Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Zakwieciło, zabzyczało – wiosna!

W wiosennym „Przekroju” kwiaty, zapylacze, dużo miodu i jeszcze więcej wody. Z okazji wiosennych porządków piszemy sporo o ładzie i bałaganie. Zagłębiamy się w historię Celtów, a także przenosimy się w przyszłość i sprawdzamy, co świat – i nas – czeka już za jakiś czas. Do tego sporo rozmyślamy o nieśmiertelności i z uwagą pochylamy się nad (ludzką i nie tylko) uczciwością. ​​

Wiosenny „Przekrój” już jest!

Aż 220 stron do czytania przez trzy miesiące. „Przekrój” w nowym formacie jest wygodniejszy do przeglądania i idealnie mieści się w skrzynce pocztowej. Zamów i ciesz się lekturą – tylko tutaj w niższej cenie. Sprawdź!

Przekrój
O niespodziewanych skutkach uprawiania ogródka i zanurzania rąk w ziemi, czyli o tym, jak praca z ...
2021-06-18 09:00:00
zdrowe życie

Z pamiętnika działkowiczki

„Ogród warzywny”, Willem Witsen, 1885-1922; źródło: Rijksmuseum
Z pamiętnika działkowiczki
Z pamiętnika działkowiczki

Uprawa ogródka nie jest wyłącznie pracą fizyczną. Kontakt z ziemią, obserwowanie nieokiełznanego życia roślin i zwierząt może okazać się dla nas doświadczeniem, które pozwoli nam inaczej spojrzeć na relacje człowieka z naturą, a także z innymi ludźmi.

Czyta się 16 minut

Gdy w październiku ubieg­łego roku przekopywałam działkę, zawołał mnie Peter, mój sąsiad, starszy pan w beżowych skarpetach medycznych, przed którym dosyć enigmatycznie przestrzegało mnie kilka osób. Żeby usłyszeć, co mówi, wyjęłam słuchawkę z ucha i zatrzymałam audiobook w pół zdania. Jego maliny wypuściły mnóstwo pędów i zastanawiał się, czy nie chciałabym kilku. Spojrzałam w stronę tych malin i zobaczyłam, że zajęły sporą część działki. Usunięcie sześ­ciu czy siedmiu sadzonek, które mi proponował, nie zmniejszyło znacząco ich liczebności. Zastanawiałam się, czy chce mieć aż tyle malinowych krzewów, czy artretyzm uniemożliwia mu okiełznanie wyrastających nieustannie pędów, czy może kieruje się jakimiś innymi względami. Jeszcze nie zdecydowałam, gdzie posadzę maliny ani nawet czy w ogóle je chcę, lecz – nie po raz pierwszy – przystałam na propozycję Petera, wyjęłam z ucha drugą słuchawkę i poszłam za nim, żeby obejrzeć rośliny.

Wydzierżawiłam tę zarośniętą działkę kilka miesięcy wcześniej, zaraz po przeprowadzce do nadmorskiego miasteczka nieopodal Londynu, niegdyś tętniącego życiem, lecz teraz już właściwie zapomnianego.

Peter zjawia się na działce codziennie wieczorem na pół godziny przed zachodem słońca, by zebrać warzywa liściaste i korzeniowe na kolację. Pytałam go, co gotuje, ale odpowiada, że właściwie nie gotuje, tylko przyrządza warzywa i coś do nich dodaje. Obierki zachowuje, by rzucić je na kompost – i to jest wszystko, co stosuje do użyźniania gleby, mówi zapytany o nawozy. Mój sąsiad uczestniczy w cyklach wzrostu, rozkładu, dojrzewania i odnowy na swojej działce, a działka żywi mojego sąsiada. Stał się częścią swojego ogrodu i występuje w jego imieniu. Gdy myślę o Peterze, przypominają mi się teorie na temat życia posthumanistycznego. Granica między jego strategią a strategią ziemi i roślin zaciera się. Ich działania zbiegają się i nie sposób ich od siebie oddzielić… „Międzygatunkowy proces stawania się w toku interakcji” (Rosi Braidotti).

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Sama też staję się częścią tej roślinnej sieci.

