Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Przemysł porad rodzicielskich. Pogoń za najlepszym modelem wychowawczym opisuje
2017-03-20 00:00:00

Wystarczająco oczytana matka

Wystarczająco oczytana matka
Wystarczająco oczytana matka

Przemysł porad rodzicielskich. O pogoni za najlepszym modelem wychowawczym.

W Poradach dla matek, popu­larnej książce z 1804 r.,­­ szkocki lekarz William Buchan pisał: „We wszystkich przypadkach karłowatości lub deformacji dziewięćdziesiąt na sto wynika z głupoty, uchybień lub zaniedbania ze strony matki”. Podobna publikacja, amerykańska, napisana 100 lat później przez doktora B.G. Jefferisa, zawierała już nieco łagodniejszą przestrogę: „Ciężarne powinny unikać rozmyślania o ludziach szpetnych, dotkniętych deformacją lub chorobą”. Natomiast po II wojnie światowej kolejny ekspert, dr med. Franciszek Sienicki, informował: „W okresie karmienia piersią znakomita większość matek nie dostaje menstruacji i nie zachodzi w ciążę […]. Najczęściej skąpe krwawienia spotykamy u kobiet niedostatecznie karmiących swe dzieci […]”. Powrót cyklu menstruacyjnego miał ciężar grzechu.

Kiedyś zasady opieki nad dzieckiem były przekazywane z pokolenia na pokolenie, stanowiły treść przysłów i przyśpiewek. Potem głos babek, sąsiadek, akuszerek przejmowali stopniowo ci, którzy mieli przywilej edukacji – duchowni, lekarze, psycholodzy. Nigdy wcześniej w historii mężczyźni nie wykazywali tak wielkiego zainteresowania ciążą, połogiem i opieką nad dziećmi, jak wtedy, gdy nadano tym dziedzinom status nauk – położnictwa i pediatrii. Oznaczało to przecież możliwość publikowania książek i okraszania swoich nazwisk skrótami tytułów, których odbiorcy nie musieli nawet umieć rozszyfrować.

A kiedy pojawiły się pierwsze poradniki rodzicielstwa, każda decyzja dotycząca dziecka była już potencjalną winą. Oczywiście matki.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Zarządzanie rodzicielskim strachem

Dawna medycyna bywała równie prymitywna, jak wynikające z niej poradnictwo – mieszanina bezzasadnych wymagań i autorytarnych wytycznych. Jeszcze w wiktoriańskiej Anglii można było w aptece dostać bez recepty arszenik i kokainę, a dzieciom na kaszel, katar i biegunkę zalecano syrop z opium Godfrey’s Cordial. Mamy drugą dekadę XXI w., a rodzice nadal czują się zagubieni. Nie zmagamy się już z dżumą czy śmiertelną biegunką po niepasteryzowanym mleku. Nie boimy się też uroków rzucanych na ciężarne. A jednak dzisiejsze rodzicielstwo może być znacznie bardziej obciążające niż kiedykolwiek.

Dylematy roztrząsane we współczesnych poradnikach nie śniły się naszym przodkom. Odkąd samo utrzymanie niemowlęcia przy życiu nie jest już wyzwaniem, debata przeniosła się z zagadnień higieny i medycyny na płaszczyznę psychicznego i intelektualnego rozwoju dziecka, często na poziomie akademickich wyżyn. Rodzicielski stres wzmagają rosnące oczekiwania wobec dzieci, rywalizacja i przekazy medialne wykorzystujące najgorsze lęki i koszmary. Przemysł porad dla rodziców jest w stanie obiecać wszystko, ale żeby przykuć uwagę, najpierw paraliżuje strachem.

Kilka lat temu dałam się skusić jednej z firm szkoleniowych oferujących rodzicom wsparcie. Na jej stronie internetowej do dziś dostępny jest pomocny kalendarz – „Sprawdź, czy dziecko nie jest opóźnione w rozwoju”. Dla 10-tygodniowego niemowlęcia „dynamiczne pełzanie ruchem naprzemiennym na dystansie 50 metrów jest kluczową umiejętnością”. Jeśli matka nie wpadła na to, żeby połóg spędzić na organizowaniu mu treningów na specjalnym torze, jego sytuacja jest jas­na: „ma problemy neurologiczne albo nieświadomie blokujesz jego rozwój”. Pozostaje tylko za kilkaset złotych odkupić swoje grzechy: „Wiedza, jaką zdobędziesz na moich szkoleniach, pozwoli Ci uzupełnić zaniedbane struktury mózgu”.

