Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii.
Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie
zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szanowni Czytelnicy,
dopiero się wprowadziliśmy, więc trochę tu pusto – jak w każdym domu potrzeba czasu, by nasiąknął on naszymi historiami. Mamy nadzieję, że zostaniecie z nami i wkrótce poczujecie się tu u siebie.

Dziękujemy, przepraszamy,
Redakcja
Opowiadanie
William Finnegan

Diamentowa Góra

Diamentowa Góra
Diamentowa Góra

„Gdy wezbrane fale zbliżają się do linii brzegowej, zaczynają sięgać dna oceanu. Ciągi fal stają się setami. Są większe i bardziej odległe od siebie niż ich lokalni kuzyni. Pod wpływem ukształtowania dna nadchodzące fale załamują się.” – opowiadanie Williama Finnegana, zdobywcy Nagrody Pulitzera.

 

Budżet rodzinnej przeprowadzki do Honolulu musiał być skromny, skoro wynajęliśmy mały domek i kupiliśmy przerdzewiałego na wylot forda fairlane’a, żeby jakoś poruszać się po wyspie. Mój brat Kevin i ja spaliśmy na sofie, na zmianę. Ja miałem 13 lat, a on dziewięć. Za to nasz domek był blisko plaży – na drugim końcu drogi dojazdowej, wzdłuż której stały pozostałe domki. Ulica nazywała się Kulamanu. Pogoda była absolutnie cudowna. Słońce grzało nawet w styczniu. Właśnie wtedy tu przyjechaliśmy.

Byłem podekscytowany i od razu pobiegłem na plażę, żeby wstępnie ocenić warunki do pływania. Fale wprawiły mnie w zakłopotanie. Załamywały się tu i tam, wzdłuż zewnętrznej krawędzi omszałej rafy wystającej nad powierzchnię wody. Nie podobał mi się ten koralowiec. Był okropnie ostry. Spojrzałem na zachód i w oddali dostrzegłem znajomy menuet maleńkich jak patyczki postaci. Były raczej daleko od brzegu, unosiły się i opadały podświetlone popołudniowym słońcem. Surferzy! Pobiegłem do domu. Wszyscy byli zajęci rozpakowywaniem i walką o łóżka. Wciągnąłem szorty, chwyciłem deskę i wyszedłem bez słowa.

Miałem za sobą dobre trzy lata surfowania, zanim ojciec dostał pracę na Hawajach. Wcześniej pracował głównie jako drugi reżyser przy serialach telewizyjnych Dr. Kildare i The Man from U.N.C.L.E. Teraz został kierownikiem produkcji nowego serialu, półgodzinnego musicalu opartego na lokalnym programie radiowym Hawaii Calls (Hawaje wzywają). Pomysł polegał na tym, żeby nakręcić Dona Ho śpiewającego w łodzi ze szklanym dnem, zespół grający kalipso przy wodospadzie albo dziewczęta tańczące hula na tle buchającego wulkanu, a następnie sprzedać to jako show. „To nie będzie przegląd hawajskich talentów – stwierdził ojciec. – Ale coś w tym stylu”.

„Jeśli produkcja okaże się klapą, będziemy udawali, że cię nie znamy” – dodała matka.

Dla mnie liczyło się tylko to, że jestem na Hawajach. Byłem bardzo podniecony. Wszyscy surferzy, wszyscy czytelnicy magazynów o surfingu – a ja znałem swoje czasopisma niemal na pamięć, mogłem wyrecytować prawie wszystkie podpisy pod zdjęciami – przez całe swoje życie myśleli właściwie tylko o Hawajach. Czy to się komu podoba, czy nie, tak to właśnie wyglądało. A teraz ja tam byłem, chodziłem po najprawdziwszym hawajskim piasku (szorstkim, obco pachnącym) i wypływałem ku hawajskim falom (małym, ciemnym, pędzonym wiatrem).
Wszystko było inne, niż oczekiwałem. W magazynach hawajskie fale zawsze wydawały się wielkie, a na kolorowych zdjęciach ich barwa oscylowała między głębokim, śródoceanicznym niebieskim i bladym, nierealnym turkusem. Wiatr zawsze wiał od lądu i idealnie nadawał się do surfingu, a załamujące się fale były olimpijskim igrzyskiem bogów: Sunset Beach, Banzai Pipeline, Makaha, Waimea Bay.

