pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Hedda Gabler Ibsena sama już nie wie, co robi, pozna po owocach. Ja się jej nie dziwię, bowiem „Hedda ...
2019-05-26 23:59:00
Destroix
Recenzja owacja
„Hedda Gabler”
tekst Henryk Ibsen, reżyseria Kuba Kowalski
„Hedda Gabler”
Teatr Narodowy w Warszawie
Czyta się 5 minut

Wiktoria Gorodeckaja, bo od niej należy zacząć omówienie, to jest jakiś obłęd. Tak totalnych aktorek nie ma wiele w Polsce. Jest zupełnie organiczna i fascynująca, mimo że gra w niby-niedobrym teatrze. Teatr Narodowy jest podobno koturnowy i ponoć promuje rutyniarskie granie. Tak słyszałem, co się nie zgadza z tym, co widziałem. Nawet Ułani, szopka krakowska w Warszawie, choć są okropnie zrobieni, są dobrze zagrani, a na pewno przyzwoicie. Zespół Narodowego to jest wielki zespół nie tylko liczbą członków.

No i w tym wszystkim, w tej konstelacji, czyli w zbiorze starsów, mocno świeci ona, litewska aktorka z Polski czy też polska z Litwy. W tej ogromnej budzie, w tej fabryce sztuki, pracuje przezdolna pani, niezepsuta swym sukcesem. Jeśli Teatr Narodowy promuje takie talenty, to oznacza tylko, że jest z nim w porządku. W Krakowie bywa inaczej, bo u nas zazwyczaj pierwsze jest nazwisko, do którego czasem dołącza też talent, ale niekoniecznie. Warszawa pod tym względem wygląda demokratyczniej oraz bardziej sprawiedliwie.

Hedda Gabler Gorodeckiej zaczyna się uwodząco, w tym znaczeniu wciągająco, i można pomyśleć, że znowu jakaś aktorka ma zamiar „czarować”, patrzeć powłóczystym wzrokiem, chodzić tak bardziej powoli, kocimi ruchami. Hedda to robi, bo jest kobietą fatalną, najpierw musi „wszystko zepsuć”, by potem było zepsute. Samo się nie zniszczy! Odkąd się tylko pojawi, wszystkich ściąga w otchłań, a najbardziej siebie, taka już dola tragicznych postaci. Hedda Gabler Ibsena sama już nie wie, co robi, pozna po owocach. Ja się jej nie dziwię, bowiem Hedda Gabler to jest dramat namiętności oraz przeznaczenia (zawsze chciałem tak napisać: „dramat namiętności oraz przeznaczenia”!), więc nie liczę na logikę.

A wiecie, co jest najlepsze? Ona się nawet tak nie nazywa! Właśnie wyszła za mąż, za sympatycznego, lecz jednak akademika, który głównie siedzi w książkach i jest średnio seksi. Pan wykładowca to znaczy: ambicja, to znaczy: nerwica. Hedda nie tylko na niego nie leci, ale również go nie kocha. Jego nazwisko przybrała tylko dla picu, tak by wyglądało. Może dlatego, że miał dostać pracę? Może dlatego, żeby nie być starą panną? Choć w tej parze to on raczej ma w zwyczaju kalkulować. Hedda głównie nie wie, po co robi to, co robi.

Teraz, po ślubie, nazywa się Tesman, ale tytuł sugeruje, że to wyłącznie przykrywka. Jest Tesmanową, ale gra Gablerkę, lub właśnie na odwrót: Heddy Gabler właśnie nie gra. Ale Hedda w wersji Gabler nie pasuje do obrazka: jest żoną jednego, a innego kocha, co zresztą dla niego, tego kochanego, nie jest najlepsza wiadomość. Gdyby Henryk Ibsen miał konto na Fejsie, zostałby wnet pouczony o swoim seksizmie. Stworzył bowiem postać żeńską, która wszystkim szkodzi, a najbardziej sama sobie, czyli pewnie chciał oczernić cały ród kobiecy.

