Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
"Z jednej strony ograniczasz siebie, ale z drugiej odgradzasz się od wszystkiego, co mogłoby cię ...
2019-05-23 23:59:00

Wyprawa po wizje z Mieszkiem Stanisławskim

zdjęcie: Łukasz Szmigiel /Unsplash
Wyprawa po wizje z Mieszkiem Stanisławskim
Wyprawa po wizje z Mieszkiem Stanisławskim

O „wyprawach po wizję” na polską modłę, mających nadać życiu głębszy sens lub rozwikłać problemy, opowiada Mieszko Stanisławski, z którym rozmawia Robert Rient

Czyta się 13 minut

Robert Rient: Czym jest Vision Quest?

Mieszko Stanisławski: Słowa te można tłumaczyć jako wyprawę po wizję. Wizją może być wszystko, co w jakiś sposób pomoże ci wyznaczyć kierunek swojemu życiu, nadać mu głębszy sens bądź rozjaśnić jakieś głębokie, nurtujące cię pytania. Wyprawa polega na udaniu się gdzieś daleko od twojego miejsca zamieszkania, pozostaniu przez określony czas samemu ze sobą i tym, co cię otacza. Pozostajesz tam, by odbyć wyprawę wewnętrzną. Celem jest poszukiwanie i znalezienie mitycznego skarbu. Od najdawniejszych czasów ludzie udawali się w odosobnienie, aby w samotności wejść w kontakt z czymś, co przekracza umysł. Z Vision Quest spotkałem się m.in. w tradycji Indian Ameryki Północnej.

Vision Quest, który prowadzisz w Polsce, oparty jest na tradycji Indian Ameryki Północnej?

Nie, to nasz autorski program. Tego typu odosobnienia występują w różnych duchowych tradycjach. Indianie prerii udają się na Vision Quest, aby skontaktować się z Wielkim Duchem i dostać wskazówki na temat przyszłego życia. Amazońscy szamani odbywają odosobnienia, aby zyskać sprzymierzeńca i nauczyciela w postaci ducha rośliny. W Himalajach jogini medytują w jaskiniach, aby doświadczyć samadhi, przebudzenia. W sufizmie istnieje tradycja 40-dniowego odosobnienia i postu o nazwie chilla. W kulturze chrześcijańskiej mamy postać Jezusa Chrystusa i jego 40-dniowego odosobnienia na pustyni.

Bez namiotu, innych ludzi, telefonu, zegarka, książki, muzyki, jedzenia. Z wodą czerpaną ze strumienia.

W niektórych tradycjach ogranicza się również picie wody. W naszym wydaniu wyprawa polega na pozostaniu przez kilka dni i nocy w lesie. W samodzielnie zbudowanym schronieniu. To prosta konstrukcja stworzona z materiałów znalezionych na miejscu.

Można przywiązać do drzewa plandekę.

Można, ale nie trzeba. Chodzi o to, by nie odgradzać siebie jakąkolwiek ścianą od świata.

Do tego należy przebywać na ograniczonym do kilku metrów terenie. Dlaczego?

Dzięki temu łatwiej skupić się na wewnętrznej podróży. Chodzi o stworzenie miejsca sacrum, czyli czasoprzestrzeni oddzielnej od tej znanej z codziennego życia.

Czemu mają służyć te ograniczenia?

Z jednej strony ograniczasz siebie, ale z drugiej odgradzasz się od wszystkiego, co mogłoby cię rozproszyć w podróży w głąb siebie. Poza tym dzięki narzuceniu sobie granic masz możliwość przyjrzenia się motywom, które kierują twoim życiem, swoim potrzebom, uzależnieniom. Mierzysz się wtedy z trudnościami, a trudności podczas odosobnienia w pewien sposób leczą.

W jaki?

To jak z obieraniem cebuli, odkrywaniem kolejnych warstw. Odkrywanie każdej kolejnej trudności jest zarazem pożegnaniem tej trudności. To może być złość na ojca, pod którą był smutek, pod którym była wielka miłość do niego, pod którą była miłość do siebie, a jeszcze głębiej w ogóle miłość.

