Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Czy jesteśmy rewolucyjnymi tancerzami, czy marionetkami w rękach systemu? Czy grób setek uchodźców ...
2019-06-01 23:59:00

Bawmy się, jakby nie było jutra
czyli sztuka bez przyszłości na Biennale w Wenecji

Christoph Büchel, „Barca Nostra”, 2018-2019, 58. Biennale Sztuki w Wenecji „Obyś żył w ciekawych czasach”, zdjęcie: Andrea Avezzù, dzięki uprzejmości: Biennale w Wenecji
Bawmy się, jakby nie było jutra
Bawmy się, jakby nie było jutra

„Obyś żył w ciekawych czasach” – powiada stara chińska klątwa. Jest fałszywa jak ruskie pierogi czy ryba po grecku. W Chinach nigdy nie było takiego powiedzonka; wymyślił je pewien brytyjski dyplomata. Ta klątwa to podróbka dalekowschodniej mądrości, ale nie jest przecież pozbawiona sensu i kryje się w niej pewna (post)prawda.

Czyta się 14 minut

Innymi słowy mamy do czynienia z fake newsem – czymś, co w sam raz nadaje się na tytuł Biennale w Wenecji, największej wystawy sztuki współczesnej na świecie.

Ten świat ma się fatalnie, w każdym razie według artystów, z których wielu wieszczy w Wenecji, że wkrótce zatonie zalany przez wzbierające oceany, migracje uchodźców, fale upału, ale też plastiku, społecznych nierówności i przemocy. W przeciwieństwie do świata opisująca go sztuka ma się kapitalnie. Nigdy nie była tak odjazdowa i spektakularna jak dziś, nawet w Wenecji, w której tradycyjnie pokazuje swoje wypasione oblicze. Zwiedzanie Biennale to wspaniała zabawa. Czy jednak wypada się bawić w czasach tak ciekawych, że strach się bać? Cóż, Ralph Rugoff, kurator tej imprezy, twierdzi, że najbardziej ludzcy jesteśmy, kiedy się bawimy. A więc do dzieła!        

Płynie grób!

W przeddzień rozpoczęcia preview Biennale dla dziennikarzy i ludzi z branży, siedziałem ze znajomymi na wyspie Giudecca przy aperolu, gdy nagle wśród tramwajów wodnych i motorówek taksówek pojawił się paskudny, odrapany wrak. Płynął na płaskiej barce przez kanał oddzielający Giudeccę od centrum miasta.

Ktoś zapomniał dorzucić do parkometru i go zholowali – żartowaliśmy sobie. Wenecja jest niewyczerpanym źródłem pretekstów do beznadziejnie suchych żartów na temat codzienności ludzi, którzy zamiast samochodów mają łódki. Ten dowcip okazał się jednak ponadprzeciętnie słaby i nie na miejscu. Nazajutrz, już na Biennale, znów nadziałem się na wrak, ustawiony na nabrzeżu przy halach starego Arsenału, w których odbywa się główna część wystawy. Odechciało mi się śmiać. W 2015 r. ten statek był pełen uchodźców; wypłynął z Libii, obrał kurs na Lampedusę, ale nie dotarł do celu. Z katastrofy uratowało się 27 osób. Ile zginęło? Szacuje się, że co najmniej 800, może więcej, bo nikt nie wie dokładnie, ilu ludzi upchali przemytnicy na tej zdezelowanej krypie. Ciał wielu ofiar do dziś nie odnaleziono; inni pasażerowie nie zdołali wydostać się z ładowni, zanim statek poszedł na dno.