Kiedy się stało przed domem, to wszystko zdawało się istnieć w jakimś bardzo odległym świecie. Nawet plaża Waikiki, znana z fal dla początkujących i tłumów turystów, była daleko, po zachodniej stronie Diamentowej Góry – na owych urokliwych terenach, gdzie znajdowały się pozostałe dzielnice Honolulu. My byliśmy po południowo-wschodniej stronie krateru w niewielkim siodle pochyłego, zacienionego nadbrzeża biegnącego wzdłuż plaży na zachód od Black Point. Za plażę robił pas wilgotnego piachu, wąski i pusty.

Powiosłowałem wzdłuż płytkiej laguny, jakieś pół mili na zachód, trzymając się blisko brzegu. Zniknęły domki przy plaży, a ich miejsce zajęło strome, pokryte krzakami podnóże Diamentowej Góry wznoszące się nad piaszczystym brzegiem. Rafa, którą miałem po lewej, oddaliła się, odsłaniając szeroki przesmyk – głęboką wodę, gdzie nie załamują się fale. Za przesmykiem zobaczyłem 10 czy 12 surferów na ciemnych, sięgających piersi falach. Pływali przy umiarkowanym wietrze od oceanu. Wiosłowałem wolno w kierunku „poczekalni” – miejsca, gdzie czeka się na fale. Wybrałem okrężną drogę i uważnie obserwowałem każdego surfera.

Byli nieźli. Każdy z nich miał płynny, naturalny styl. Nikt nie spadał z deski. I nikt, dzięki Bogu, nie zwracał na mnie uwagi. Krążyłem w kółko, a potem wolno przepchnąłem się do luźniejszej części „kolejki”. Było mnóstwo fal. Podczas pierwszego startu czułem się niepewnie, ale potem jakoś poszło. Pozwoliłem, by pamięć mięśni przejęła kontrolę i złapałem kilka małych fal, które wolno toczyły się w prawo. Różniły się nieco od tych, które znałem z Kalifornii. Były zdradliwe, ale nie bałem się ich. Na dnie widziałem koralowce, skrywały się głęboko pod wodą.
Inni surferzy dużo rozmawiali i śmiali się między sobą. Podsłuchiwałem, ale nie rozumiałem ani słowa. Prawdopodobnie używali pidgin, hawajskiej wersji angielszczyzny. Czytałem o tym dialekcie w Hawaii Jamesa Michenera, ale wcześniej nie miałem okazji go usłyszeć. A może to był jakiś obcy język? Na wodzie byłem jedynym haole, czyli białym – to jeszcze jeden termin z powieści Michenera. W pewnym momencie jakiś starszy facet, który przepływał obok, wskazał ręką na otwarty ocean i powiedział: „Tam”. To było jedyne słowo skierowane do mnie tego dnia. I miał rację: szła duża fala, największa tego popołudnia. Byłem mu wdzięczny za ostrzeżenie. 

Słońce chyliło się ku zachodowi i tłum zaczął się przerzedzać. Próbowałem zobaczyć, dokąd szli ludzie. Większość wybrała stromą ścieżkę na stoku góry wiodącą do ulicy Pod Diamentową Górą. Blade deski, które nieśli na głowach statecznikiem do przodu, poruszały się jednostajnie na zakrętach. Złapałem ostatnią falę, dopłynąłem na niej do płycizny i rozpocząłem długie wiosłowanie do domu wzdłuż laguny. W domach paliły się już światła. Było chłodniej, cienie pod palmami kokosowymi stały się niebieskoczarne. Promieniałem ze szczęścia. Chciałem móc komuś powiedzieć: „Jestem na Hawajach! Surfuję na Hawajach!”. Potem dotarło do mnie, że nawet nie wiem, jak nazywa się miejsce, w którym surfowałem.

*

A mówiono o nim Klify. Był to układ raf tworzących ciągnący się na południe i zachód łuk, pół mili od przesmyku, którym pierwszego dnia wypłynąłem na ocean. W surfingu poznawanie nowych miejsc zaczyna się od przypomnienia sobie poprzednich – z tymi wszystkimi falami, które się już dokładnie poznało. W tej chwili na moje archiwum składało się 10 czy 15 miejsc w Kalifornii i tylko jedno, które naprawdę dobrze poznałem: kamienista Ventura. Niestety, żadne z nich nie przygotowało mnie w jakiś szczególny sposób do Klifów, gdzie odtąd miałem surfować dwa razy dziennie. 

