pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści
Przekrój
Czyli rzecz o nadmiarze lęku i niedoborze nadziei, szczególnie wyostrzających się jesienią, z przewagą ...
2020-11-25 00:00:00
Paulina Wilk

Zawsze mamy siebie

Zawsze mamy siebie

Czyta się 5 minut

Który to był dzień choroby? 12., a może 14. Tej choroby, której imienia nie chcemy wymawiać, choć przecież jest wszędzie. Strach lodówkę otworzyć i do przyjaciółki zadzwonić, wszyscy wszędzie w kółko o tym samym. Albo o polityce, a nie wiadomo, co gorsze.

No więc był to raczej dzień 14. albo i 16., w każdym razie etap zaawansowany, w którym wiedziałam już, jak reagować na wewnętrzne szarpnięcia desperacji. Nauczyłam się je leczyć łagodnością. Moja codzienność została gwałtownie zredukowana, doceniałam więc małe radości: ciepłą kąpiel, spacer do dużego pokoju czy – jak tego dnia – gapienie się przez okno.

Włączyłam piosenkę, której nie słyszałam od lat, oparłam brodę na parapecie i patrzyłam z wysokiego piętra na mały świat w dole. Późne popołudnie na warszawskim osiedlu, ciemnawo. Typowa dla tej pory krzątanina nieco przygaszona: nie ma sznurka aut z dziećmi zwożonymi z zajęć pozaszkolnych, nie korkuje się wjazd na osiedle. Ale przy sieciowym spożywczym – jednym z ostatnich dozwolonych przyczółków starej normalności – ruch. Dogaszanie papierosów, poprawianie maseczek, szarpanie ciężkich drzwi, wchodzenie, wychodzenie z siatami pełnymi produktów jedzeniopodobnych, chemicznie udoskonalonych w smaku i wyglądzie. Jakaś mama czeka na dziewczynkę zaglądającą za parkan. Jakiś Hindus z plecakiem termicznym próbuje wstukać kod przy furtce. Obszczekuje go jeden z tych piesków rasy drobnej, wygrażającej światu piskliwymi groźbami i podskakiwaniem na alejce ułożonej z kostki, wiadomo, Bauma.

Nawiasem mówiąc, czy ten pan Baum istnieje? Bardzo chciałabym go poznać i powiedzieć mu, co myślę o jego durnym wynalazku, wybrzuszającym ścieżki naszej codzienności w tym i tak niełatwym do życia kraju.

Patrzyłam na małe życie w dużym mieście i choć żurawie na budowie obok pracowały, okna w blokach po drugiej stronie ruchliwej wciąż ulicy były jasno rozświetlone, w kuchniach i salonach migały sylwetki, błyszczały jaskrawe łuny telewizorów, to poczułam, że wiele się zmieniło. Gdybym miała to ująć w jednym zdaniu, powiedziałabym, że nagle zabrakło przyszłości. Wizji dotarcia na szczyt, z którego rozciągnie się piękny widok nagradzający wszystkie starania.

W powietrzu zawisł deficyt szansy na zmianę. A tym jest przecież przyszłość: obietnicą poprawy i szczęśliwego zakończenia. Może trochę buńczucznym, ale i dodającym skrzydeł prawem do robienia planów na Sylwestra już w kwietniu. Odkładaniem pieniędzy i książek na wakacje. Planowaniem czegoś innego niż to, co już znamy. Ucięło tę opcję jak siekierą. I choć wielu z nas w głębi duszy wie, że przyszłość nie istnieje, a w najlepszym razie jest palcem na wodzie pisana, to bez niej cięższe wydają się siaty ze spożywczaka, dłuższa jest droga do furtki, a przy kasie trudniej wybrać między batonikiem wielozbożowym a czekoladowym, bo jakie to – powiedzmy sobie szczerze – ma znaczenie?

Między kasłaniem, piciem wody, dmuchaniem w rurkę zanurzoną w szklance, mierzeniem temperatury, oglądaniem seriali, próbami czytania rozmazujących się liter w książkach i poprawianiem poduszek w chorobie pozostaje zdumiewająco dużo czasu na rozmyślania. Zdążyłam zaliczyć wszystkie kręgi refleksyjnych piekiełek. Atmosfera ogólna nie pomagała. Akurat, gdy kasłałam w najlepsze, spadała liczba dostępnych w szpitalach respiratorów, ulice były pełne protestujących i policjantów, z ekranów wylewał się serwowany w intensywnych barwach i mocnych słowach strumień złych wiadomości. Przyjaciele dzwonili i powtarzali, że będzie dobrze. Że wszystko, czego trzeba, zaraz przywiozą. I przywozili: wspaniałe leczo, pyszne zupy i zapiekanki, zakupy, do których dokładali laurki od dzieci i przysmaki naszego dzieciństwa na poprawę humoru. Machaliśmy sobie przez judasza albo zamienialiśmy kilka zamaskowanych zdań przez próg, ale mimo tak czułych gestów i oceanu życzliwości po obu stronach drzwi nastrój był smętny.

Odnotowałam w tym czasie jeden wyraźny atak paniki oraz stałą obecność lęku leżącego jak cegłówka na klatce piersiowej. Na początku trudno było go odróżnić od faktycznych duszności, ale nawet na to – separowanie zjawisk fizjologicznych i psychicznych – było dość czasu. Jesień wszystko rozwleka, im krótsze są dni, tym większe pole dla niepokojów i rezygnacji. Wiadomo, w listopadzie nad Wisłą jak przed świtem – najciemniej.