Jednoosobowy Instytut Rozwoju Małego Dziecka zastałam w ciasnym mieszkaniu warszawskiego Śródmieścia. Zanim weszłam, zostałam pouczona, żeby zdjąć buty. Zanim się zaczęło – że mam po sobie umyć szklankę, jeśli zechce mi się pić. Najcenniejsze, co stamtąd wyniosłam, to trwająca do dziś znajomość z inną dziennikarką i jej rodziną. Reszta wartościowej części wykładów okazała się kompilacją powszechnie dostępnej wiedzy.

Silniejsza o to doświadczenie następne lata poszukiwań starałam się spędzać na samodzielnej lekturze autorów, którym ufam. Ale im też zdarza się przeplatać treści merytoryczne zastraszaniem. Alfie Kohn w Wychowaniu bez nagród i kar puszcza wodze fantazji, opisując skutki niedostępności emocjonalnej rodziców: „Dzieci będące jej obiektem przejawiają skłonność do zaniżonego poczucia własnej wartości. Na ogół charakteryzują się słabszym zdrowiem psychicznym, a nawet mogą częściej angażować się w działania przestępcze”. I dalej: „Z lęku przed ciemnością większość ludzi wyrasta. Natomiast lęk przed utratą miłości może nigdy nie przeminąć”.

Odpowiedzi na tę wizję znajduję w kolejnej książce – Więź daje siłę. Jej autorka Evelin Kirkilionis nie jest jak Kohn psychologiem dziecięcym, ale doktorem biologii. To równie wielka orędowniczka bliskiej relacji matki z dzieckiem, jednak jej istotę uzasadnia badaniami nad człowiekiem jako gatunkiem. I jej opinia, co do konsekwencji okresowego sprzeniewierzenia się biologii, jest znacznie bardziej stonowana: „[…] wbrew temu, co przez lata przyjmowano w nauce, nieudana więź na początku życia nie ma decydującego znaczenia na dalszych jej etapach”.

Babcia czyta Sienickiego

W 1947 r., kiedy wiele rodzin trwało jeszcze w powojennej rozpaczy, dr med. Franciszek Sienicki pouczał: „Za ideał matki uważamy matkę rozsądnie kochającą swoje dziecko, to znaczy taką, której poczynania, wypływające z miłości do dziecka, są nacechowane umiarem i kontrolą zdrowego rozsądku. Matek takich jest niewielki odsetek. Znakomita większość należy do przewrażliwionych i przesadnie kochających dziecko. W pojedynczych przypadkach ojciec swoim umiarem reguluje postępowanie matki […]”.

Książka ta nie zniknie jednak z mojej półki. Zawiera podkreślenia oraz bezcenne notatki, takie jak: „Kilka razy na dzień kąpiel powietrzna na wznak. Gdy starsze, również na brzuszku, przy tym ręce mają być złożone pod piersią”. Pismem babci zapisana jest też lista zakupów niemowlęcej wyprawki i kolejne etapy stawania się przez nią matką mojego ojca.

Sama w każdej przeczytanej książce zostawiam mapę myśli. Wszelkie inspirujące lub irytujące fragmenty zaznaczam naklejkami. Moje wnuki, tak jak ja teraz, będą mogły zabawić się w dialog z babcią jako młodą matką. Liczę się z tym, że przy okazji pokiwają z dezaprobatą głowami nad naszym brakiem umiaru w używaniu pieluch jednorazowych czy nad powszechną dziś dyskusją o tym, skąd się u dzieci bierze tożsamość płciowa.

Kiedy moja babcia czytała Sienickiego, w Stanach Zjednoczonych pojawiły się pierwiosnki rewolucji w myśleniu o rodzinie. Książka Dziecko. Pielęgnacja i wychowanie doktora Benjamina Spocka natychmiast rozeszła się w milionie egzemplarzy, oddając prowadzenie na rynku tylko Biblii. Potem przez ponad pół wieku zajmowała drugie miejsce na liście najlepiej sprzedających się książek z kategorii non-fiction. Dotarła do największej liczby odbiorców w historii poradników rodzicielskich. Była również reakcją na powojenny baby boom, ale inną niż poradnik Sienickiego. Za podstawowe narzędzie wychowawcze Spock uznał nie dyscyplinę, ale miłość rodzicielską i naturalne intuicyjne odruchy.

