Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Iza Smelczyńska

Akceptacja pewnych stanów wymaga odwagi

Akceptacja pewnych stanów wymaga odwagi
Akceptacja pewnych stanów wymaga odwagi

WIDT to duet audiowizualny, zrodzony ze współpracy dwóch sióstr – Antoniny Nowackiej (głos) i Bogumiły Piotrowskiej (wizualizacje generowane w czasie rzeczywistym). Łączy je oryginalność, zamiłowanie do radykalnej psychodelii i bezkompromisowość. Swój najnowszy projekt z Christophem de Babalon zobaczymy na krakowskim Unsoundzie. 

 

W jednym z wywiadów wspomniałyście, że „zależy wam na tym, aby wasze działania były jak najmniej zorientowane na jakiś konkretny rynek czy branżę”…

Bogumiła Piotrowska: Wszystkie branże działają na konkretnych zasadach, bazując na określonym systemie selekcji podług jakiejś estetyki, medium czy środków wyrazu. Występując na festiwalach muzycznych czy pojawiając się w prasie muzycznej, prezentujemy swoją twórczość w kontekście branży muzycznej, a to zawsze jest jakiś niepełny obraz tego, co robimy. Jesteśmy odbierane jako zespół muzyczny z wizualizacjami, a nie o to nam chodzi. Nasze występy są tak naprawdę na granicy muzyki, nieco w stronę żywej instalacji czy poniekąd teatru. Zależy nam na tym, żeby w jakiś sposób wypracować system (branże? środowisko?), który byłby przydatny zarówno dla nas, jak i dla innych artystów, których trudno wpisać w już ustanowione ramy. Jest to dla nas bardzo ważne. Uważamy, że każdy powinien robić to, co czuje. Może istnieją takie systemy, które byłyby dla nas, ale o nich nie wiemy, więc i tworzymy swój. To dzieje się w sposób naturalny.

Antonina Nowacka: Są artyści, z którymi czujemy więź na pewnym poziomie, których twórczość od razu trafia nas jak piorun, z wzajemnością. Mam nadzieję, że to środowisko będzie się konstytuować w jakiś sposób, ale jest to trudne, ponieważ artyści są zupełnie różni w sensie stylistycznym, estetycznym i robią coś zupełnie innego niż my w sensie formalnym. Łączy nas oryginalność, zamiłowanie do radykalnej psychodelii i bezkompromisowość.

Jak takie podejście sprawdza się w rzeczywistości, gdzie każdy festiwal jest raczej skupiony wokół konkretnej estetyki, grupy artystów i słuchaczy, lubi mieć określoną linię programową?

BP: Istnieją festiwale, tj. Kraak, Counterflows, UH festival, Easterndaze, Shiny Toys – których program jest jak ekscytujący scenariusz. Powstaje pełne oryginalności, niespodzianek i głębokich doświadczeń wydarzenie, łączące na pierwszy rzut oka różne stylistyki. Są one również otwarte na performatywne akty, właśnie takie, które balansują na pograniczu muzyczności. Często na tych festiwalach występują artyści mało znani w szerszym obiegu, a ich występy są absolutnie fenomenalne.

AN: Te festiwale są nieduże i dzięki temu można zobaczyć wszystkie koncerty, a nie trzeba wybierać między jednym a drugim. Tworzą je bezkompromisowi kuratorzy. To bardzo otwiera głowę. Jeśli gram rocka, prawdopodobnie wiąże się to z indywidualnym i osobistym doświadczeniem. Gram to, co w mam w duszy i wtedy ten rock jest czymś zupełnie innym – nie jest rockiem w sensie gatunkowym, a kosmicznym lotem. Lubię też, kiedy na festiwalu w programie są zarówno młodzi, jeszcze nieznani artyści, jak i tzw. „starzy wyjadacze”.

Christoph de Babalon, Bogumiła Piotrowska, Antonina Nowacka, fot. archiwum prywatne
Christoph de Babalon, Bogumiła Piotrowska, Antonina Nowacka, fot. archiwum prywatne

 

Tegorocznym hasłem przewodnim Unsoundu jest „Presence”, czyli „obecność”. Czy i jak odniesiecie się do tego motywu w swoim występie?

AN: Nasze wszystkie koncerty są w pełni improwizowane – wszystko powstaje w czasie rzeczywistym i dla mnie to jest najbardziej związane z „obecnością”. Improwizacja wymaga maksymalnego skupienia na tym, co dzieje się w danym momencie i w pewnym sensie jest czymś podobnym do medytacji.

BP: Na Unsoundzie występujemy z naszym nowym projektem TEYAS, który tworzymy z Christophem de Babalon. Nazwa TEYAS jest nawiązaniem do energii witalnej – tejas – w hinduizmie, związanej z mocą duchową. Właśnie wyszedł nasz nowy album, wydany przez Bocian Records. Na tyle okładki znajduje się QR code – portal do wideoklipów. Każdy utwór ma swoją oprawę wizualną.

Jak rozpoczęła się Wasza współpraca ze wspomnianym Christophem de Babalon?

AN: Z Christophem poznaliśmy się w Berlinie, gdzie wystąpiliśmy razem na festiwalu Easterndaze x Berlin w 2016 roku. Było to spotkanie zaaranżowane przez kuratorkę i dziennikarkę Lucie Udvardyovą, więc ona jest matką naszego projektu. Zagraliśmy 20-minutową improwizację i wyszło tak dobrze, że postanowiliśmy nagrać razem album.

fot. Kasia Rucińska
fot. Kasia Rucińska

Antonino, oprócz projektu z siostrą i Christophem de Babalon zobaczymy cię z innymi artystami: Kamilem Szuszkiewiczem, Teoniki Rożynek w projekcie Satin Made of Triggers. O czym on będzie i jaka jest w nim twoja rola?