Wszelkie dotąd stosunkowo łatwe drogi ucieczki zostały odcięte. Podróż do ciepłych krajów albo nad polskie morze, do wód i jodów, aktualnie odpada. Na wypocenie smutku na rowerze, przepłynięcie przygnębienia na basenie będę musiała poczekać, zdaniem lekarza – do wiosny. Nie pójdę ani do teatru, ani do opery, żeby zanurzyć się w jakimś wielkim, antycznym dramacie i zapomnieć o własnych problemikach. Nie przesłonię niepewności jutra ekstazą zakupów w rażącej światłem galerii handlowej. Nie wytańczę smutku na imprezie. Próbowałam balangi online z przyjaciółmi. Są plusy: każdy przynosi własną butelkę i nikt nie musi zamawiać taksówki do domu. Tylko dlaczego większość wieczoru spędziliśmy, dołując się rozmową o wirusie, utratach i niewiadomych? To silniejsze od nas. Chcieliśmy się pośmiać, a wyszło, jak wyszło.

Po raz pierwszy w życiu wędruję więc w przeszłość i odkrywam dobroczynną moc wspomnień. Dotąd wybiegałam wprzód, do spraw jeszcze niewydarzonych i nieodwiedzonych miejsc, marzyłam albo planowałam. Słyszałam o znajdowaniu pociechy w tym, co się przeżyło i co się wie, ale odkładałam ten tryb na emeryturę. Nigdy dotąd nie patrzyłam na siebie jak na rezerwuar pamięci o wspaniałych spotkaniach, odbytych podróżach, poruszających rozmowach i lekturach. Teraz w debiutanckim zdumieniu zaczynam rozumieć, do czego służą. Na koniec beznadziejnego dnia (i co tu kryć: dość beznadziejnego roku) mamy siebie i to, co w środku. Uniwersum prywatnych zdarzeń, ocean własnej historii.

Zacieśniony lękiem horyzont nie pozwala marzyć, rzeczywista niepewność nie daje się zaplanować ani kupić. Ale okazuje się, że perspektywę można rozciągnąć w tę drugą, niefuturystyczną, stronę. Ze spraw minionych i doświadczeń wziąć spory ładunek optymizmu i otuchy. Kiedyś mawiano, że historia jest królową nauk i z niej powinniśmy czerpać, tworząc wszelkie strategie jutra, ale ten rodzaj zmyślenia stał się niemodną ramotą, odkąd zapanowała religia przyszłości i nowych technologii. Nabrałam nawyku myślenia, że wszystko, co przeżyte to przeżytek, a młode musi być lepsze. Jak wszyscy wokół, pochłaniałam wrażenia, nie dbając o ich archiwizowanie ani długoterminową wartość. Ruch naprzód był wszystkim. Nic zatem dziwnego, że pandemiczną doktrynę spowolnienia przyjmujemy jak szok – brutalne wypędzenie z ulubionej piaskownicy pełnej wciąż nowych zabawek. Nie ma się czym zająć, pocieszyć, otępić.

Czy choroba może czegoś nauczyć? Mnie zaoferowała ćwiczenia z pokory. Nie przyjmuję tej lekcji z entuzjazmem, bo nie jest łatwo hamować, odpuszczać, uznawać własną kruchość. Ale to jedna strona medalu. Drugą jest odnalezienie siły w sobie, bycie dla siebie oparciem. Gdy świat się chwieje i szwankują wszystkie filary, pozostaje jeszcze życie i to, co potrafię z nim zrobić.


Szanowni Czytelnicy! 

Czeka nas trudny i niepewny czas. Wierzymy, że wspierając się nawzajem, przetrwamy tę jesień i tę zimę, i każdą następną porę, która postawi przed nami kolejne wyzwania. Dlatego zachęcamy Was do dzielenia się swoimi doświadczeniami i opowieściami kwarantannowymi oraz strategiami przetrwania. Najciekawsze teksty będziemy publikować na naszych łamach. 

Tekst powinien mieć maksymalnie 4 tysiące znaków ze spacjami i zostać wysłany na adres internet@przekroj.pl. W temacie wiadomości prosimy o wpisanie hasła “Opowieści z czasów zarazy”. 

Z wyrazami szacunku, 

Redakcja przekroj.pl    

Piątka dla PRZEKROJU? A może dziesiątka? Wspierając Fundację PRZEKRÓJ, wspierasz rzetelność, humor i czar.

* Pola wymagane

Data publikacji:

Paulina Wilk

Paulina Wilk

Redaktorka działu Kultura i społeczeństwo w kwartalniku „Przekrój”, pisarka i publicystka zajmująca się literaturą i problematyką rozwoju globalnego. Opublikowała m.in. „Lalki w ogniu” o Indiach współczesnych oraz „Pojutrze. O miastach przyszłości”, a także serię bajek o misiu Kazimierzu dla dzieci i niezupełnie dorosłych. Współtworzy Fundację „Kultura nie boli”, centrum literackie Big Book Cafe oraz międzynarodowy festiwal czytelniczy Big Book Festival.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!