Na Biennale stoi więc stalowy, zardzewiały grób. Rząd włoski wydobył wrak z morza, a do Wenecji przyholował go Christoph Büchel, artysta, który sam jest swego rodzaju emigrantem – pochodzi ze Szwajcarii, ale teraz jego domem jest Islandia. Cztery lata temu reprezentował przybraną ojczyznę na Biennale. Przekształcił wówczas wybudowany w X w. i od kilkudziesięciu lat zamknięty kościół Santa Maria dell’Abbazia della Misericordia na działającą świątynię muzułmańską. Pracę nazwał Pierwszy meczet w historycznym mieście Wenecja. W najjaśniejszej republice istniały synagogi, ale meczetu nigdy tu nie było. Wygląda też na to, że nieprędko będzie, choć chętnych do modłów w „instalacji” Büchela nie brakowało. Jak w całych Włoszech, tak i w Wenecji żyją i pracują przybysze z Afryki Północnej; wielu z nich zaczęło uczęszczać do pierwszego weneckiego meczetu. Ten jednak został zamknięty przez wenecki nadzór budowlany, zanim minął miesiąc od otwarcia Biennale. Oficjalnym powodem było gromadzenie się w obiekcie większej liczby osób niż ta, na którą opiewało zezwolenie uzyskane przez organizatorów projektu. Mniej oficjalnie, ale za to naprawdę, chodziło o groźby ze strony włoskiej skrajnej prawicy, którą praca Büchela doprowadziła do furii. Władze Wenecji deklarowały, że po wyjaśnieniu formalnych wątpliwości meczet zostanie ponownie otwarty, ale choć Biennale jest długie (trwa od maja do listopada), to do jego końca sprawy udało się nie wyjaśnić. W ten sposób nacjonaliści i czynniki oficjalne domknęli sens pracy artysty; otwarcie w Wenecji meczetu jest niemożliwe, nawet tymczasowo i na prawach dzieła sztuki prezentowanego przez Islandię. Czyż zadaniem artystów nie jest odsłanianie prawdziwej twarzy rzeczywistości, w której żyjemy?

Gorzka kawa kością w gardle

Jakie oblicze rzeczywistości odsłania obecność wraka, tej strasznej stalowej trumny, na wystawie sztuki? W Wenecji mówiło się, że jeszcze lepiej byłoby, gdyby Büchel ustawił ten wyrzut sumienia nie w Arsenale, lecz przy reprezentacyjnym nabrzeżu Siedmiu Męczenników, gdzie doba dokowania łodzi kosztuje 50 tys. dolarów. To dużo, ale nie za drogo dla wielkich kolekcjonerów, którzy co dwa lata przypływają na Biennale luksusowymi jachtami. Zanim publiczność obejrzy wystawę sztuki, ogląda po drodze na Biennale wystawę tych cudów nowoczesnego kunsztu szkutniczego. Duża część jachtów jest większa od krypy, która stała się kryptą dla setek migrantów. Pasażerów mają jednak niewielu – wiadomo, należą do „jednego procenta” ludzkości. Czy widok wraka zmąciłby bogaczom przyjemność z dokowania przy Siedmiu Męczennikach? Popsułby apetyt w czasie brunchu? Nie wyglądało, aby psuł apetyt publiczności Biennale, choć Büchel ustawił to posępne memento naprzeciw kafeterii. Biennale jest ogromne, więc obywatele świata sztuki tłumnie przysiadali w niej, żeby się posilić. Recenzent „Guardiana” zżymał się, że krytycy, kuratorzy i artyści nie krztusili się cappuccino, pijąc je w cieniu mogiły setek ludzi. Cóż, sam pewnie wypił kawkę gdzie indziej.

To w końcu nie pierwsza i nie ostatnia praca na Biennale, która ma potrząsać sumieniami miłośników sztuki. Czy potrząsa? A jeżeli nawet, to co z tego? Zamiast odpowiedzi Ralph Rugoff przypomina, że choć sztuka jest polityczna w ogóle, a już szczególnie na Biennale, to nie jest polityką. Dzieła sztuki nie obronią demokracji ani nie uratują tonących uchodźców. Są tylko symbolicznymi zwrotnicami, które przestawiają nasze myślenie na mniej utarte tory. Reszta zależy od nas.

Cynik powiedziałby, że najbardziej wymierny efekt interwencji Christopha Büchela to wrzawa wokół Christopha Büchela. Artysta „ukradł show”. Sam złapałem się właśnie na tym, że poświęcam mu już drugi akapit niniejszego tekstu. Czy artysta zmuszający nas, byśmy patrzyli na wrak, upomina się o jego o ofiary, czy też zasila energią ich tragedii blask swojego nazwiska? Zakłóca spektakl czy tylko podwyższa jego temperaturę? Pijąc kawę, którą w końcu i ja kupiłem sobie na stoisku obok wraka, myślałem, że skoro na te pytania nie da się odpowiedzieć jednoznacznie, to propozycja Rugoffa, aby wziąć udział w wystawie jako zabawie, nie jest wcale taka niefrasobliwa, jak mogłoby się wydawać.

Happy end: artysta, który wynurzył się z odmętów życia

Skoro mamy się bawić, to róbmy to poważnie, tak jak uczyni to na przykład polski reprezentant, Roman Stańczak.

