pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

 

Kup sobie letni spokój. Bez wychodzenia z domu i bez kosztów przesyłki na terenie całej Polski.

Kup numer letni

Numer letni (3/2020) dostępny jest także w pakiecie z numerem wiosennym (2/2020) za dodatkową złotówkę, bez dodatkowych kosztów wysyłki na terenie Polski.

Kup numer letni i wiosenny
Przekrój
Czyli pięć meczów, które trzeba zobaczyć, nim skończy się pandemia. Poleca
2020-05-29 00:00:00
kultura fizyczna

Zagraj to jeszcze raz, Sam

Camp Nou w Barcelonie, Hiszpania, zdjęcie: Alessio Patron/Unsplash
Zagraj to jeszcze raz, Sam
Zagraj to jeszcze raz, Sam

Jeśli jesteś prawdziwym kibicem, powinieneś je znać i umieć na wyrywki o nich opowiadać, nawet obudzony środku nocy. Jeśli kibicem nie jesteś, a futbol nie kojarzy ci się z niczym (a przynajmniej z niczym przyjemnym), po obejrzeniu tych meczów pokochasz ten sport. Oto pięć najważniejszych i najlepszych meczów piłkarskich, które każdy powinien zobaczyć.

Czyta się 9 minut

To ostatnie chwile, by oglądać sport z odtworzenia. W większości europejskich krajów trwają przygotowania do odmrażania sportu, a w Niemczech piłkarska liga nawet już wznowiła rozgrywki. Na razie bez udziału kibiców, z całą masą obwarowań i obostrzeń (piłkarzom nie wolno przybijać „piątek” po strzelonych golach, a rezerwowi siedzą w maseczkach na trybunach). Więc nawet ci, którzy stęsknili się niemiłosiernie za sportem w czasach społecznej izolacji i lockdownu, oglądają jednak te mecze z poczuciem, że dostają produkt wybrakowany. Tymczasem opisanym poniżej spotkaniom nie brakuje absolutnie niczego.

1. RFN – Włochy 3:4 (po dogrywce); półfinał mistrzostw świata 1970

Wpisując w Google’a hasło „mecz stulecia”, zostajemy przekierowani na wiele stron opowiadających o tym właśnie spotkaniu. Na stadionie, na którym zostało rozegrane – Azteca w stolicy Meksyku – umieszczono specjalną metalową tablicę pamiątkowa, na której wyryto wynik i podpis „mecz stulecia”. Umieszczenia jakiejś pamiątki po nim meksykańskie media domagały się już nazajutrz po zakończeniu półfinału. Nie wysłuchano jednak próśb tamtejszych dziennikarzy, by nie podawać rezultatu, bo „w tym meczu nie było przegranych”. Do ikonografii przeszły zdjęcia Franza Beckenbauera, kapitana Niemców, który doznał w tym meczu kontuzji barku i grał z prawą ręką na temblaku zrobionym prowizorycznie z szalika, walcząc z okrutnym bólem.

Na miano meczu stulecia półfinał meksykańskiego mundialu zasłużył jednak dopiero dzięki dogrywce, w której padło aż pięć goli.

W regulaminowym czasie był remis 1:1 i nie było to jakoś specjalnie porywające widowisko. Już w ósmej minucie Roberto Boninsegna wyprowadził Włochów na prowadzenie i przez następne 82 minuty zawodnicy trenera Ferruccio Valcareggiego zajmowali się tym, co tak dobrze im wychodziło, a co doprowadzało do szewskiej pasji kibiców i rywali, czyli grą defensywną, marnowaniem czasu i małymi złośliwościami, które uchodziły uwadze sędziego. Dopiero w jednej z ostatnich akcji obrońca RFN Karl-Heinz Schnellinger zdobył swoją jedyną bramkę w reprezentacji.

Piłkarze zostawili najlepsze na dodatkowe 30 minut. Grające drużyny na przemian obejmowały prowadzenie, za każdym razem jednak rywale doprowadzali do wyrównania. Decydującego gola Włosi zdobyli zaledwie 14 sekund po tym, jak stracili bramkę po strzale Gerda Mullera. Niemcy próbowali jeszcze doprowadzić do remisu, ale zabrakło im czasu. Gdyby spotkanie skończyło się rezultatem 4:4 o awansie do finału, w którym już czekała Brazylia decydowałby rzut monetą, ówczesny regulamin nie przewidywał bowiem rzutów karnych. Pewnie także dlatego obie strony tak parły do rozstrzygnięcia – nikt nie chciał się zdać na ślepy los.