Po latach, kiedy pokolenie dzieci tak wychowanych wywołało hipisowską rewolucję, Spock był oskarżany, szczególnie przez autorytety religijne, o nadmierną promocję permisywizmu. Powróciła odwieczna dyskusja o wyższości rygoru nad wolnością.

Postępująca polaryzacja politycz­na sprzyja rozdzieleniu metod wychowawczych zgodnie z konkretnymi poglądami. Tak właśnie jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie konserwatywna chrześcijańska rodzina to nie tylko taka, która oczekuje od dzieci posłuchu, lecz także dyscyplinuje naukę, negując jej osiąg­nięcia zakłócające biblijne wyobrażenia o rzeczywistości. Mapa szkół uczących kreacjonizmu znacznie pokrywa się z mapą stanów wykazujących najwyższe poparcie dla Republikanów. Obaj prezydenci z rodziny Bushów wspierali dostosowanie teorii ewolucji do religii, nie odwrotnie. Wyborcy Trumpa, kontynuatora ich linii politycznej, mogą oczekiwać powrotu zasady inteligentnej interwencji do debaty publicznej o edukacji dzieci.

Polskę na razie takie podziały omijają. Według Natalii Minge, psychologa dziecięcego i współautorki (wraz z mężem) serii poradników, poglądy na rodzicielstwo nie mają wiele wspólnego z poziomem wykształcenia ani religią czy polityką: „Wierzący mieszają się z ateistami, prawicowcy z lewicowcami. Nie wydaje mi się, by była w tym reguła. Wychowanie bywa jedynym, co ludzi łączy”. Karmienie piersią, noszenie w chuście, spanie z niemowlęciem są w Polsce jednocześnie i postępowe, i konserwatywne.

Czy ten stan się utrzyma? Propagowanie kar cielesnych wraca nie tylnymi drzwiami, ale na łamach mainstreamowych mediów. Jesienią w „Rzeczpospolitej” prof. Zbigniew Stawrowski, filozof polityki, sankcjonował rodzicielskie klapsy motywowane miłością: „Przemoc taka nie jest wówczas niczym złym, przeciwnie, jest czymś bezwzględnie dobrym, jest moralnym obowiązkiem rodziców”.

Książki nie tylko o dzieciach

Są książki typowo poradnikowe, poświęcone rozwiązywaniu konkretnych problemów. Są też rodzicielskie memuary przynoszące czytelnikowi ulgę i poczucie wspólnoty. Ale jest też najważniejsza dla mnie kategoria – książki parentingowe. Mają one pomóc odbiorcy rozwijać siebie i swoją wiedzę, niezależnie od rodzicielskiej tożsamości. Polski rynek wydawnictw tej kategorii jest tak mały, że ani nie ma branżowej nazwy, ani nie jest obejmowany żadnymi badaniami.

„Po książki parentingowe sięgają rodzice świadomi i ci czytają je hurtowo, choć czasem chaotycznie – mówi Natalia Minge. – Jednak większość Polaków nie czyta w ogóle. Wychowuje dzieci podług rad mamy, babci i przede wszystkim reklam. Telewizja ma większą siłę przebicia”.

Książki parentingowe dają oddech, szerszą perspektywę. Mają wiele do zaoferowania czytelnikowi, niezależnie od tego, czy w ogóle jest rodzicem, a zależnie od tego, ile sam, dzięki wewnętrznym zasobom, potrafi z nich wynieść. Edmund Wilson, amerykański krytyk literacki i pisarz, zauważył, że „nie ma dwóch osób, które przeczytałyby tę samą książkę”. Dotyczy to również książek mających inspirować do rozwoju.

Mistrzami tej kategorii są Agnieszka Stein, psycholog promująca rodzicielstwo bliskości, i duński pedagog Jesper Juul. Z najnowszych publikacji na naszym rynku przykładem tego nurtu jest Selfreg kanadyjskiego psychologa Stuarta Shankera. Książka wyjaśnia termin samoregulacji (która jest czymś zupełnie innym niż samokontrola). Samoregulacja to rozpoznawanie czynników stresujących i namysł nad możliwymi sposobami ich eliminacji oraz kontrolowania wydatków energetycznych przeznaczanych na walkę ze stresem. Jej celem jest poprawa nastroju i poziomu koncentracji w trudnych warunkach. Popularność książki wynika między innymi z tego, że odnosi się w równym stopniu do dorosłych, jak i do dzieci.

