam już tak, że zanim spojrzę gdziekolwiek indziej przyglądam się dokładnie swojemu podwórku. Ta lokalność grime’u nigdy nie była dla mnie barierą, bo jest też postawą bardzo mi bliską. Sam opowiadam o miejscach, o sposobie życia, który znam, który do mnie przemawia. Dlatego ja opowiadałem zawsze o Northampton. Nie miałem aspiracji, by kojarzono mnie z innym miejscem. Jeśli mogę być królem na własnym podwórku, nie czuję potrzeby, by walczyć o ten tytuł gdziekolwiek indziej. Wystarczą mi moi ludzie. Dlatego muszę dbać o swoją wiarygodność w stosunku do nich. Muszę być uczciwy w swojej perspektywie mówienia o świecie. I to nie jest perspektywa londyńska, bo nie jestem z Londynu.

Pochodzenie z bardziej prowincjonalnego regionu było kiedykolwiek rzeczywistą przeszkodą w osiągnięciu sukcesu?

Na początku to pewnie trochę przeszkadzało, ale praca działała na moją korzyść. Poza tym dzięki temu nie wciągały mnie środowiskowe gierki. Wiesz, krab nigdy nie wyjdzie z beczki, bo inne mu na to nie pozwolą. A ja jestem z zewnątrz: mam swój styl i mam swój slang. I ludzie to szanują. Myślę, że pochodzenie zbyt często wykorzystuje się jako alibi: „Nie spróbuję, bo ludziom stąd takie rzeczy się nie udają”. A trzeba próbować. Kiedy patrzę, ile się udało, powtarzam: „Rolnicy nadchodzą!” Bo w dużych miastach myślą, że jedyne, co robimy, to jeździmy traktorami po polach. A my jesteśmy tacy sami. Wszystko jest takie samo, tyle że w innym miejscu.

Był już taki moment w historii grime’u, że tej muzyki słuchał cały świat. Dizzee Rascal występował na igrzyskach olimpijskich. Jego Bonkers, Dance Wiv Me czy Number 1 Strydera to były światowe przeboje. Nie minęła chwila i to zniknęło – grime wrócił do podziemia. Co się stało?

Ludzie upoili się tą sławą. Chcieli zaraz być najwięksi na świecie. Woleli więc sprzedawać swoją muzykę, zamiast dbać, by była blisko ludzi. I wtedy grime stracił swój charakter. Tak naprawdę jego pionierzy, artyści będący na pierwszej linii porzucili go. Dla mnie jednak grime jest bardziej postawą niż gatunkiem muzycznym i dlatego nie przeminie. Jak punk rock. Wiesz: „Punk nigdy nie umrze!”. Bo od muzyki ważniejsza jest tkwiąca w niej energia i związany z nią sposób bycia.

À propos bycia blisko ludzi. Masz na koncie trasę koncertową, podczas której wszystkie bilety kosztowały 99 pensów. To dość radykalny ruch, biorąc pod uwagę, że artyści zarabiają głównie na występach. Jaka dokładnie idea towarzyszyła Ci, gdy podejmowałeś tę decyzję?

Moim głównym celem było umożliwienie pójścia na koncert ludziom, którzy na ogół nie mogą sobie na to pozwolić. Bo większość z nich nie ma tych pięciu funtów na zbyciu. Albo większej sumy, kiedy chciałoby się jeszcze zabrać dziewczynę albo dzieciaki. W swoich kawałkach opowiadam o ludziach, którzy wywodzą się z mojego środowiska. Jaki byłby w tym wszystkim sens, gdyby okazało się, że ich nie ma na moich koncertach, bo ich na to nie stać? Chcieliśmy, żeby absolutnie każdy mógł stać się częścią tej trasy. Ostatecznie chodzi mi przede wszystkim o budowanie społeczności, o zwracanie uwagi na to, jak bardzo one są nam potrzebne.

Lokalne społeczności to grupy, którym poświęcasz dużo ciepła. Gorzej z tymi większymi, bardziej zinstytucjonalizowanymi organizmami, jak chociażby państwo. Swoją debiutancką płytę zatytułowałeś Nothing Great About Britain, a w pierwszym utworze przejechałeś się po królowej.