Selekcjoner Niemców Helmut Shön od razu po końcowym gwizdku nie krył zachwytu widowiskiem, mimo iż przecież jego drużyna przegrała i straciła szansę na tytuł.

– Przeżyłem niezwykle wiele, ale ten mecz przebił wszystko – mówił na konferencji prasowej. W finale Włosi zostali rozbici przez Pelego i spółkę aż 4:1.

ilustracja: Daniel de Latour
ilustracja: Daniel de Latour

2. AC Milan – Liverpool 3:3, w rzutach karnych 2:3; finał Ligi Mistrzów 2005

To być może największy wkład Polski w światowy futbol. Nie da się bowiem opowiadać o tym meczu bez wspominania o jednym z jego głównych bohaterów – Jerzym Dudku. Bramkarz Liverpoolu rodem z Rybnika, syn górnika, mąż Mirelli, był największą gwiazdą serii rzutów karnych. Nie mając nic do stracenia i zachęcony przez kapitana drużyny Stevena Gerrarda, postanowił za wszelką cenę rozpraszać szykujących się do wykonania jedenastki rywali. Dudek więc tańczył na linii, wymachiwał ramionami, a piłkarze Milanu spudłowali aż trzy rzuty karne. Zachowanie polskiego bramkarza przeszło do historii jako „Dudek’s Dance” i do dziś jest punktem odniesienia, gdy bramkarz próbuje wywrzeć presję na strzelcu.

By jednak w ogóle do popisów tanecznych doszło, Dudek musiał wykazać się niesamowitym refleksem pod koniec dogrywki, w 117. minucie. Jego dwie interwencje po strzałach czołowego napastnika świata, Ukraińca Andrija Szewczenki – ta druga z odległości raptem kilku centymetrów, czysty instynkt – umożliwiły w ogóle konkurs rzutów karnych. Szewczenko tamtego wieczora w Stambule mile z pewnością nie wspomina, bo to on przestrzelił decydującą jedenastkę.

A wszystko tamtego dnia tak dobrze się dla Milanu zaczęło. Włosi schodzili na przerwę, prowadząc aż 3:0 – pierwszego gola strzelili, nim minęło 60 sekund od pierwszego gwizdka. Wydawało się, że losy tego najcenniejszego trofeum w klubowej piłce są rozstrzygnięte. Tylko cud mógł uratować Liverpool. I chociaż piłkarze Rafy Beniteza schodzili do szatni przy ogłuszających śpiewach kibiców, to wydawało się, że jest to wyłącznie dobra mina do złej gry. Milan był bowiem stroną zdecydowanie silniejszą, a wynik mógł i powinien być jeszcze wyższy.

I w Stambule faktycznie nastąpił cud – Anglicy zdobyli trzy gole, w odstępie zaledwie sześciu minut. W dodatku strzelili je Włochom – tym słynącym z gry obronnej, lubującym się w defensywie, taktycznym geniuszom. Trener Milanu, Carlo Ancelotti, mówił później:

– Z naszej strony to było sześć minut szaleństwa.

ilustracja: Daniel de Latour
ilustracja: Daniel de Latour

3. Argentyna – Anglia 2:1, ćwierćfinał mistrzostw świata 1986

Większość spotkań z tej listy należy obejrzeć ze względu na ich niesamowitą dramaturgię, zmieniającą się jak w kalejdoskopie sytuację na boisku, zwroty akcji i wielki zespołowy wysiłek. Istnieją jednak takie mecze, które powinno się zobaczyć wyłącznie dla jednej postaci. I do tej kategorii należy oczywiście ćwierćfinał mistrzostw świata w 1986 r. Ten mecz bowiem był popisem jednego aktora – Diego Maradony.