Ta edycja Biennale nie rozpieszcza sztuki z Polski. Wystawa Rugoffa jest bardzo amerykańska (1/3 uczestników). Kurator zaprosił wielu artystów i artystek z Azji, zwłaszcza z Chin, a także z Afryki, ale zdaje się, że Europa Środkowa niezbyt go zainteresowała. Poszukiwacze polskich akcentów mogą liczyć na Marię Łobodę (która od dawna mieszka w Wielkiej Brytanii) oraz na wystawę młodych artystów, którą pod tytułem Force Field pokazuje na Giudecce Fundacja Rodziny Staraków. Projekt zorganizowany przez polskich kolekcjonerów jest zresztą bardzo udany, poza nim pozostaje jednak narodowy pawilon i jego aktualny bohater.

Polski pawilon, Roman Stańczak, „Lot”, 58. Biennale Sztuki w Wenecji „Obyś żył w ciekawych czasach”, zdjęcie: Francesco Galli, dzięki uprzejmości: Biennale w Wenecji
Polski pawilon, Roman Stańczak, „Lot”, 58. Biennale Sztuki w Wenecji „Obyś żył w ciekawych czasach”, zdjęcie: Francesco Galli, dzięki uprzejmości: Biennale w Wenecji

Krzepiąca jest już sama obecność tego artysty w Wenecji. Roman Stańczak jest kolegą z pracowni najsłynniejszych polskich współczesnych artystów – Katarzyny Kozyry, Pawła Althamera czy Artura Żmijewskiego. Razem z nimi studiował u legendarnego profesora Grzegorza Kowalskiego i razem z nimi debiutował w pierwszej połowie lat 90. Zrobił kolosalne wrażenie, obwołano go jednym z największych talentów pokolenia. Tymczasem po pierwszej dużej wystawie solowej, która odniosła zresztą spektakularny sukces, Stańczak zniknął, a dokładniej mówiąc, zatonął w odmętach życia. Z jego głębin dochodziły do świata sztuki niepokojące pogłoski o nałogach, niebezpiecznych sytuacjach i rzeźbiarzu, który oddala się coraz bardziej i bardziej zarówno od tzw. społecznej normy, jak i od instytucjonalnego życia artystycznego. Stańczaka spisano już dawno na straty – sam raz czy dwa słyszałem plotki, że nawet nie żyje – kiedy kilka lat temu rzeźbiarz powrócił, a teraz wystawia w pawilonie Polonia na Biennale, spełniając marzenie, które bezskutecznie pielęgnuje tylu innych twórców. Happy endy jednak zdarzają się nie tylko w filmach. Zresztą sądząc po pracy z Wenecji, do końca tu daleko, bo artysta daje pokaz rzeźbiarskiej mocy. Trzeba jej niemało, żeby pokazać odrzutowy samolot – awionetkę z rodzaju tych, którymi latają VIP-y – wywrócony na lewą stronę.

Przenicowany samolot rymuje się z kadłubem statku, który Christoph Büchel ustawił w Arsenale. Odrzutowiec Stańczaka także jest wrakiem i pachnie katastrofą. Tu jednak podobieństwa się kończą; wydobyty z dna morza okręt to grobowiec i elegia, tymczasem w pracy polskiego rzeźbiarza zaklęta jest osobliwa, ale żywotna energia. Kadłub jego samolotu stoi na skórzanych fotelach, które kiedyś były wewnątrz; skrzydła zostały zwinięte w rulony i wciśnięte do środka. Wszystkie kable, rurki i przewody znalazły się na zewnątrz; opleciona tymi wnętrznościami maszyna nabiera wyglądu jakiegoś dziwacznego organizmu, cyberstwora, który jest zarazem technologiczny i pierwotny. „Jak to możliwe, że cała ta plątanina nie psuje się podczas każdego lotu?” – myślałem, patrząc na te bebechy i pamiętając, że za parę dni trzeba będzie przecież wsiąść do samolotu, żeby wrócić do domu.