Wielka Brytania jest obecnie imperium zbudowanym na kłamstwach. I to według mnie nie jest takie świetne. Wielka Brytania to nie jest monarchia – to ludzie, lokalne społeczności i o nich się zapomina. Jestem antyestablishmentowy, nie lubię władzy, ale chciałbym, żeby tytuł mojej płyty traktować jako pytanie, głos w sporze. Przyjmij mój punkt widzenia lub odbij piłeczkę. Podaj swoje argumenty albo nazwij mnie chu… Chociaż ten ostatni wybór będzie tylko dowodem twojej ignorancji. Każdy musi się jakoś odnieść do tego tytułu i o taką prowokację mi chodziło. Moim celem jest wkurzanie ludzi, których trzeba wkurzać, i wspieranie tych, których poglądy są mi bliskie. Nie możesz przejść przez życie i nikogo nie wkurzyć. Takie życie byłoby śmiertelnie nudne! Wkurzanie innych daje masę ekscytacji. Trzeba mieć coś od życia!

zdjęcie: OFF Festival
zdjęcie: OFF Festival

Czy po tym, jak odniosłeś się do królowej w wulgarny sposób, doświadczyłeś jakiegoś wylewu nienawiści, bezpośrednich gróźb?

Nie, ale nawet gdyby do tego doszło, tobym się tym specjalnie nie przejął. Niech grożą, niech działają, bo działania przemawiają głośniej niż słowa. A jeśli po mnie przyjdą? Cóż, jestem pewien, że sobie poradzę.

Twoja płyta jest ostra nie tylko na poziomie tekstowym, ale także brzmieniowym. Dużo tu surowych, niewypolerowanych dźwięków. Doorman brzmi niemal postpunkowo.

Lubię surowe brzmienie, bo jest prawdziwe. Możesz wygładzać krawędzie i dążyć do perfekcji, ale to nie będzie perfekcyjne, tylko bezpieczne, czyste. Nie na tym polega bycie prawdziwym, wiarygodnym – to nie jest kierunek, który by mnie interesował.

Czy biorąc pod uwagę antyestablishmentowość, zaangażowanie wielu twórców grime’u, można nazwać ten ruch spadkobiercą punkowych tradycji?

Nie sądzę, abyśmy świadomie podążali czyimkolwiek śladem. Jesteśmy po prostu ruchem tworzonym przez ludzi, którzy nie widzą dla siebie przyszłości i z tego powodu są mocno wkurzeni. Wściekli na otaczający nas świat. Możemy przyklejać sobie etykietki, ale koniec końców chodzi o to, że ludzie mają dość. Chcą się wyrwać z tego zaklętego kręgu. Odpowiadają ogniem. Wykorzystują całą tę negatywną energię, by przekuć ją w coś dobrego.

Czasem tej negatywnej energii jest jednak za dużo, by zmieściła się w muzyce. Tak jak podczas zamieszek w 2011 r., kiedy płonął Londyn. Byłeś tam?

Tam trwały zamieszki, a w Northampton wielu moich kolegów trafiło do więzienia, bo próbowali zainspirować podobne rozruchy u nas. Nie udało im się to jednak, bo zostali zwinięci, zanim do czegokolwiek doszło. Policja przechwyciła wiadomości, które między sobą rozsyłali. Mój dobry kumpel nawoływał, chciał rozkręcić jakąś akcję, a zanim cokolwiek zrobił, już był w więzieniu. Nie pamiętam, co dokładnie wtedy robiłem, ale rozbijanie szyb w sklepach i wyciąganie z nich towaru nigdy nie było wysoko na mojej liście priorytetów.

Zgoda, ale trzeba przyznać, że te rozruchy były odpowiedzią na konkretne patologie: przemoc policji, niekorzystną dla uboższych reformę szkolnictwa z poprzedniego roku…

Masz rację, ale to wszystko bardzo szybko stało się alibi dla zachowań, których nie popieram. Jestem całym sercem za anarchią, ale niech ona przejawia się jednak w inny sposób.

Wydaniu Twojej płyty towarzyszyła bardzo nietypowa kampania informacyjna. Na billboardach pojawiały się dane statystyczne dotyczące m.in. wzrostu odnotowań mowy nienawiści, nierówności płac ze względu na płeć w brytyjskich firmach, historii niewolnictwa. Skąd się wziął ten pomysł?

To były dane statystyczne, które pojawiały się na przestrzeni lat i nie były żadną tajemnicą. Pokazanie ich jednak w jednym miejscu i czasie robi wrażenie, zmusza do refleksji. Jeśli chcesz – słuchaj; jeśli nie – luz. Ale to są dane. Chciałem wykorzystać tę platformę, by powiedzieć ludziom coś ważnego. Nakłonić ich do działania. Towarzyszący tym informacjom tytuł: Nothing Great About Britain był zaś tylko dodatkiem, komentarzem. Poza tym nie chciałem prowadzić takiej typowej kampanii. Wiesz: „Kup mój album!” To by było żenujące.