Projekt nawiązuje do fenomenu ASMR, czyli filmów zamieszczanych w serwisie YouTube, na których nadawca (w większości przypadków kobieta) szepcze, po to, by sprawiać przyjemność słuchaczom. Wcielam się, na swój sposób, w jedną z takich kobiet. Będzie to swoisty utwór muzyczny. Uważam, że Kamil Szuszkiewicz jest genialnym kompozytorem, więc ogromnie się cieszę, że mnie zaprosił do współpracy.

Występowałaś z kIRk, Łukaszem Kacperczykiem, Gosią Zagajewską czy Wojtkiem Kurkiem. Podkreślasz, że to osoby, z którymi dobrze się muzycznie rozumiesz. Czy potrafisz wyróżnić jakiś konkretny czynnik, który to zapewnia?

AN: Kiedy czuję, że ktoś jest w tym, co robi szczery, to bardzo łatwo stworzyć nić porozumienia. Wszystkie projekty, które współtworzę, opierają się na improwizacji, a jest ona możliwa jedynie wtedy, gdy człowiek maksymalnie skupia się i otwiera na to, co dzieje się w danym momencie. Wtedy wszystko, co się wydarza, jest jedną wielką kulą, która niesie się na falach. Bardzo cenię bezkompromisowość, kiedy zapomina się o tym, co miłe, straszne czy dziwne, a wszystko jest materią, którą można modelować w najróżniejsze obrazy i narracje. Akceptacja pewnych sytuacji czy stanów wymaga odwagi. Ludzie, których wymieniłaś, charakteryzują się tymi cechami.

Ciekawi mnie, czego słuchacie na co dzień?

BP: Ostatnio słuchałam kilku utworów Lei Bertucci, lubię jedną piosenkę z wytwórni Ultra Eczema, lubię twórczość Christopha de Babalon, Moon Duo, Gorillaz, Pj Harvey, Marisy Nadler i mojej siostry. Niektórych artystów uwielbiam na żywo, np. Guttersnipe, Adama Gołębiewskiego czy Marka Harwooda (Astor).

AN: Ja najbardziej lubię słuchać muzyki na żywo, I też uwielbiam tych artystów, która wymieniła Bogumiła. Lubię też słuchać moich kolegów z warszawskiej sceny, środowiska Warsaw Improvisers Orchestra. Ostatnio bardzo podobało mi się trio: Rafael Rogiński, Paweł Szpura i Go Ba w Pardon to tu czy Chryste Panie w Pokoju na lato, ale też Julek Płoski, który zagrał przed kIRkiem w Spatifie. Jeśli chodzi o muzykę nagrywaną, mogę nie słuchać w ogóle, ale jak coś mi się spodoba, to przesłuchuję wszystkie albumy. Cały czas. Ostatnio Geinoh Yamashirogumi – to jest genialny zespół, polecam. Jestem też ogromną fanką Francesco Cavaliere i Kamila Szuszkiewicza. Lubię też słuchać ptaków w moim ogródku.

Antonino, co rozumiesz przez określenie, że „głos jest sumą korelacji stanów umysłu, zjawisk wewnętrznych i zewnętrznych”? Czy to w jakiś sposób określa „duchowość” i charakter Waszej muzyki?

Chodzi o to, że głos jest tym, co w środku i co wokół nas. Sam proces śpiewania polega na wciąganiu powietrza i wydychaniu powietrza, więc używa się powietrza ze środka i z zewnątrz. To jest jedno i to samo powietrze, a zarazem za każdym razem inne. Natomiast stany umysłu, mogą być różne i ta różnorodność jest tak ciekawa, że lubię ją eksplorować. Stany umysłu wpływają na zjawiska wewnętrzne i zewnętrzne i tak samo te zjawiska wpływają na stan umysłu, a głos jest środkiem wyrazu wszystkich tych korelacji.

W WIDT kluczowe jest łączenie muzyki z obrazem. Uważacie, że te dwa zmysły poszczególne wymagają dopełnienia? Czy np. obraz nie odbiera pewnych walorów głosowi i nie zostawia pola do interpretacji wyobraźni?

BP: Zarówno obraz, jak i dźwięk mają u nas charakter dość metaforyczny, abstrakcyjny. Są to energie o różnych częstotliwościach, które składają się w jedną całość, przynajmniej tak my to widzimy. Myślę, że jest w tym bardzo dużo przestrzeni dla wyobraźni i najróżniejszych interpretacji.

AN: Chodzi o to, by stworzyć koherentną całość, która wzajemnie się uzupełnia. Wtedy nie ma wrażenia, że coś odbiera czemuś przestrzeń, ponieważ stany się równoważą. Gdy śpiewam sama lub z innymi ludźmi, brzmię zupełnie inaczej, niż wtedy, gdy występuję z Bogumiłą.

Co planujecie zobaczyć na Unsoundzie?

AN: Jesteśmy wielkimi fankami Jung An Tagen. Ja idę na pewno na Kesh Ensamble i Terry’ego Riley’a. Polecam też weekendowe koncerty w klubie 89 moich kolegów, na które z różnych przyczyn nie mogę się wybrać: Paper Cuts, Ksawerego Wójcińskiego, Adama Gołębiewskiego, Pokusę.

 

Unsound Festival 2018 potrwa od 7 do 14 października. Każdy, kto chce sprawdzić szczegóły programu oraz kupić pozostałe jeszcze bilety na festiwalowe wydarzenia, może to zrobić poprzez stronę festiwalu: www.unsound.pl.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!