Świat nie kończy się w Smoleńsku

Kiedy Stańczak wygrał jesienią konkurs na polską wystawę w Wenecji, panowało przekonanie, że Lot – bo tak nazywa się przenicowany samolot – jest pracą o Smoleńsku, jakiegoś rodzaju egzorcyzmem, próbą okiełznania demona, który na wiele lat opętał polską świadomość, a już na pewno politykę. Stańczak nie uciekał od tej interpelacji. Należy do tych artystów, skądinąd dość nielicznych, którzy nie mieszczą się w prostym podziale na liberalno-lewicowy art world i konserwatywny świat tradycyjnych wartości. Nie ukrywał też, że katastrofę w Smoleńsku przeżył bardzo emocjonalnie. W Wenecji kontekst smoleński schodzi jednak na daleki plan. Na świecie tyle jest gwałtownej śmierci i katastrof; mówi się o nich również na Biennale, a wrak Büchela nie jest jedyną pracą na ten temat. Na tym tle Smoleńsk, który w Polsce rozrósł się do rozmiarów obsesji, odzyskuje właściwe proporcje, a Lot otwiera się na inne, bardziej uniwersalne interpretacje.

Łukasz Ronduda, który wraz z Łukaszem Mojsakiem jest kuratorem wystawy w polskim pawilonie, zwrócił mi uwagę, że po przenicowaniu samolotu jego kabiną stała się symbolicznie cała galeria, całe Biennale, ba! cały świat. To ci zuchwała metafora! A jednak coś w niej jest. Kiedyś wszyscy jechaliśmy na tym samym wózku, teraz lecimy jednym samolotem.

Można też, wracając do tropu podpowiadanego przez zadokowane przed Biennale jachty, pomyśleć o jednym procencie, który lata samolotami w rodzaju tego, który przenicował Stańczak. W jego pracy jest coś z karnawałowej zamiany ról; środek staje się teraz zewnętrzem. Odwrócenie biegu wydarzeń, a tym bardziej porządku społecznego, wydaje się niemożliwe, ale przecież równie niemożliwe wydawało się wywrócenie odrzutowca na lewą stronę, a jednak Stańczak dokonał tego, rozcinając i przekuwając maszynę w niewielkim hangarze koło warszawskiego Okęcia. Jest w tym geście nadzieja; w końcu nie na darmo samolot potrafi oderwać się od ziemi i jest figurą niebiańską...

Kto zrobi porządek z tą rzeźnią? Może Syzyf?

Praca Stańczaka wybrzmiewa mocno, ale po wyjściu z pawilonu Polonia okazuje się, że inni nie zasypiają gruszek w popiele. Jeżdżę do Wenecji od końca zeszłego wieku, ale jeszcze nie widziałem tak spektakularnego Biennale. Nigdy nie oglądałem też tylu artystycznych superprodukcji. Stańczak wydaje się romantycznie anachroniczny w absolutnym oddaniu zmaganiom z materią, w robieniu sztuki własnymi rękami.

W Wenecji coraz trudniej znaleźć sztukę powstającą w toku intymnych spotkań między artystą a dziełem w pracowni. Artyści, których się tu zaprasza, nie przypominają van Gogha malującego samotnie obrazy na malutkim poddaszu, już raczej Rubensa. Za ich realizacjami stoją całe studia asystentów, a także galerie i instytucje, które wiele mogą.

Ta zasada obowiązuje oczywiście w pawilonach narodowych; epoka jest niby-postnarodowa, ale każdy kraj chce jednak napiąć artystyczny muskuł. Na dwuczęściowej wystawie głównej, do której Rugoff zaprosił 79 artystów z całego świata, jest nie mniej efektownie. Kurator obiecał, że nie będziemy się nudzić, tylko dobrze bawić, i dotrzymał słowa; zrobił nie lada show.

*

W środku pawilonu centralnego Biennale miota się ogromna maszyna. Wygląda jak okaz jakiejś niebezpiecznej cyberfauny i jest zamknięta w przeszklonym boksie. Robota uwięziła w nim para chińskich artystów – Sun YuanPeng Yu. On zasłynął z rzeźb komponowanych z mrożonych zwłok, ona ma na koncie m.in. kolumnę z ludzkiego tłuszczu. Tym razem posłużyli się krwią albo czymś, co wiernie ją przypomina; wolałem nie dociekać, jak sprawy mają się naprawdę. W każdym razie podłoga szklanej klatki jest zalana ciemnoczerwoną posoką, jakby wewnątrz doszło do niezłej jatki. Robot zaś ma jedno ramię zakończone wielkim gumowym zmywakiem i został zaprogramowany przez artystów tak, by nie pozwolić cieczy rozlewać się po całym pomieszczeniu.