Po zbiorach Peter łuska nasiona na kolejny rok. Na początku listopada odłożył dla mnie pokaźną ilość wysuszonego bobu i grochu, które zapakował do starych worków po mące. Nosił je przez kilka tygodni, czekając, aż nasze ścieżki się skrzyżują. Zasiałam nasiona i teraz rośliny mają prawie pół metra, a ja zabezpieczam młody groszek przed gołębiami. Peter daje mi różne rzeczy z dobrego serca, ale też po to, by nie marnować darów ziemi. Nie tylko on. W ubiegłym roku inni działkowicze i ogrodnicy obdarowali mnie ośmioma krzaczkami dyni oraz cukinii, sześcioma sadzonkami fasoli, torbą zielonych papryk, malinami, truskawkami, figami, nasionami czosnku olbrzymiego, cebulkami szczypiorku czosnkowego, nasionami malwy, małą leszczyną, pięcioma porami, selerem, brukselką i pękiem fioletowych brokułów. Ziemia jest bardzo hojna, więc my również powinniśmy być szczodrzy – w przeciwnym razie zasypią nas gnijące warzywa. Dałam się wciągnąć do tej sieci: robię dżem morelowy z owoców drzewa posadzonego na mojej działce 20 lat temu i rozdaję słoiki, by odwdzięczyć się za naręcza darów.

* * *

Wyczuwa się napięcie między poszczególnymi działkami a częścią wspólną. Z jednej strony – jak wnioskuję na podstawie zapisków w swoim dzienniku – możliwość autoekspresji jest tu spora. Każda działka opowiada o swoim gospodarzu: od permakultur pełnych ogóreczników, fig i pszczół, przez spokojne rzędy idealnych warzyw na gołej ziemi, po szopy sklecone z mnóstwa szmelcu. Odkąd się tu zjawiłam, ludzie przechodzący obok mojej działki udzielają mi rad zgodnych ze swoim podejściem – od pożytecznych po dość niepokojące. Gdy chwasty sięgały mi po pachy, zastanawiałam się, czy nie zatrudnić kogoś z glebogryzarką do przeorania całej działki, lecz działkowiczka z 40-letnim doświadczeniem oznajmiła, że to tylko pogłębi problem: z każdego fragmentu perzu przeciętego przez glebogryzarkę wyrośnie go jeszcze więcej. Dziwna para uprawiająca mieszaninę kwiatów, chwastów i drzew owocowych poradziła mi (zupełnie poważnie), żebym pozwoliła gołębiom zjeść młody groszek, kupiła sobie zamiast tego groszek w Tesco, a potem (!!!), gdy gołębie będą spały na drzewach, ukręciła im szyje i je zjadła. Jak dotąd nie udało mi się ustalić, czy udzielając mi tej rady, czerpali z własnych doświadczeń. Dzieje się tu… wiele.

Z drugiej strony, każda działka jest oddzielona od sąsiednich jedynie wąskim pasem trawy, który pełni funkcję miedzy i jest też wspólną ścieżką. To rodzaj granicy, która przypomina człowiekowi o jego odpowiedzialności wobec przestrzeni wspólnej i o ostatecznej niepodzielności ziemi. W przeciwieństwie do gruntów prywatnych działki nie można kupić, zawsze będziemy tylko dzierżawcami. Nasza obecność jest tymczasowa i zależna od osób, z którymi dzielimy ścieżki. Regulamin ogródków działkowych mówi, że musimy usuwać chwasty, by ich nasiona (nieuznające trawiastych granic) nie mog­ły się przedostawać na inne działki. Tym, którzy łamią regulamin, zarząd udziela ostrzeżenia, a następnie ich eksmituje, tak jak administrator strony internetowej, który zamyka czyjś profil w mediach społecznościowych. Mnie przysłano kolorowe zdjęcia formatu A4 przedstawiające moją sprzeczną z regulaminem działkę wraz z wezwaniem do „rozpoczęcia uprawiania”. Odpisałam, wymieniając po kolei wszystkie zabiegi, które wykonałam od momentu, gdy kilka miesięcy wcześniej wydzierżawiłam ten zarośnięty i zaśmiecony skrawek ziemi. Wraz z innymi, którzy otrzymali podobne pisma, narzekamy na priorytety ludzi z inspekcji działkowej, za bardzo – jak na nasz gust – zorientowanych na estetykę. Ponoć nasze ogródki działkowe są najbardziej zapuszczone ze wszystkich w miasteczku. Inny mój sąsiad skarżył się jednak na kogoś, kto celowo posiał kiedyś maki, nie przejmując się tym, że będą swobodnie rozsiewały nasiona – jak wirusy. Zauważyłam, że pszczoły uwielbiają dzikie maki na skraju mojej działki i szkoda mi było je usuwać, lecz wiedziałam, że muszę wziąć sobie tę historię do serca. Możliwe, że lekkomyślny hodowca maku był jednym z licznych dzierżawców eksmitowanych z działki, którą właśnie uprawiam.