To było dosyć przewidywalne miejsce, w tym sensie, że prawie zawsze były tam dobre fale, nawet wtedy – co zrozumiałem dopiero po pewnym czasie – gdy na południu wyspy Oahu kończył się sezon. Rafy przy Diamentowej Górze wieńczą południowy kraniec wyspy i dlatego wyłapują nawet najmniejsze fale. Ale łapią też dużo wiatru, włącznie z gwałtownymi podmuchami spływającymi ze stoków krateru. Wiatr, rozległa łamigłówka rafy, i fale nadchodzące z różnych kierunków były źródłem nieustannie zmiennych warunków, które co godzinę – czego paradoksalnie wtedy nie doceniałem – w hałaśliwy sposób zaprzeczały jakiejkolwiek przewidywalności. Klify miały kapryśną naturę, tak inną od tego, co znałem wcześniej.

Poranki sprawiały najwięcej kłopotów. Żeby posurfować trochę przed szkołą, już o brzasku musiałem być na desce. Moje niewielkie doświadczenie mówiło mi, że o świcie ocean jest gładki jak stół. W nadmorskiej Kalifornii wczesne ranki były zwykle bezwietrzne. Jak się okazało, w tropikach tak nie jest. A już na pewno nie na Klifach. Często o wschodzie słońca wiały silne pasaty. Kiedy lekkim krokiem z deską na głowie szedłem ulicą, wiatr targał nade mną liśćmi palm. Z nadbrzeża mogłem dostrzec za rafą spienione fale, które przewalały się ze wschodu na zachód po ciemnoniebieskim oceanie. Mówiło się, że pasaty były północno-wschodnie, czyli teoretycznie miały dobry kierunek, jak na wybrzeże, które jest zwrócone na południe, ale na Klifach wiały jakoś wzdłuż brzegu, wystarczająco mocno, żeby w wielu miejscach uniemożliwić surfowanie.

Mimo wszystko Klify miały jakąś mrukliwą stałość, co sprawiało, że dało się tam pływać, nawet w tak kiepskich warunkach. Wczesnym rankiem prawie nikt w tych okolicach nie pływał. To była dobra pora, żeby zbadać najważniejsze miejsca, w których można było łapać fale. Zacząłem poznawać podstępne, szybkie i płytkie odcinki, a także słabe punkty, gdzie potrzebna była błyskawiczna zmiana kierunku, żeby utrzymać się na wodzie. Nawet w dni, kiedy woda sięgała do pasa, a wiatr słabł, niektóre fale dało się wykorzystać do długich, improwizowanych, w pełni zadowalających ślizgów. Rafa miała tysiące kaprysów i zmieniała nastrój wraz z pływami. A kiedy przesmyk przy brzegu zaczynał przybierać barwę mlecznego turkusu – podobną do koloru fantastycznych fal pokazywanych w magazynach – to był znak, że czas wracać na śniadanie. Podczas większego odpływu laguna stawała się zbyt płytka, by można było wiosłować, a ja z trudem brnąłem przez zapadający się, szorstki piach, walcząc o utrzymanie deski dziobem do kierunku wiatru.

Popołudnia to zupełnie inna historia. Wiatr słabł, ocean nie przyprawiał o chorobę morską, a na morzu pojawiali się inni surferzy. Klify miały swoich stałych bywalców. Po kilku sesjach potrafiłem już rozpoznać niektórych z nich. Na znanych mi wodach kontynentalnych fale pojawiały się rzadko, trwała więc walka o miejsce i ściśle pilnowano kolejki. Małolaty, a już na pewno ci, którzy nie mieli sojuszników w postaci starszych braci, musieli uważać, żeby nawet niechcący nie wejść w drogę jakiemuś weteranowi. Na Klifach było jednak wystarczająco dużo przestrzeni, mnóstwo wolnych fal, które załamywały się na zachód od głównego punktu, a nawet – jeśli się miało szczęście – na wewnętrznym szelfie, na którym coś zaczynało się już po cichu dziać. Dzięki temu mogłem swobodnie eksplorować wody dostępne na obrzeżach. W szkole było dokładnie na odwrót.

[...]

 

Tłumaczył Maciej Jura

 

Drodzy Czytelnicy! To jest fragment tekstu, opublikowanego w nr 3556/2017. Jesli pragniecie przeczytać go w całości, sięgnijcie do wydania papierowego. 

Dziękujemy, przepraszamy!

Redakcja 

Data publikacji:

William Finnegan

Rocznik ’52. Pisarz i reportażysta. Od 1984 r. publikuje w tygodniku „The New Yorker”. Autor pięciu książek i laureat licznych nagród dziennikarskich za teksty o konfliktach w różnych rejonach świata. Jego ostatnia książka – Barbarian Days: A Surfing Life (Barbarzyńskie dni: życie i surfowanie) – opowiada o życiu nastoletniego Finnegana i jego rodziny na Hawajach w latach 60. XX w. W 2016 r. zdobył za nią Nagrodę Pulitzera w kategorii biografie i autobiografie.