Sun Yuan i Peng Yu „Can’t Help Myself”, 2016, 58. Biennale Sztuki w Wenecji „Obyś żył w ciekawych czasach”, zdjęcie: Francesco Galli, dzięki uprzejmości: Biennale w Wenecji
Sun Yuan i Peng Yu „Can’t Help Myself”, 2016, 58. Biennale Sztuki w Wenecji „Obyś żył w ciekawych czasach”, zdjęcie: Francesco Galli, dzięki uprzejmości: Biennale w Wenecji

Przewrotność instalacji polega na tym, że zadanie powierzone maszynie jest niewykonalne, jak harówka, na którą skazano Syzyfa. Kiedy robot ściera czerwony płyn z jednej strony, ten rozlewa się z drugiej. Maszyna daremnie próbuje zapanować nad chaosem. Artyści „nauczyli” ją 32 różnych gestów; w histerycznych ruchach urządzenia, które bez końca i skutku sprząta krwawą łaźnię, jest coś niepokojąco naturalnego, niemal zwierzęcego.

Gdzie jest Karol Marks?

Pomyśleć tylko, cztery lata temu podczas Biennale, którego kuratorem był Okwui Enwezor, dokładnie w tej samej sali odbywał się performance: ekipa aktorów, czytała na głos Kapitał Marksa – non stop w godzinach otwarcia galerii, przez całe pięć miesięcy trwania Biennale. Była w tej lekturze może płonna, ale jednak nadzieja, że w opus magnum klasyka da się wyczytać jakieś wskazówki: szto dielat’ w tych ciekawych czasach? Minęły cztery lata i czasy zrobiły się jeszcze ciekawsze. Nie ma już Okwui Enwezora, który dwa miesiące temu zmarł na raka, i nie ma Marksa na Biennale. Jest neurotyczna sztuczna inteligencja daremnie usiłująca posprzątać krwawy bałagan.

Bałaganem na pierwszy rzut oka może się wydać cała wystawa; Ralph Rugoff twierdzi, że jego Biennale nie ma tematu. W rezultacie ma ich wiele. Wystawa staje się antologią globalnych problemów, z którymi artyści przyjeżdżają do Wenecji.

Teresa Margolles przywiozła z Meksyku długi na kilkanaście metrów mur z betonowych pustaków. Brzydkie, zwieńczone drutem kolczastym ogrodzenie pochodzi z Ciudad Juárez, niesławnej meksykańskiej stolicy narkobiznesu i związanej z nim przemocy. Instalacja nieźle nadałaby się na mur więzienia dla gangsterów, ale w rzeczywistości jest odwrotnie. To narcotraficantes rządzą na ulicach Juárez, a za murem chowają się dzieci. Postawiono go wokół szkoły podstawowej, aby osłaniał uczniów przed przypadkowymi kulami wystrzelonymi w bandyckich porachunkach. Margolles rozebrała fragment muru i odbudowała go na Biennale. Stoi teraz jak pomnik społecznej porażki, pomazany graffiti i podziurawiony przez pociski, jakby pochodził ze strefy wojennego konfliktu, a nie z miasta leżącego w kraju, w którym – teoretycznie – panują pokój i rządy państwa prawa.

Teresa Margolles, „Muro Ciudad Juarez”, 2010, 58. Biennale Sztuki w Wenecji „Obyś żył w ciekawych czasach”, zdjęcie: Francesco Galli, dzięki uprzejmości: Biennale w Wenecji
Teresa Margolles, „Muro Ciudad Juarez”, 2010, 58. Biennale Sztuki w Wenecji „Obyś żył w ciekawych czasach”, zdjęcie: Francesco Galli, dzięki uprzejmości: Biennale w Wenecji

Marionetki są proszone do tańca!

Kiedy jedni, jak Margolles czy Büchel, stawiają na skrajny realizm i twarde dowody rzeczowe w sprawach tego świata, inni tańczą i śpiewają. Zwrot performatywny w sztuce trwa. Poprzednie Biennale wygrał pawilon niemiecki, w którym Anne Imhof pokazała apokaliptyczną żywą rzeźbę, stworzoną z muzyki, architektury, śpiewu i tańczących ciał. W tym roku Złotego Lwa dostał kolektyw Neon Realism (reżyserka Rugilė Barzdžiukaitė, poetka Vaiva Grainytė oraz kompozytorka Lina Lapelytė) reprezentujący Litwę. Pawilon litewski urządzony jest w starym magazynie, którego parter artystki zmieniły w sztuczną plażę i w tej scenerii wystawiły 70-minutową operę. Rozciągnięci na kocach, ubrani w stroje kąpielowe performerzy wykonują utwór non stop, przez cały dzień. Widzowie oglądają spektakl z umieszczonej wysoko nad „plażą” galerii – z perspektywy słońca obserwującego „plażowiczów”, którzy smarują ciała olejkami, grzebią w piasku i śpiewają o globalnym ociepleniu.

