pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści
Przekrój
Mieszkańcy indonezyjskiej wyspy Sulawesi nie śpieszą się z pożegnaniem przodków. Tam śmierć ...
2020-12-11 09:00:00

Żyć, żeby umrzeć

Ceremonia pogrzebowa w Tana Toraja; zdjęcie: WiDi (CC BY-SA 4.0)
Żyć, żeby umrzeć
Żyć, żeby umrzeć

Odejście nie musi być wydarzeniem nagłym. To może być stopniowy, nawet wieloletni proces, w którym jest czas na spędzanie ze zmarłym nocy, a także wspólne rozmowy i posiłki. Społeczność Tana Toraja daje sobie czas, by wyprawić nieboszczykowi godne pożegnanie i pogodzić się z jego śmiercią.

Czyta się 10 minut

Kiedy zmarła moja babcia, miałam 11 lat. Z mojego pokoju, w którym mieszkała w ostatnich latach życia, chorując na alzheimera, przeniosła się do salonu. Pięknie ubrana, czekała na gości w swojej trumnie. Sąsiedzi, głównie ubrane w dostojną czerń kobiety, przychodzili, by odmówić przy niej Różaniec, pośpiewać i przytulić moją mamę. Kiedy wychodzili, brałam stołek, siadałam koło babci, gładziłam jej zimne dłonie albo czoło i śpiewałam jej piosenki z żółtego Śpiewnika na całe życie tak jak wtedy, kiedy jeszcze żyła. Moja mama cicho wtedy płakała gdzieś na drugim planie, może w kuchni, a ja czułam, że to były dobre łzy, więc nie przerywałam. Zdziwiłam się, kiedy trzeciego dnia rano szczęka babci opadła. Tata – lekarz – wytłumaczył, że to normalne, i obwiązał jej żuchwę bandażem. Tego dnia ubrałam się w lakierki i szary płaszcz, był listopad. Ponieśliśmy babcię z domu do kościoła, a potem na cmentarz.

To wszystko wydawało mi się całkowicie naturalne, jednak kiedy opowiedziałam o tym koleżankom ze szkoły, zobaczyłam w ich twarzach obrzydzenie: „Spaliście ze zmarłą w domu przez trzy dni?”. Zrobiło mi się wstyd, jakbyśmy byli poganami przywiązanymi do jakiejś zupełnie przebrzmiałej już tradycji.

Oszałamiający pogrzeb

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Gdybyśmy żyli w społeczności Tana Toraja, w górzystym sercu indonezyjskiej wyspy Sulawesi, moja zmarła babcia mieszkałaby z nami przez kilka miesięcy, a może lat. Przez ten czas przygotowywalibyśmy jej godny pogrzeb, przynosilibyśmy jej posiłki i herbatę, na noc kładlibyśmy się obok niej, by nie czuła się samotna. Według tradycyjnej religii Aluk Todolo (Drogi Przodków) byłaby po prostu chora, a chorymi trzeba się opiekować. Naprawdę umarłaby dopiero wtedy, kiedy ubilibyśmy pierwszego bawołu.

Śmierć u Toradżów to najbardziej celebrowane wydarzenie w życiu, a pogrzeby są oszałamiające. Te największe – członków najzamożniejszych rodzin – mogą trwać kilka dni i gościć kilka tysięcy osób. Obok barwnych tradycyjnych domów tongkokan, które swoją konstrukcją przypominają łodzie, a może rogi bawołu – najważniejszego ze zwierząt – w czasie miesięcy przygotowań powstają całe bambusowe miasteczka, w których rodzina będzie przyjmować i karmić gości. Podczas ceremonii na centralnym placu poświęcane są zwierzęta, trwa krwawy publiczny ubój specjalnie hodowanych na ten cel bawołów oraz dziesiątek, a czasem nawet setek świń. Śpiewa się żałobne pieśni i tańczy specjalny taniec (badong), pije wino palmowe, pali papierosy. Bywa, że organizowane są walki byków, czasem nawet z zakładami, oraz walki sisemba’, czegoś w rodzaju kick-boxingu. W bambusowych pawilonach goście rozmawiają, śmieją się, wspominają zmarłego, nudzą się, przeglądają Facebooka, na którego wrzucają zdjęcia z ceremonii, poznają się i flirtują. To wielkie społeczne wydarzenie. Turyści, których Toradżowie chętnie goszczą na swoich ceremoniach, zgodnie z zasadą, że im więcej gości, tym lepiej, dostają nawet specjalne pawilony. Od swoich przewodników często słyszą: „W Tana Toraja żyje się, aby umrzeć”.