Na jednym z billboardów pojawia się napis o takiej treści: „Boris Johnson jest opisywany przez swoich fanów jako dowcipny, inteligentny, charyzmatyczny i bystry”. Czy jego wybór na premiera oznacza, że w Wielkiej Brytanii będzie już tylko gorzej?

Myślę, że ktokolwiek zostałby premierem, istniałoby takie prawdopodobieństwo. Nie sądzę, aby to akurat on był najlepszym wyborem, ale czy na tym etapie mieliśmy tak naprawdę jakieś sensowne wyjście? Jestem pierwszy, żeby krytykować rządzących, ale dajmy mu jednak trochę czasu. Może nas zaskoczy i okaże się, że nie jest bufonem, którego dobrze znamy, ale naprawdę ma jakiś plan? Wątpię, aby tak się stało, ale trzeba mieć nadzieję. Bo musimy przecież mieć nadzieję.

W książce Inner City Pressure można odczuć pewien dystans, jaki twórcy grime’u mają do porównań z amerykańskim hip-hopem. Dla niektórych flirt czy utożsamianie się z tym gatunkiem traktowane są prawie jak zdrada. Jak ta relacja wygląda z Twojej perspektywy?

Wracamy do rozmowy o postawie. O tym, że należy czerpać z tego, co masz – nawet jeśli nie jest tego wiele. Ważnym aspektem jest tutaj dystans: jeśli czujesz z czymś związek, ale to nie jest do końca twoje, bo pochodzi z innego miejsca, ludzie to wyczują. Nie będą cię traktowali poważnie, bo zauważą, że starasz się być kimś innym. Myślę, że każdy ważny artysta zaczyna od tego, że inspirują go ludzie wokół. Dopiero później buduje z tego wszystkie coś swojego, coś nowego. Dlatego, żeby się rozwijać, musimy się trochę odseparować, mieć swoje miejsce. Przekładając to na muzykę: duży wpływ na grime miała kultura rave. Rapujemy do szybszych bitów niż te w amerykańskim hip-hopie. Trzymamy się tego, co jest nam bliskie. Tego, co znamy. Hip-hop ma soul czy funk, który sampluje, a nam bliższy jest UK Garage, jungle, drum'n'bass… Ta muzyka była ważniejsza w Wielkiej Brytanii. I ona się miesza i ma nowe dzieci. Żeby się rozwijać, grime musi być uczciwy i separować się od hip-hopu. W Stanach jest słonecznie, u nas zwykle jest szaro.

Mam jednak wrażenie, że w najnowszej historii ten hip-hop przydał wam trochę rozgłosu. Myślę o występie Kanyego Westa na Brit Awards, kiedy zaprosił na scenę Skeptę i innych twórców grime’u. To smutna konstatacja, ale wydaje mi się, że dopiero wówczas duża część brytyjskiej branży znów w Was uwierzyła.

Grime był już wtedy naprawdę mocny, ale dopiero po Brit Awards branża zdecydowała się pod niego podczepić. Tak, to działa. Oni wiedzą, że coś robisz i jesteś w tym naprawdę dobry, ale nie pomogą ci, dopóki ktoś cię nie namaści albo zaczniesz sobie radzić na własną rękę. Dopiero wtedy zlatują się z ofertami, a potem rozpowiadają na prawo i lewo, jak to cię znaleźli i że nic byś bez nich nie osiągnął.

Skepta pojawia się zresztą gościnnie na Twojej płycie. Jak się poznaliście?

Poznaliśmy się w naturalny sposób, dzięki wspólnym znajomym. Oczywiście od razu zaprosiłem go do udziału w mojej płycie. Odkąd pamiętam, podziwiam jego muzykę, a także mam wiele szacunku dla niego samego. Dogadaliśmy się, że będę podsyłał mu swoje pomysły i może jakiś go przekona. I ostatecznie miałem ten jeden, który okazał się właściwym. I tak to się stało. Najważniejsze w tej historii jest dla mnie to, że przyjaźnie tworzą przyjaźnie, które tworzą przyjaźnie... I tak to się toczy, naturalnie się ze sobą składa.