Zdarzało się oczywiście, że piłkarze strzelali więcej goli w jednym spotkaniu, niż te dwa trafienia boskiego Diego przeciwko Anglikom. Chociażby nasz Robert Lewandowski potrafił pięć razy pokonać bramkarza Wolfsburga w meczu ligowym. Jeśli kogoś nie przekonuje stawka, jeśli zwykłe spotkanie w Bundeslidze to dla niego za mało, to w meczu Ligi Mistrzów z Realem Madryt Polak trafił cztery razy. Jednak tylko Maradona był zdolny do tego, by w jednym meczu strzelić dwa najsłynniejsze gole wszech czasów.

Pierwszy był najsłynniejszym oszustwem w dziejach futbolu, drugi być może największym momentem geniuszu w historii piłki nożnej, a oba dzieliły zaledwie cztery minuty. Najpierw wyskoczył do strzału głową, ale zabrakło mu kilku centymetrów, więc pomógł sobie ręką. Na tyle sprytnie, że nie zauważył tego sędzia (spotkanie prowadził Ali Bin Nasser z Tunezji), na tyle jednak też ślamazarnie, że widzieli to wszyscy pozostali, zarówno ci na stadionie, jak i przed telewizorami. Powtórki telewizyjne nie pozostawiały żadnych wątpliwości. Liczyła się jednak wyłącznie ocena sytuacji tunezyjskiego sędziego. Po meczu Maradona powiedział, że strzelił tego gola „trochę głową, a trochę z pomocą ręki Boga”. Nikogo innego na świecie nie byłoby stać na tak bezczelne i jednocześnie tak genialne wytłumaczenie. Dziś ten gol znany jest oczywiście jako „ręka boga”.

Jeśli jednak Diego zgrzeszył – to 240 sekund później swoje winy odkupił, przeprowadzając najbardziej spektakularny rajd w historii finałów mistrzostw świata, a być może całego futbolu. To był gol rodem z podwórka – Maradona rozpoczął akcję jeszcze na własnej połowie i mijając kolejno sześciu Anglików, wpadł w pole karne, obiegł bramkarza Petera Shiltona i wpakował piłkę do siatki. Ta bramka też doczekała się przydomka – znana jest jako „gol stulecia”.

Argentyna oczywiście wygrała tamte mistrzostwa, zdobywając swój drugi i do dziś ostatni tytuł. Nawet Leo Messi nie potrafił powtórzyć wyczynów Maradony.

ilustracja: Daniel de Latour
ilustracja: Daniel de Latour

4. Manchester United – Bayern Monachium 2:1; finał Ligi Mistrzów 1999

Jednym z najsłynniejszych bon motów w historii piłki nożnej jest powiedzenie angielskiego napastnika Gary’ego Linekera: „futbol to taka gra, w której 22 facetów biega za piłką, a na końcu wygrywają Niemcy”. I tak faktycznie niemal zawsze było – Niemcy słynęli z niezbyt efektownego, ale do bólu efektywnego stylu. Jeśli ktoś miał wygrać po bramce w ostatniej minucie albo w doliczonym czasie gry to właśnie Niemcy. Jeszcze do niedawna piłkarscy eksperci, mówiąc o Niemcach, nie mogli się powstrzymać, by nie dodać, że „oni zawsze grają do końca”. Leo Beenhakker, Holender, który prowadził przed dekadą reprezentację Polski, mawiał, że zwycięstwa z nimi można być pewnym, „dopiero gdy siedzą w autokarze”. A żaden klub nie obrazował lepiej wszystkich tych powiedzonek niż Bayern Monachium. Nawet Niemcy mówili, że Monachijczycy mają „dusel”. To nieprzetłumaczalne słowo oznacza coś w rodzaju niezasłużonego szczęścia.

A jednak w majowy wieczór w Barcelonie w 1999 r., na magicznym stadionie Camp Nou, wszystkie te przesądy wzięły w łeb. Bayern przegrał z Manchesterem United w najbardziej nieniemiecki sposób, jaki można sobie wyobrazić, tracąc dwa gole w doliczonym już czasie gry – pierwszego w 91., drugiego, decydującego, w 93. minucie. Oba strzelili wprowadzeni w drugiej połowie rezerwowi, oba padły po rzutach rożnych i serii niewytłumaczalnych wręcz pomyłek niemieckich obrońców.