Na końcu jest miłość?

Jest, cały czas, przykrywana różnymi warstwami. Odosobnienia to właśnie czas, by je zobaczyć i zdjąć. Wielu z ich uczestników mówi na zakończenie o osiągnięciu głębokiego spokoju. Wyprawa to często jedyny czas w życiu, gdy odkrywają i decydują, że nie ma nic innego do zrobienia niż bycie w miejscu, w którym są. W ciszy, ze sobą, po to, żeby bardzo uważnie siebie usłyszeć.

Co usłyszeć?

Każdy w sobie ma mądrość i to najgłębszą, najczystszą, najprawdziwszą mądrość. Każdy ma do niej dostęp. A ta mądrość jest zagadywana, zakrzyczana hałasami, bodźcami, opiniami, ocenami. Tam, gdzie nie ma wpływu innych ludzi, można znaleźć mądrość, która jest dla nas najlepsza, bo jest nasza własna. To nie są wyczytane, przekazane nauki, ale mądrość pochodząca ze spotkania w pełnej szczerości i prawdzie z samym sobą.

I naturą, która jest tuż obok. Jaką rolę odgrywa natura?

Mogą zniknąć granice między mną a światem zewnętrznym. Budzą mnie wschód słońca i ptaki, które śpiewają. Jest mi ciepło, bo słońce świeci, i zimno wtedy, gdy nie ma go na niebie. Czuję, że jestem w tym miejscu razem ze wszystkim, co jest naokoło. Jestem częścią miejsca, w którym pozostaję. A wtedy, gdy jestem częścią, mogę czerpać energię, która jest w listkach, drzewach, ziemi, sarnach biegających w pobliżu. Jestem połączony, podłączony. Pozostaję w samym środku życia, lasu, który oddycha razem ze mną, zasypia i budzi się ze mną.

Ja bałem się zimna i niedźwiedzi, czego boją się inni?

Zimna, niedźwiedzi, kleszczy, głodu, samotności i wilków. Niekoniecznie w tej kolejności. W kwietniu o poranku był szron, a nocami temperatura spadała poniżej zera. Jestem pod wielkim wrażeniem pierwszej grupy Vision Quest w tym roku, wszyscy dali radę pomimo trudności. Ale świadomość, że gdzieś tam w lesie są inni, dodaje mocy, wspiera. Będąc samemu, czerpie się moc tylko z własnego postanowienia, co jest dużo trudniejsze.

Jak długo sam pościłeś?

Podczas swojego Vision Quest przez pięć dni nic nie jadłem i nie piłem wody.

Mówią, że trzy dni bez wody to bezpieczny czas.

Mówią też, że pięć dni to maksimum. To było piękne i głębokie przeżycie. I równocześnie bardzo wymagające i trudne. Nawet nie tyle sam ten czas, co wychodzenie z odosobnienia. Noc po zakończeniu pojechałem na ceremonię ayahuaski, zmierzyłem się wtedy z największym bólem fizycznym w swoim życiu. Byłem z tym bólem, próbując na różne sposoby się go pozbyć. Krzyczałem, płakałem, waliłem ze złością w ziemię, śpiewałem, grałem na drumli. Nic nie pomagało. Gdy opadałem z sił, zacząłem zawężać świadomość do miejsca, w którym znajduje się ból. Zaczął słabnąć. Im dłużej na niego patrzyłem, tym bardziej słabł. O poranku, gdy ból odszedł, poczułem jakbym puścił wszystko. Została wszechogarniająca mnie miłość i wdzięczność.

Można powiedzieć, że zafundowałeś sobie ten ból. Było warto?

Nauka została do dzisiaj. Dzięki doświadczeniu, które rozpoczęło się podczas odosobnienia, wiem, jak wiele mogę przejść, poznałem, zobaczyłem i zyskałem siłę. Poznałem też sposób radzenia sobie z trudnościami. Ta pamięć pozwala mi przechodzić przez kolejne trudne chwile.