Zanieczyszczenie, podobnie jak brud, „powstaje w oku obserwatora” (Mary Dou­glas). To, co z jednej perspektywy jest usuwaniem chwastów, z drugiej stanowi zatruwanie gleby. Również na działkach higiena jednego człowieka często wywołuje odrazę drugiego. Niemniej warto przypomnieć niektórym przestrogę, że w kwestii higieny wymaga się „pewnej znajomości siebie” (znowu Douglas). Peter jest w trudnym położeniu, ponieważ pragnie chronić swoją działkę przed zewnętrznymi czynnikami skażającymi, lecz jako działkowicz ma obowiązek uwzględniać przekonania innych ludzi na temat tego, czym wolno traktować glebę. Po kilku miesiącach (zanim zaproponował mi maliny i nasiona) odkryłam, że początkowo obawiał się, iż zatruję ziemię graniczącą z jego działką. Właśnie tego się lękał, gdy zjawiłam się z zamiarem uprawiania terenu, na którym – odkąd inni sięgali pamięcią – nikt dotychczas długo nie zabawił. Jego zdawkowe uwagi i ostrzeżenia formułowane przez innych działkowiczów sprawiły, że wkrótce coś zrozumiałam. Petera prześladuje strach przed chemikaliami, a nie wiedział, co ja sądzę na ich temat. Raz podzielił się ze mną obawami związanymi ze spalinami wydobywającymi się z czyjejś podkaszarki. Powoli wyłoniła się z tego cała historia. Przed laty, gdy uprawiał działkę na drugim końcu ogródków działkowych, jego sąsiad zaczął stosować pestycydy. Peter nie mógł tego znieść i (po wielkiej awanturze) przeprowadził się na drugi koniec, by zacząć od nowa. Oczywiście wciąż o tym plotkowano i gdy zostałam najnowszym dzierżawcą działki graniczącej z jego działką, parę osób w zawoalowany sposób nawiązało do tego incydentu. Uświadomiłam sobie, że powinnam wtrącić mimochodem, iż nie zamierzam stosować syntetycznych środków ochrony roślin.

* * *

Ziemia na działce jest jak pamięć podręczna ogólnodostępnego komputera: zawiera za dużo informacji. Czuję się jak pogański kapłan przepowiadający przyszłość z wnętrzności, gdy grzebię w rzeczach, które znajduję w ziemi – w rzeczach, które stały się nieodłącznym elementem tej działki za sprawą ludzi uprawiających ją przede mną. To niemal makabryczny, intymny proces przypominający nierówne rozmowy z osobami, które mogę poznać jedynie pośrednio na podstawie tego, co po sobie zostawiły. Zakopane przedmioty zachowują moc, nawet gdy o nich zapominasz. Wyczuwam niezrealizowane zamiary, frustrują mnie złe decyzje tych ludzi oraz ich niedbalstwo, słyszę słabe echo ich emocji – stare opakowania po niemodnych już przekąskach, syntetyczny dywan, zardzewiały metal, włókienka plastiku, butelka po dżinie, dachowe płyty izolacyjne, płyta pilśniowa z obłażącym fornirem, gęsta siatka ogrodzeniowa, palety drewniane, pochodzący z lat 90. żeton do gry z postacią z kreskówki Zwariowane melodie [ang. Looney Tunes], połamane sztachety, śruby, rdzewiejąca taczka pokryta zaprawą, zabawki, cegły, plastikowe klamerki, worki foliowe, zakopane ziemniaki i sałaty, których nie uprawiałam, puszki po piwie, częściowo rozłożone czarne foliowe maty przeciw chwastom porozrywane na kawałki przez… chwasty…