Czuję jednak, że zdanie to jest zbyt mocne, by było prawdziwe i jakoś spłyca całą sprawę. Pytam o nie prof. Kathleen Adams, amerykańską antropolożkę, która przez kilka lat prowadziła na wyspie badania. „Rzeczywiście Toradżowie często tak mówią – do turystów. Należy zatem umieścić ich zdanie we właściwym kontekście. Toradżowie mówią wtedy tak naprawdę: wy wydajecie pieniądze na podróże i poznawanie różnych zakątków świata, a my na pogrzeby, na to, by odpowiednio pożegnać tych, których kochamy”.

Każdy rodzi się z długiem

Koszty pogrzebu mogą być niewiarygodnie duże – jeden bawół, zależnie od umaszczenia, kształtu rogów i innych cech, może kosztować od 500 do nawet 10 tys. dolarów. Zgodnie z dawnymi wierzeniami towarzyszy on zmarłemu w drodze do puya, królestwa dusz. Im więcej bawołów zostanie ubitych w czasie ceremonii, tym lepiej będzie się zmarłemu wiodło w zaświatach. I choć tradycyjną religię Aluk Todolo wyznaje zaledwie 4% Toradżów, a niemal 90% z nich to katolicy i protestanci (wyjątek w muzułmańskiej Indonezji), którzy nie wierzą w znaczenie uboju rytualnego dla pośmiertnego życia, to tradycja jest tu wciąż żywa. Do ceremonii, która niemal niczym nie różni się od oryginalnej, synkretycznie wplatają chrześcijańskie modlitwy, duchownych, dodają mszę.

Na opłacenie pogrzebu składają się bliscy i dalecy krewni, przyjaciele, znajomi. To forma podziękowania zmarłym za opiekę, którą otaczali ich za życia. Pogrzeby najzamożniejszych służą z jednej strony potwierdzeniu ich statusu, z drugiej – redystrybucji dóbr. Jak podkreślają Toradżowie, nigdzie na świecie biedni nie jedzą tyle mięsa, rozdawanego w formie posiłków, a czasem też na wynos. Pogrzeby tworzą system zależności i długów: jeśli ktoś przyprowadzi świnię na pogrzeb mojej babci, gdy nadejdzie czas, będę musiała odpłacić się świnią, a najlepiej dwiema. „Każdy tutaj czuje, że ma dług: wobec swoich matek – za trudy porodu, ojców – za trudy wychowania. Stąd pragnienie, by urządzić bliskim wielki, drogi pogrzeb, nawet jeśli to oznacza zadłużenie” – mówi mi Adams. A co, jeśli jesteśmy ubodzy i nie stać nas na wybujałą celebrację? Jak tłumaczy mi Michaela Budiman, szefowa Wydziału Studiów Indonezyjskich na Uniwersytecie Karola w Pradze, jeden z ostatnich mędrców i znawców religii, dziś już nieżyjący, powiedział jej, że to nie szkodzi – wystarczy, że poświęcimy jajko. Ważne, byśmy dla zmarłego zrobili wszystko, co w naszej mocy, nawet jeśli to oznacza skromną ceremonię po kilku dniach od śmierci.

Dzisiaj Toradżowie zdają się o tym nie pamiętać. Przez ostatnie 50 lat, od kiedy na wyspie pojawili się turyści (w latach 80. i 90. przyjeżdżało tu nawet 200 tys. osób, gdyż Tana Toraja była drugą gorącą atrakcją Indonezji, tuż po Bali), a członkowie społeczności zaczęli na dużą skalę migrować w celach zarobkowych, pogrzeby cechuje przepych. Te największe, dawniej organizowane tylko przez niegdysiejszą elitę, stały się udziałem również klasy średniej i okazją do tego, żeby się pokazać, tak jak u nas niejednokrotnie bywa w przypadku wesel.