Co najcenniejszego znalazłeś dla siebie podczas odosobnień?

Spokój i zgodę. Zgodę na świat i siebie, takim, jaki jestem. Zgodę z nocą i dniem, smutkiem i radością, zimnem i ciepłem, głodem i sytością. Spokój przyszedł właśnie ze zgody. A spokój jest dla mnie synonimem szczęścia. Doświadczenie zgody jest doświadczeniem bycia pełnoprawną częścią istnienia. Mogę być, to proste w słowach, ale olbrzymie w doświadczeniu. Należę tutaj i nie muszę się czuć słabszy, mniejszy, gorszy, jestem w pełni, dokładnie taki, jaki jestem. Słowo zgoda kojarzy mi się z godnością. Czuję się godny bycia tutaj.

Dlatego organizujesz odosobnienia?

Dróg i przygód w życiu jest niezliczona ilość. Vision Quest to jedna z nich, dla mnie jedna z najcenniejszych. Zanim udałem się na pierwsze odosobnienie, potrzebowałem chodzić po lesie, budzić się w lesie, daleko od ludzi, bo znajdowałem tam spokój, wewnętrzną prawdę, prowadzenie, wskazówki. I dużo siły. Miasto po dłuższym czasie mnie męczy. Staję się rozbiegany, tracę uważność i sens, gubię się. A odnajduję się w lesie. Zawsze ciągnęło mnie, by usiąść pod jednym drzewem i zostać tam tak długo, jak to tylko możliwe. A później dowiedziałem się, że ludzie tak robią i to od setek lat. Po własnych odosobnieniach pomyślałem, że zawołam innych, wypuszczę taką informację w świat, pokażę drogę, którą sam przeszedłem.

Jaki był odzew?

Bardzo duży. Miejsca zaczęły zapełniać się już pierwszego dnia. Przygotowywałem się na to z moją żoną od wielu miesięcy, czekaliśmy na wiosnę. Gdy pierwsza grupa się zebrała, a chętni cały czas pisali, zorganizowaliśmy dwa kolejne terminy.

Ile osób jest w grupie?

Siedem, maksymalnie osiem. Wtedy każdy może znaleźć w lesie takie miejsce, by nie widział innych. W takiej grupie łatwiej również o intymność. Vision Quest, które prowadzimy, trwają sześć lub dziewięć dni, w tym przez trzy lub pięć dni trwa ścisły post i odosobnienie. Wciąż jest więcej chętnych niż miejsc.

Z żoną mieszkacie w tipi, tam rozpoczyna się i kończy rytuał, przy ogniu, wspólnych opowieściach, śpiewach, milczeniu. Odprowadzacie każdego do miejsca odosobnienia, a później przyprowadzacie. Dlaczego?

Życzenie dobrej drogi, symboliczne zamknięcie kręgu, w którym pozostają uczestnicy, dodatkowo uświęca czas i daje siłę. Pamiętam, jak przed trzymiesięcznym odosobnieniem medytacyjnym moja buddyjska nauczycielka powiedziała: „Wiem, że to zrobisz, wiem, że ci się uda”. Dzięki jej pewności odnalazłem ją również w sobie. Odprowadzenie dodaje mocy, głębi, jest formą wsparcia. Podczas odprowadzania prosimy, by każdy zwrócił się do istot i duchów zamieszkujących las z prośbą o możliwość pozostania w tym miejscu, by wypowiedział, na ile pozostaje, i by obiecał nie krzywdzić. Wypowiedzenie słów na głos umacnia, zapisuje je w przestrzeni. Ważne jest też oczyszczenie miejsca z tego, co mogłoby przeszkadzać. Gdy kończy się czas odosobnienia, wołamy poszczących w imieniu wszystkich kobiet i mężczyzn, prosimy, by wrócili z wyprawy do naszego świata, wołamy ich, bo są potrzebni. I taka jest prawda. Potrzebujemy rosnąć dzięki spokojnej mądrości. Przecież cała mądrość świata przychodzi poprzez ludzi – nieważne skąd przychodzi, ale poprzez ludzi. I często ludzie, którzy tę mądrość przynoszą, spędzili czas w samotności, będąc ze sobą, z Bogiem, naturą, rośliną. A potem wrócili i podzielili się swoim skarbem z innymi. Dlatego na koniec tworzymy krąg przy ogniu, by każdy mógł podzielić się swoimi wizjami. To najważniejszy moment wyprawy. Bardzo karmiący. Pamiętam opowieść osoby, która przez lata walczyła z boreliozą, panicznie bała się kleszczy i podczas odosobnienia spotkała ich dwanaście. Wynosiła je poza krąg. Żadnego z tych kleszczy nie zabiła.