I wtem wkracza Eilert, dawna miłość Heddy, która nie rdzewieje – Mateusz Rusin, „aktor Nekrošiusa”, filar jego ostatniego dzieła, równie mocno zdolny co Wiktoria Gorodecka. Tego już za wiele, to obraża demokrację, trzeba coś z tym zrobić. W Narodowym obsadzają według starych zasad: zdolnych do przodu. Totalnie imperialna, niesprawiedliwa, opresyjna, przemocowa metoda, głęboko nieponowoczesna. Nawet powiedziałbym dużo gorzej: WOLNORYNKOWA. Uwielbiam ją. Mateusz Rusin jest amantem w dawnym stylu, rozumiemy Heddę, że dalej go kocha, chociaż mniej, że chce go zniszczyć. Zresztą może nie chce, tylko tak jej wyszło?

Nie mogę nie wspomnieć Dominiki Kluźniak, która jest wspaniała! Gra nieszczęśnie zakochaną, bez odwzajemnienia, szkoda tej postaci, co jest zasługą aktorki: nie tylko żałujemy tej jej sierotki Marysi, lecz jej również współczujemy.

Boże, wreszcie jakiś spektakl, z którym da się porozmawiać, któremu nie trzeba robić treningu czystości i tłumaczyć, żeby robił do nocnika. Spektakl, który ma więcej niż dwa latka. Który mi mówi o jakiejś sprawie, i to jakiej – o miłości, a jego przemyślenia na ten temat są do wzięcia pod uwagę. Spektakl, o którym rozmowa nie sprowadza się do wyliczenia podstawowych błędów formalnych i umysłowych. Spektakl szanujący widza i pisarza. Jeśli chcesz się wznosić na barkach gigantów, to im lepiej nie podskakuj, bo cię szybko zrzucą.

Reżyser reprezentował kiedyś nurt postdramatyczny, miał swoją przepisywaczkę, bo tak właśnie trzeba nazwać naszych „dramaturgów”: oni nie są pisarzami, najwyżej riserczerami. No, ale już nie ma i tym lepiej na tym wyszedł. Ibsen jest lepszy od (dowolne nazwisko polskie). Sam nie przypuszczałem, że zostanę kiedyś dziadem ceniącym starocie, ale jeśli estetyka im starsza, tym lepsza, no to trudno, biorę.

To, o czym tu mówię, to kapłańska wizja sztuki, pozwoleństwo sztuce, by nie miała zobowiązań wobec swoich czasów. Wszyscy inni mają, ona jedna nie ma. Sztuka dziać się może naraz wszędzie oraz nigdzie, trochę jak msza święta… Porównaniem do mszy świętej mogę niechcący zaorać ten spektakl, który jest w dużo lepszej reżyserii niż liturgia rzymska, żeby nie było nieporozumień. Lepsze światełka i mniej osłuchane teksty. Chodzi mi o coś innego: o to, że dobre spektakle wszystkie są podobne, wszystkie wywlekają widzów z ulicy, z kapci, z Insta, i nagle chodzi tylko o ten spektakl, nic innego nie jest ważne. Patrzysz się na spektakl i nic ci więcej do życia nie jest potrzebne. Nie jesz, nie pijesz, nie chodzisz do kibla, nie notujesz w telefonie.

Dramat Hedda Gabler pierwszy raz widziałem w kinie. Jedna z bohaterek Gustów i guścików (reż. Agnès Jaoui) gra w tym Ibsenie rolę tytułową, co jest dobrą okazją, by pokazać finał, bo tak już jest, że gdy mamy teatr w filmie, dają nam ostatnią scenę i najczęściej ktoś umiera. Aktorka od Heddy (grająca w filmie aktorkę) ogólnie narzeka, jest w wiecznym kryzysie, nie ma pieniędzy, faceta i poczucia sensu, co tylko podkręca rolę i wzmacnia jej postać. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to powszechna „kondycja aktora”, że aktorstwo znaczy kryzys, oni wszyscy narzekają i mają wiecznie niełatwo. Wiedza zdobyta w terenie.

Rzadko wstaję do owacji, bowiem nie muszę – jeśli mam ochotę, robię to w recenzji.

 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!