Czy są na Nothing Great About Britain jakieś utwory, których pisanie było dla Ciebie wyzwaniem i przychodziło z trudem?

Northampton's Child, bo to najbardziej szczery moment albumu. Muszę przyznać, że nie czułem się całkiem komfortowo, kiedy dzieliłem się nim z ludźmi. To jest brutalna szczerość, na którą niewielu by się zdobyło.

Masz trudności z wykonywaniem go na koncertach? A może po prostu go unikasz?

Tak, unikam tego (śmiech). A z drugiej strony wiem, że to jest piosenka, dzięki której ludzie mogą mnie lepiej poznać i zrozumieć. Bez niego ta prawda byłaby niepełna. Ludzie myśleliby, że jestem po prostu wyszczekanym gnojem. A tu wyrzuciłem z siebie sprawy, które kotłowały się we mnie przez lata. Towarzyszy więc temu również ulga, na tym pewnie polega terapia. Wyrzucasz coś z siebie, mierzysz się z tym, a potem to znika.

Nothing Great About Britain zostało niedawno nominowane do Mercury Prize – czy takie uznanie coś dla Ciebie znaczy?

Tak, bo to jest akurat ta jedyna nagroda, która cokolwiek dla mnie znaczy. Dostawali ją lub byli do niej nominowani artyści, którzy byli dla mnie naprawdę ważni: Dizzee Rascal, Portishead, Gorillaz, Arctic Monkeys… Dostać nominację do tej nagrody, to znaczy znaleźć się z nimi w jednej grupie. Nie ma się jednak co podpalać, tylko trzeba robić dalej swoje. Wiesz, kolejny dzień w biurze. Niczego jeszcze nie wygraliśmy. Zwłaszcza że konkurencja jest naprawdę mocna. To jest bardzo dobry rok.

Nie spodziewałem się, że wymienisz akurat Arctic Monkeys. Ostatni artysta, o którego bycie fanem bym Cię podejrzewał, to?

Daniel Johnston.

Świetny wybór.

Tak naprawdę słucham wszystkiego. Wymienisz najdziwniejszy zespół, który przyjdzie ci do głowy, i okaże się, że jest na mojej playliście.

Na koniec: jak wyglądały Twoje doświadczenia z Polakami? Dużo nas w Northampton?

Mnóstwo, stary, mnóstwo! Mam dużo różnych zainteresowań, więc jestem częścią różnych grup. Zawsze się gdzieś wmieszam. Na przykład lubię wędkować, a wśród wędkarzy zawsze jest dużo Polaków. Na co dzień nie zwracam jednak uwagi na takie rzeczy, bo nie oceniam ludzi przez pryzmat pochodzenia. Każdy jest inny – dopóki go nie poznasz, nie wiesz, jaka jest jego historia i czego możesz się od niego nauczyć.

Wiele osób w Wielkiej Brytanii nie myśli jednak w taki sposób.

Tak, często słyszę: „Oni przyjeżdżają i zabierają nam pracę!”. To głupota tak mówić. Ci wszyscy ludzie rozwijają naszą gospodarkę, zapewniają lepszą przyszłość nie tylko swoim najbliższym, ale także nam wszystkim. Poza tym ci, którzy narzekają, zazwyczaj nie chcieliby się nawet podjąć pracy, którą wykonują imigranci. W Wielkiej Brytanii jest tyle różnych kultur, narodowości, że szaleństwem byłoby myśleć, że mogłoby być inaczej. Zresztą po co właściwie? Co byśmy z tego mieli? To właśnie różnorodność daje naszemu społeczeństwu kolejne, interesujące warstwy.

Nadal mieszkasz w Northampton?

Tak, chociaż obecnie kursuję pomiędzy swoim Northampton, Londynem i tak naprawdę całym światem. Dużo gram i to się nie zmieni, dopóki nie zarobię na dom dla mojej mamy. Jeśli uda mi się to zrobić, nie będę się już niczym przejmował.

 

Data publikacji:

Jan Błaszczak

Rocznik 1987. Na co dzień pracownik działu programowego Filmoteki Narodowej – Instytutu Audiowizualnego. Współpracuje z „Przekrojem” i „Tygodnikiem Powszechnym”. Autor książki „The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side”, która ukazała się w 2018 r. w serii amerykańskiej Wydawnictwa Czarne. Publikował również na łamach m.in. „Polityki”, „Machiny”, „Wprost” i „Gazety Magnetofonowej”, a jako reporter współpracował z Programem II Polskiego Radia.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!