Bayern nie dość, że objął prowadzenie po strzale Mario Baslera z rzutu wolnego już w szóstej minucie meczu, to jeszcze miał kilka znakomitych okazji. Szczególnie pod koniec spotkania, gdy Anglicy rzucili już wszystko na jedną szalę i atakowali bez opamiętania, zapominając o obronie. Najpierw piłka odbiła się od słupka po strzale Mehmeta Scholla, a później w poprzeczkę trafił uderzeniem nożycami Carsten Jancker. Gdyby to był normalny wieczór, a nie jakieś zawirowania pola magnetycznego i plamy na słońcu, Niemcy trafiliby do siatki, ustalili rezultat spotkania i ze spokojem oczekiwali na końcowy gwizdek. Ale tamtego dnia nic nie się nie działo wedle odwiecznego porządku wszechświata.

ilustracja: Daniel de Latour
ilustracja: Daniel de Latour

5. Amica Wronki – Aluminium Konin 5:3 po dogrywce; finał Pucharu Polski 1998

To klasyka gatunku – być może jedno z najsłynniejszych polskich spotkań wszech czasów. Finał Pucharu, w którym Amica Wronki zapewniła sobie pierwsze w krótkiej historii klubu trofeum. Najważniejszą postacią nie był jednak żaden z piłkarzy ani trener Wojciech Wąsikiewicz. Najważniejszy był, figurujący w protokole meczowym jako kierownik drużyny, Ryszard Forbrich, który do historii naszego futbolu trafił pod pseudonimem „Fryzjer”, dość powszechnie był też znany jako Ryszard F.

Mieszkaniec wielkopolskiego miasteczka, znanego głównie z tego, że na jego terenie działa duży zakład penitencjarny, był hersztem mafii ustawiającej mecze w polskiej lidze. To „Fryzjer” (pseudonim wziął się od tego, że zanim się zajął piłką nożną, prowadził zakład fryzjerski) pociągał za wszystkie sznurki, to jemu raportowali sędziowie, obserwatorzy, a także trenerzy i inni organizujący korupcyjny proceder w Polsce. „Fryzjer” został skazany prawomocnym wyrokiem za handel meczami.

Mecz z drugoligowym Aluminum jest ważny dlatego, że odbył się na bardzo wysokim szczeblu i był transmitowany przez telewizję. Wszyscy kibice w Polsce mogli więc obserwować, jak sędzia Marek Kowalczyk z Lublina popełnia kuriozalne błędy i jak stara się wlepić jak najwięcej kartek piłkarzom z Konina: skończył na sześciu żółtych i jednej czerwonej, a przy stanie 2:1 dla Aluminium podyktował rzut karny dla Amiki.

A jednak oficjalnie finał Pucharu Polski z 1998 r. nie znajduje się na liście ustawionych meczów. Wszystko dlatego, że dopiero w 1 lipca 2003 r. wprowadzono zmiany w prawie i dodano zapis o karaniu za korupcję w sporcie. Prokuratura zajmowała się wyłącznie meczami sprzedanymi po tej dacie.

Jednym ze świadków, który zeznawał w sprawie korupcji w klubie z Wronek, był Paweł K., były napastnik Amiki i reprezentacji Polski. Mówił on wówczas: „Pamiętam meczu finału Pucharu Polski Amica Wronki – Aluminium Konin. To był słynny mecz. Nie mam wątpliwości, że to był mecz ustawiony. Słyszałem, że tam była niejaka licytacja między klubami, kto da więcej sędziemu. Z tego, co słyszałem, na sędziego poszło wtedy z Amiki 150 tys. zł. Pamiętam, że po tym meczu była wśród zawodników Amiki składka. Płaciliśmy pieniądze z premii za zdobycie tego tytułu. Nie pamiętam, czy fizycznie płaciliśmy pieniądze, czy też były nam potrącone. To organizował Ryszard F.”.

Jeśli więc ktoś chciałby zobaczyć, jak się ustawiało mecz, jak się kupowało sędziego i jak on drukował na rzecz tych, którzy zapłacili więcej, powinien jak najszybciej odpalić to spotkanie. Piłkarze Aluminium już w przerwie wiedzieli, że nie wygrają trofeum. Nie chcieli grać drugiej połowy meczu, ale zostali do tego zmuszeni.

ilustracja: Daniel de Latour
ilustracja: Daniel de Latour

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!