Te przedmioty dają mi doskonałe wyobrażenie o przemieszaniu ludzkiego i pozaludzkiego życia. Niektóre stały się gospodarzami wężowatych padalców, nagich ślimaków albo prosionków bądź wplotły się w sieć korzeni chwastów; inne wykorzystuję do tworzenia ogrodzeń albo mocowania siatki; jeszcze inne wywożę, by przetworzyli je inni ludzie albo maszyny. Działkę odbieram jako nieustannie rozrastającą się sieć współzależności, która rozciąga się w czasie i przestrzeni, zachowując wszystkie działania, jakie kiedykolwiek na niej podjęto. Ziemia, którą przekopuję i równam pod grządki, trafiła tu kilka wieków temu, by wzmocnić budowlę militarną. Nie istnieje żaden nieskalany krajobraz, do którego można by wrócić, żadne czyste i dzikie „przedtem”, żaden zewnętrzny stan oderwany od tego wszystkiego.

* * *

Przekopując grządki w październiku ubiegłego roku, słuchałam, jak Jia Tolentino wyjaśnia, czym jest Internet. Latem przegapiłam jej zbiór esejów, więc kupiłam wersję audio, żeby umilić sobie czas. Słuchanie o tym, jak zdeprawowało mnie korzystanie z mediów społecznościowych, miało wywołać we mnie poczucie, że po wyprowadzce z dużego miasta wciąż jestem na bieżąco.

Ustawiałam szpadel i wbijałam go mocno w ziemię, a potem wchodziłam na niego i lekko podskakiwałam, by gwałtownie wszedł głębiej (bardzo przyjemne uczucie). „Jako środek komunikacji Internet definiuje się przez nieodłączną zachętę do działania” (Jia Tolentino). Jeśli natrafiłam na kamień albo jakieś odpadki, przesuwałam szpadel, dopóki nie znalazłam skrawka ziemi, który ustąpił pod naciskiem. Wtedy powtarzałam całą procedurę. „Internet stał się ośrodkiem współczesnego życia”. Następnie schodziłam ze szpadla, podnosiłam odciętą kępę, wytrząsałam ziemię spomiędzy korzeni i rzucałam splątane chwasty na górę kompostu. „Internet już przeprogramował umysły użytkowników, cofając nas do stanu prymitywnej hiperczujności oraz rozproszenia uwagi, jednocześnie przeciążając nas taką liczbą bodźców, jakiej nie znali nasi najdawniejsi przodkowie”. Oglądałam odsłoniętą ziemię, wypatrując plas­tiku i metalu, a jeśli jakiś znalazłam, kład­łam go na stercie przeznaczonej do recyklingu. Żmudny proces, który – jak wkrótce sobie uświadomiłam – należało powtórzyć na całej działce. „Już zbudował ekosystem wyzyskujący uwagę użytkowników”. Działka znajduje się na zboczu pagórka i zauważyłam, że gdy podlewam rośliny posadzone latem, woda natychmiast spływa, więc po usunięciu chwastów zaczęłam na nowo rozmieszczać ziemię, spychając ją szpadlem z wyżej położonej części, by utworzyć równą powierzchnię.