Czuły kontakt

Choć rytuały pogrzebowe są fascynujące, bardziej ciekawi mnie to, co dzieje się w toradżskich domach przed i po. Jest tu bowiem miejsce na czuły kontakt ze zmarłym. Budiman mówi mi, że używają takiego porównania: „Gdyby pogrzebać zmarłego tuż po śmierci, to tak, jakby nadleciał jastrząb i go porwał”. Nie byłoby czasu na pogodzenie się, pożegnanie. Toradżowie nie uważają, że wraz ze śmiercią kończy się emocjonalna relacja z osobą, która odeszła.

Gdy ktoś umiera, jego ciało najpierw zostaje zabalsamowane – od lat 60. XX w. za pomocą roztworu formaldehydu (dawniej wykorzystywano mieszankę oleju z orzechów palmy areka, liści cytrusowych i liści drzewa jambu batu). Dzięki temu nie wydziela żadnego zapachu, po prostu powoli się wysusza, mumifikuje. Następnie kładzie się je w jednym z pomieszczeń domu, gdzie można przyjść w odwiedziny, porozmawiać, przynieść posiłek. Krewni zmieniają się co noc, by zmarły, którego nazywają chorym – makula’ – nigdy nie został sam. Ciało czeka na pogrzeb, który wymaga ogromnych logistycznych przygotowań. Ale nikt się nie śpieszy.

Reporterskie zdjęcia Briana Leh­manna pokazują martwą dziewczynkę, którą przytulają kuzyni. Mamę, której córka niesie obiad i herbatę. Zabalsamowane ciało czyszczone pędzlem z zeschniętej skóry. Gdy nadejdzie czas, najbliższa rodzina przychodzi się pożegnać, obdarować czymś na drogę. „Nie boimy się martwego ciała, bo nasza miłość do przodków jest silniejsza niż śmierć” – mówi jeden z Toradżów w mikrodokumencie National Geographic.

Później – po balsamowaniu i czasie oczekiwania – następuje ceremonia, która kończy się złożeniem ciała w skalnym grobie, powstałym w wyniku erozji lub specjalnie wykutym na tę okazję. Jak mówi w swoim wystąpieniu TED Kelli Swazey, antropolożka, żona Toradża: „Śmierć to nie pojedyncze wydarzenie, tylko stopniowy, społeczny proces”. Amanda Bennett, amerykańska dziennikarka, która przyjechała do Tana Toraja po tym, jak jej mąż zmarł na raka, w artykule dla „National Geographic” pisze: „Amerykanie gloryfikują medycynę i leki, ale obawiają się śmierci, którą uznają za porażkę technologii lub woli. To sprawia, że większość [z nich] umiera w instytucjach, choć deklaruje, że wolałaby spokojnie, w domu”. I pyta: „Co, gdybyśmy – tak jak Toradżowie – dali sobie tyle [czasu], ile nam trzeba, by pogodzić się ze stratą we własnym tempie?”.

Złożenie ciała w grobie to wcale nie koniec. Po latach Toradżowie organizują ma’nene, tzw. drugi pogrzeb. Wyciągają zmarłego z grobu, potem z trumny, czyszczą ciało, przebierają w nowe ubrania. Czasem wydobywają kilku zmarłych jednocześ­nie. To okazja do spotkania rodziny, wspominek, a dla niektórych, młodszych członków rodziny – poznania przodków, którzy zmarli przed ich przyjściem na świat. Mąż Swazey pamięta, jak bawił się obok wyjętego z grobu, zabalsamowanego ciała swojego dziadka. To była dla niego naturalna rzecz.

Dajmy sobie czas na rozpacz

Jeszcze w latach 80., gdy Adams zaczęła przyjeżdżać do Toradżów, ma’nene było ceremonią zarezerwowaną dla rodziny. Selfie z wyciąg­niętym z czerwonej trumny zabalsamowanym dziadkiem to nowość. Podobnie jak przywiązywanie zmarłych do kolumn czy bambusowych kijów – słynne fotografie tych scen, po których ziemię Toradżów zaczęto w Stanach nazywać „krainą zombi”, można łatwo znaleźć w Internecie. Dzisiejsze ma’nene gromadzą też znacznie więcej ludzi i są reklamowane wśród turystów. Globalizujący się świat modyfikuje dawne tradycje. Zdjęcia zmarłych tuż po śmierci, nawet ze szpitala, szybko pojawiają się na Facebooku. W ten sposób wśród rozpierzchniętej po świecie społeczności Toradżów rozchodzi się wieść: szykujcie się na podróż.