Pawilon litewski, „Sun & Sea (Marina)”, 58. Biennale Sztuki w Wenecji „Obyś żył w ciekawych czasach”, zdjęcie: Andrea Avezzù, dzięki uprzejmości: Biennale w Wenecji
Pawilon litewski, „Sun & Sea (Marina)”, 58. Biennale Sztuki w Wenecji „Obyś żył w ciekawych czasach”, zdjęcie: Andrea Avezzù, dzięki uprzejmości: Biennale w Wenecji

Sztuka wciąż pokłada ogromne nadzieje w tańcu. Wystawia się go w pawilonach tak różnych krajów, jak Brazylia, Korea Południowa, Szwajcaria czy Australia. Artyści widzą w nim nie tylko formę ekspresji, lecz także instrument polityczny, emancypacyjny gest; tańczące ciało ma być wywrotowe i rewolucyjne. Ciekawe jednak, że równolegle ze zwrotem performatywno-tanecznym w Wenecji da się zaobserwować coś, co może być początkiem konkurencyjnego zwrotu – marionetkowo-lalkowego. Niedawno pisaliśmy w „Przekroju” o wystawie w Zachęcie, na której kuratorka Joanna Kordjak wydobywa artystyczne, ale również polityczne potencjały drzemiące w polskim teatrze lalkowym. Gratulujemy wyczucia czasu, bo w Wenecji też nie brakuje artystów, którzy bawią się lalkami. Jedni znęcają się nad cyfrowymi kukiełkami w komputerowych animacjach, zwykle psychodelicznych i okrutnych – w świecie wirtualnym można sobie pozwolić na wszystko. Inni inscenizowali teatrzyki marionetek, najczęściej też upiorne. Jos de Gruyter i Harald Thys zaludnili mechanicznymi, elektrycznie napędzanymi kukłami naturalnej wielkości cały pawilon Belgii. Chodząc między belgijskimi kukłami, trudno nie poczuć się jak jedna z nich; może i tańczymy, ale tak, jak nam zagrają; muzykę do tańca wybierają kapitalizm, populiści, finansowe elity, słowem – system.

Pawilon belgijski, „Mondo Cane”, 58. Biennale Sztuki w Wenecji „Obyś żył w ciekawych czasach”, zdjęcie: Francesco Galli, dzięki uprzejmości: Biennale w Wenecji
Pawilon belgijski, „Mondo Cane”, 58. Biennale Sztuki w Wenecji „Obyś żył w ciekawych czasach”, zdjęcie: Francesco Galli, dzięki uprzejmości: Biennale w Wenecji

No future

Rasizm, feminizm, postkolonializm, wojna, ubóstwo, kryzys demokracji – pomyślicie o którymkolwiek z poważniejszych problemów współczesności, a na pewno znajdziecie jego reprezentację na Biennale. Z weneckich projektów, które podejmują kwestię nadciągającej katastrofy ekologicznej i ocieplenia klimatu, można by zrobić osobną wystawę – i byłaby to baaardzo obszerna ekspozycja. Każdy z artystów zdaje się tu mówić nie tylko co innego, ale również innym językiem, ale właśnie ta kakofonia staje się tematem rzekomo pozbawionego tematu Biennale. Wielość głosów splata się tu w chór teraźniejszości – ciekawych czasów, w których przyszło nam żyć. Co będzie dalej? Biennale nie tylko nie odpowiada na to pytanie, ale nawet go nie stawia. Wystawa jest niemal jak Internet, znajdziemy na niej prawie wszystko – z wyjątkiem wyobrażeń przyszłości. Być może w obliczu takiej teraźniejszości, z jaką mamy dziś do czynienia, wyobrażanie sobie przyszłości przerasta ludzkie siły, nawet jeżeli tymi ludźmi są najlepsi artystki i artyści na świecie. Być może przyszłości już po prostu nie ma. W tej sytuacji tym bardziej warto zgodzić się z Ralphem Rugoffem i dobrze bawić się na jego wystawie. Póki jeszcze czas.

 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!