Na dłuższą karierę niż kilka tygodni marketingowej ekspozycji w księgarniach zasługuje też wydane kilka lat temu Ostatnie dziecko lasu Richarda Louva. To moja ulubiona pozycja z kategorii ogólnorozwojowych. Nabita twardymi faktami: zieleń roślinności leczy, podobnie jak biel śniegu czy błękit nieba. Kontakt z naturą w otwartej przestrzeni jest tak samo ważny, jak odżywianie bądź sen.

Dziennikarz naukowy Wojciech Mikołuszko zwrócił moją uwagę na fakt, że im więcej w nas globalnej świadomości, tym mniej osobis­tego kontaktu z przyrodą. Walcząc o prawa zwierząt, zapomnieliśmy, że sami żyjemy w klatkach. Zamknięte formy z betonu nie są naszym naturalnym środowiskiem. A przecież i my, i nasze dzieci też jesteśmy zwierzętami. Żyjemy w kurczącej się przestrzeni i ponosimy tego kon­sekwencje nie tylko zdrowotne. Louv przestrzega, że zanika też nasza zdolność dostrzegania piękna: „Współcześni miejscy poeci odeszli daleko od romantyków, których metafory były kształtowane przez wzniosłe siły natury”.

Żeby wybrać najbardziej wartoś­ciowe tytuły, żeby w ogóle określić swoje preferencje, musiałam przejść przez lekturę znacznie większej liczby książek. Nie, ja chciałam to zrobić. Mam cały regał parentingowy i apetyt na więcej. Pytanie, czy nie uczestniczę w kolejnym trendzie? Czy nie żyjemy w epoce przeintelektualizowania rodzicielstwa? Natalia Minge, współtworząca poznańskie środowisko psychologii dziecięcej, uspokaja mnie – społeczeństwo raczej nie przedawkuje publikacji parentingowych z wyższej półki: „W supermarketach dostępna jest zupełnie inna literatura, cała masa poradników Tracy Hogg czy nawet Thomasa Brazeltona. I one mają zupełnie inne przesłanie. Jest też Superniania, która wie lepiej, kiedy odstawić dziecko od piersi”.

Wspomniana Tracy Hogg to brytyjska położna, która postulowała regulację fizjologii i rytmu funkcjonowania niemowlęcia. Jedzenie, pobudzenie i wyciszenie miały następować w odpowiedniej kolejności – każde przez godzinę, jakby dziecko dało się nastawiać jak budzik. Przeciwieństwo opartego na naturalnej więzi rodzicielstwa bliskości. Zajęło mi trochę czasu, zanim straciłam do niej zaufanie. „Książka, która szkodzi, to taka, co mówi, jak musi być, stawia na zasady i daje uniwersalną instrukcję obsługi. Dzięki takim poradnikom mam masę klientów. Metody uniwersalne nie działają i dzieci nie chcą się mieścić w szufladkach” – mówi Natalia Minge.

Gdyby pokusić się o minimalistyczną wersję najcenniejszych porad nurtu refleksyjnego rodzicielstwa, mogłaby wyglądać tak: rozwój dziecka zależy nie tylko od sukcesów, lecz także od świadomego doświadczania porażek. Pozwalaj na nie. Poświęcaj mu nie pieniądze, ale autentyczną uwagę. Tak jak dla innych zwierząt cielesny kontakt z tobą, przebywanie na świeżym powietrzu jest jego potrzebą, nie zachcianką. I najpierw zadbaj o siebie.

Któż z dzisiejszych rodziców, często pierwszy raz mających do czynienia z noworodkiem dopiero przy narodzinach własnego dziecka, nie miałby po tych kilku zdaniach niedosytu…? Mówi się, że lęk żywi się nieporozumieniami i niedoinformowaniem. Tym samym napędzany jest rynek poradników, choć w założeniu mają one naszą wiedzę systematyzować, a nie rozpraszać. Nawet jeśli jesteśmy tego świadomi, to i tak im większy wysiłek włożymy w poszerzenie horyzontów, tym ciemniejszy gąszcz specjalistycznych szczegółów przed nami. A to nie one układają się w odpowiedzi na pytania fundamentalne. Wybór postawy rodzicielskiej wydaje się więc sprowadzać do alternatywy między stanem dyletanctwa pierwotnego a niewiedzą nabytą. Ta druga, ulubiona przez filozofów, doczekała się chociaż szlachetnej nazwy docta ignorantia.
 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!