Im więcej czasu spędzam na działce, tym bardziej sobie uzmysławiam, że wiele spostrzeżeń dotyczących Internetu wcześniej odnosiło się już do ziemi, mimo jej nietechnicznego wyglądu. Ziemia jest platformą, w którą wpatruję się godzinami w poszukiwaniu oznak życia mogących mnie zainteresować. Małe zielone kiełki, pojawiające się w odpowiedzi na moje działania, powodują wydzielanie dopaminy – ważna pętla sprzężenia zwrotnego. To medium, w którym nieustannie grzebię, coraz bardziej utytłana, z dłońmi obolałymi wskutek chronicznego przeciążenia mięś­ni, z popękaną skórą. Ziemia wytwarza wśród działkowiczów szczególne formy sprawczości; przejmujemy jej generatywne i niekiedy inwazyjne cechy, skłonność do nieokiełznanego tworzenia sieci oraz zaabsorbowanie tematyką życia i śmierci. Słowo „sieć” przywołuje obraz plątaniny kabli albo rozjarzonych awatarów powiązanych ze sobą w przestrzeni cyfrowej, lecz sieci korzeni były pierwsze, krzyżowały się z rękami, które je pielęgnowały.

* * *

Podczas niedawnej wizyty w Dungeness widziałam, jak jakaś kobieta łazi po ogrodzie Dereka Jarmana, fotografując każdy skrawek, a potem wsiada do samochodu i odjeżdża. Każdy chrzęst żwiru odczuwałam głęboko w trzewiach, jakby chodziła po ciele właściciela. Ja i moja przyjaciółka trzymałyśmy się w pewnej odległości, podejście bliżej wydawało się czymś niestosownym. Uprawiana przez nas ziemia (albo żwir) staje się przedłużeniem naszej fizyczności – latem ubiegłego roku zmagałam się z osłabieniem i chwasty szybko na mnie naskarżyły. Gdy półtora miesiąca później zjawiłam się na działce, działkowicz, którego podziwiam, przez chwilę traktował mnie oschle i powiedział, że „szybko wracają”. Miał na myśli chwasty, nie mnie. Już myślał, że nie wrócę. Chcąc nie chcąc, usłyszałam echo książki Jarmana Modern Nature – powoli czytałam pamiętnikarskie fragmenty o tym, jak kręcił filmy, chorował i urządzał ogród, wynotowywałam nazwy roślin zdolnych przetrwać na nieosłoniętym nadmorskim terenie i umilałam sobie czas nieaktualnymi plotkami ze świata sztuki:

Druga bezsenna noc. Obok łóżka sterta kilkunastu doszczętnie przemoczonych koszulek. Wstałem przed szóstą, żeby wziąć kąpiel i zaparzyć herbatę. Żołądek płonie żywym ogniem, ogromne osłabienie. Przez ponad godzinę siedziałem w kuchni, sącząc napar z mięty.

środa, 14 marca 1990 r.

Słońce prawie zniknęło za chmurami. Witaj, chłodniejsza pogodo. Przeszedłem się wzdłuż Ness i przyniosłem do ogrodu naręcze metalu oraz drewna wyrzuconego przez morze. Rybacy przywieźli mi olbrzymią zabytkową kotwicę, którą wyciągnęli z sieci. Staje się atrakcją. Wpad­ła Sylvia, by podziwiać irysy. Dałem jej sadzonkę rozmarynu.

środa, 9 maja 1990 r.

Nie przypuszczałam, że relacja Jarmana dotycząca choroby odbije się echem w moim życiu, lecz gdy mijały kolejne tygodnie niewyjaśnionego, obezwładniającego zmęczenia i musiałam odwoływać plany, ponieważ nie miałam siły ich zrealizować, ta część jego zapisków stała mi się bliższa. Dziwiłam się, że tak długo może mi brakować energii w samym środku lata – jakie to nielogiczne! Na podwórku krzewy pomidorów rodziły owoce, a ja z trudem chodziłam po supermarkecie i nagle poczułam, że trzymam się w pionie tylko dzięki wózkowi. Byłam wściekła, bo choć potrafię mówić (w przeciwieństwie do roś­lin czy zwierząt), nie potrafiłam wyjaś­nić swojej choroby. Umiałam za to zdiagnozować mączniaka prawdziwego – pokrył białym nalotem liście cukinii oraz dyń na mojej działce, ponieważ nie byłam w stanie ich podlewać. Gdy lato zbliżało się ku końcowi, powoli wracały mi siły.