Gdy miałam 30 lat, nagle zmarł mój przyjaciel, rówieśnik. Serce stanęło mu na parkingu pod Castoramą. Na miejscu zobaczył go tylko jego ojciec – matce, żonie i nam wszystkim musiał wystarczyć telefon: „M. nie żyje”. Zobaczyliśmy go po trzech dniach w zimnym, dziwnie pachnącym domu pogrzebowym. W ślubnym garniturze, woskowego. Mam wrażenie, że to spotkanie w miejscu, które nie należało do nikogo z nas, tylko odrealniło jego śmierć. Zaraz potem został skremowany.

Podobnie jak Bennett zastanawiam się, co by było, gdybyśmy dali sobie więcej czasu na żal, smutek, rozpacz, ciepłe wspomnienia, śmiech, a nawet przebywanie z ciałem zmarłego. Wiem, że długi czas żałoby i przygotowań nie oznacza wcale, że Toradżowie nie cierpią, nie płaczą. W rytuałach jest miejsce i na to. Jednak wszyscy antropolodzy piszą o tym, że Toradżowie postrzegają śmierć jako nieodłączny element życia i w związku z tym ją akceptują. Pewnie wciąż się jej boją, ale jej nie wypierają. To część naszej historii, historii istnienia każdego organizmu. To przecież oczywiste.

Nie sądzę, żeby taka formuła celebracji śmierci mogła się gdziekolwiek przyjąć. Zresztą taki przeszczep nie miałby sensu. Ale coś z kultury Toradżów moglibyśmy dla siebie zabrać. Może więcej rozmawiać o śmierci, by nie była takim strasznym tabu? Na przykład powiedzieć kiedyś przy stole, jak i gdzie chcielibyśmy umrzeć? Bo przecież dziś do pewnego stopnia możemy o tym decydować. Czy na pewno życzylibyśmy sobie, żeby nasze ciała utrzymywano przy życiu za wszelką cenę? Czy chcielibyśmy być skremowani?

Może przydałaby się nam też większa łączność ze śmiercią, od której teraz błyskawicznie separujemy się wynajętymi do jej obsługi ludźmi. A co, gdyby nie zabierano nam zmarłego od razu do kostnicy, sprzed naszych oczu? Gdybyśmy sobie na niego popatrzyli, pobyli z nim trochę? Może nawet spali pod jednym dachem jedną noc albo i trzy? Pogładzili zimną skórę i mu pośpiewali?


Informacje do tekstu pozyskałam z rozmów z Kathleen Adams, antropolożką i wykładowczynią na Loyola University Chicago, oraz Michaelą Budiman, szefową Wydziału Studiów Indonezyjskich na Uniwersytecie Karola w Pradze. Korzystałam też m.in. z jej książki Contemporary Funeral Rituals of Sa’dan Toraja. From Aluk Todolo to New „Religions” (Charles University in Prague, 2013), książki Kathleen Adams Art as Politics: Re-Crafting Identities, Tourism, and Power in Tana Toraja, Indonesia (University of Hawaii Press, 2006) oraz kilku jej artykułów naukowych, a także z tekstu Amandy Bennett When Death Doesn’t Mean Goodbye opublikowanego na łamach „National Geographic” (2016) oraz z jej wystąpienia na TED MED 2013, a ponadto z wystąpienia TED antropolożki Kelli Swazey (2017), której mąż pochodzi z Tana Toraja.

Data publikacji:

Maria Hawranek

Niezależna reporterka, z radością pisze i rozmawia o przyrodzie i człowieku. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i bycia w lesie. Szuka mądrości i spokoju, a po drodze często się gubi. Współautorka książek „Tańczymy już tylko w Zaduszki” (2016) i „Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju” (2018).

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!