Życie, choroba i śmierć to główne tematy działkowego dyskursu. Przyłapuję się na tym, że wchodzę w interakcje o niespodziewanym i bolesnym natężeniu z ludźmi, którzy w zasadzie są mi zupełnie obcy. Umiejscowienie mojej działki – obok wejścia na teren ogródków działkowych, parkingu i kranu – oznacza, że takie spotkania zdarzają się często. W styczniu do płotu podszedł jakiś mężczyzna. Akurat wykonywałam dziwną czynność polegającą na wykopywaniu drzewek owocowych, które posadziłam zaledwie miesiąc wcześ­niej. Postanowiłam oprószyć ich korzenie mikoryzą, ponieważ przeczytałam, że dzięki temu wytworzą silną więź z ziemią. Mężczyzna miał na sobie kamizelkę odblas­kową i przyjechał białym vanem. Spytałam, czy też ma działkę (na widok kamizelki odblaskowej wystraszyłam się, że jest z inspekcji działkowej). Wyjaśnił, że był na działce ojca, której dogląda, odkąd ojciec podupadł na zdrowiu. Powiedziałam mu, że jest mi przykro z powodu choroby. Odrzekł, że ojciec zachorował, bo pracował w pobliżu toksycznych substancji w jakimś zakładzie przemysłowym i że nic nie można na to poradzić. Potem dodał, że jego wujek umarł w dniu swoich urodzin i że ciotka też zmarła w młodym wieku. Wszyscy troje pracowali w tym samym zakładzie z chemikaliami, które zniszczyły im płuca. Cierpieli na ten sam zespół objawów. Powiedziałam, że jest mi bardzo przykro, i spytałam, czy szpitale nie są w stanie jakoś pomóc albo czy nie mogliby dostać odszkodowania. Odparł, że nie.

Potem zaczął mówić o moim sąsiedzie. Zauważył, że Peter zjawia się na działce bardzo późno, gdy już się ściemnia, i że dość słabo wygląda. Powiedział, że martwi się o Petera i że raz kazał mu iść do domu, ponieważ było już prawie ciemno i obawiał się, że gdyby coś mu się stało, przeleżałby tu w ciemności całą noc i znaleziono by go dopiero rano. Wstrząsnęła mną myśl o Peterze leżącym w ciemności, lecz z drugiej strony ta ingerencja w jego niezależność wywołała mój wewnętrzny sprzeciw. Uznałam, że mężczyzna w odblaskowej kamizelce jest trochę wścibski, choć jego obsesja na punkcie śmierci wydała mi się zrozumiała.

Innym razem, gdy przekopywałam ziemię i w pobliżu nie było nikogo innego, ten mężczyzna przyjechał swoim białym vanem, ale do mnie nie podszedł. Ulżyło mi, ponieważ wciąż pamiętałam naszą pierwszą rozmowę. Gdy jednak wsiadałam do samochodu, żeby odjechać, spojrzał w moją stronę i pomachał. Chyba akurat też patrzyłam w jego stronę, więc odmachałam. Konieczność nawiązania z nim kontaktu wzrokowego wzbudziła we mnie nagły niepokój. Potem wycofałam samochód z miejsca parkingowego, wyprostowałam kierownicę i wrzuciłam pierwszy bieg, szykując się do zjazdu ze wzgórza. Kiedy auto ruszyło, znowu spojrzałam w kierunku tego mężczyzny: stał nieruchomo, patrząc na mnie, więc pomachałam mu jeszcze raz, a on odmachał i przyglądał mi się, dopóki nie zniknęłam mu z pola widzenia. Mimo że żadne z nas się nie odezwało, czułam się przytłoczona. Jego wyznanie podczas naszego pierwszego spotkania obarczyło nasze przyszłe interakcje klątwą krępującej zażyłości, a mnie poczuciem obowiązku, którego nie potrafiłam spełnić. Choć jestem głęboko przekonana, że nie zrobił tego specjalnie, jego wyznanie było rodzajem manipulacji – opowiedział obcej osobie historię wywołującą ogromne współczucie. Był to jednak również akt tragiczny, bo jedyne, co mógł w ten sposób osiągnąć, to zrazić mnie do siebie. Jego wyznanie niczym doskonały horror było tak wstrząsające, że przekreśliło możliwość poruszania lżejszych tematów, do których moglibyśmy się bezpiecznie wycofać.

* * *

Pod koniec października dwaj mali chłopcy bawili się na niewielkim podjeździe prowadzącym do ogródków działkowych, aż w końcu przenieśli się na działki, by biegać w tę i we w tę za żywopłotem z jeżyn u podnóża pagórka. Raz po raz z lekkim przestrachem spoglądali w moją stronę (przekopywałam ziemię w górnej części działki, słuchając podcastu). Wreszcie powiedziałam do nich „Cześć”, odpowiedzieli „Cześć”, a później – widocznie uznawszy, że czekam na wyjaśnienie – oznajmili: „Szukamy jaszczurek” i po chwili młodszy z nich dodał: „Ale żadnych nie znaleźliśmy”. Powiedziałam im, że jaszczurki prawdopodobnie chowają się teraz przed zimnem, ale że mogliby spróbować zajrzeć pod kamienie albo garnki. Wspomniałam im o padalcach na naszej działce, które znaleźliśmy pod czarną agrowłókniną. Zniknęli na dziesięć minut, jednak po powrocie oświadczyli, że niczego nie znaleźli. Pozwoliłam im rozejrzeć się na mojej działce i pozaglądać pod takie rzeczy, jak mata szkółkarska i resztki drewna oraz przestrzegłam ich przed zardzewiałymi gwoździami. Wyznali, że latem zrywali owoce na cudzych działkach. Powiedziałam im, że jeśli jeszcze kiedyś będą chcieli to zrobić i kogoś tu zastaną, powinni najpierw poprosić o zgodę, żeby nikt ich nie przegonił. Dodałam, że najprawdopodobniej dostaną pozwolenie. Rozmawialiśmy o recyklingu (z powodu plastiku, który wykopałam) oraz o dyniach i zupie dyniowej. Powiedzieli mi o olbrzymich halloweenowych dyniach w Lidlu. Jeden z nich chciał mi pomóc oczyścić działkę ze śmieci i zaczął je z zapałem zbierać. Zaprotestowałam, bojąc się, że się skaleczy, i spytałam, czy zamiast tego mieliby ochotę pomóc mi zasadzić żonkile. Pozwoliłam każdemu z nich wykopać dołek i włożyć do niego cebulkę. Jeden powiedział: „Nie przypuszczałem, że kopanie tak mnie zmęczy”. Uświadomiłam sobie, że są ode mnie o wiele mniejsi, a szpadel jest olbrzymi. Powiedziałam, żeby w marcu przyszli zobaczyć, jak kwitną żonkile, a wtedy zdziwili się: „Dopiero w marcu?!”. Wyjaśniłam, że cebulki muszą spędzić sporo czasu w zimnej ziemi, aby wypuścić kwiaty, o czym zresztą sama dowiedziałam się całkiem niedawno. Mieli dość. Znowu pobiegli się bawić, a gdy się później rozejrzałam, już ich nie było.

* * *

Odkąd wyprowadziłam się z dużego miasta, najczęściej rozmawiam z działkowiczami (jeśli pominąć przyjaciół online). Tutaj relacje międzyludzkie rozwijają się zgodnie z porami roku, spowalniają zimą i przyśpieszają wiosną. W ostatnich kilku tygodniach moja znajomość z Peterem ewoluowała z czysto działkowej w kierunku PŻ-u (prawdziwego życia). Wymieniliśmy się numerami telefonów, a potem Peter zadzwonił do mnie i poprosił, żebym kupiła dla niego jedzenie i podrzuciła mu je do domu. Zrobiłam to, by nie musiał się narażać na kontakt z wirusem, który zagraża życiu tak wielu osób. Po miesiącach wizyt na działce staliśmy się w pewnej mierze częścią tego, czego dogląda to drugie. Na początku marca wreszcie postawiłam ogrodzenie z resztek drewna i posadziłam maliny od Petera, które czekały, aż przygotuję dla nich miejsce – i latem będę jadła delikatne owoce.

Tłumaczyła Anna Gralak

Pierwotnie tekst ukazał się na łamach czasopisma „Granta”. Lead i skróty pochodzą od redakcji „Przekroju”.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!