I jak rozumiem, to wcale nie jest opowieść o tym, jak powinniśmy traktować kleszcze.

Nie, to opowieść o mierzeniu się z lękiem, to opowieść o współczuciu i miłości. W kręgu dotyka się mitu, uczestniczy się w micie. Wiele osób boi się niedźwiedzi, największych drapieżników na naszym kontynencie. Niedźwiedź jest archetypem dzikiej bestii. To w końcu groźna bestia, która z tych żyjących w lesie najbardziej przypomina człowieka. Ma wielkie pazury, potrafi z łatwością zabić i zjeść sarnę albo wywlec ją na drzewo, by inne zwierzęta nie znalazły mięsa. Niedźwiedź ma pięć palców i pozostawia tropy podobne do człowieka. Potrafi chodzić na dwóch nogach. Żyje w najgłębszym, najdalszym gąszczu, tak daleko od człowieka, jak to tylko możliwe. Ludzie bali się niedźwiedzia od zawsze, bali się wypowiadać jego imię, by go nie przywołać. Nazywano go on albo ten, który je miód.

A Ty się nie boisz niedźwiedzia?

Ja go szukam. Etymologicznie moje imię znaczy niedźwiedź. Gdy widzę tropy niedźwiedzia, to przykładam do nich swoją dłoń. Czuję jego energię, dzikość. Ta istota mnie fascynuje i pociąga dzikością, a jednocześnie napawa lękiem. Dwa bieguny, których wielu doświadcza. Strach przed niedźwiedziem pomaga spotkać się z ukrytymi, własnymi lękami. W ogóle dotykanie granic jest fascynujące. Uwielbiam być w miejscach, w których żyją niedźwiedzie.

Dlaczego?

Bo tam jest dzikość, tam dotykam prawdy. A jeśli dotykam lęku, to ten jest prawdziwy, a nie wymyślony. Najdziksze, najbardziej zarośnięte miejsca wypełnione są życiem. Niestety, coraz mniej jest takich miejsc. Przez ostatnie kilka lat wiele z tych najdzikszych zakątków karpackiej puszczy zostało dosłownie wyciętych w pień. Tam, gdzie dotykałem dłonią niedźwiedzich tropów, teraz są w błocie ślady ciężkich ciągników do wywozu drzew. Dzikie piękno niestety bezpowrotnie znika. Niedźwiedź traci dom.

Spotkałeś się z niedźwiedziem?

Wyszedłem kiedyś w Bieszczadach na polanę. On stał po drugiej stronie. Popatrzyliśmy na siebie. Odszedł, zupełnie spokojnie.

Prowadzicie również Zgromadzenie Wszystkich Istot, na czym ono polega?

To praktyka zapoczątkowana przez Joannę Macy i Johna Seeda w odpowiedzi na postępujące zniszczenie środowiska naturalnego. Bazuje na filozofii głębokiej ekologii, rytuałach pochodzących z różnych kultur, medytacji i współczesnej psychologii. Chodzi o otworzenie ludzi na głębsze odczuwanie przyrody, natury, matki ziemi. Zgromadzenie oparte jest na legendzie. Przed wiekami wszystkie istoty były równe i spotykały się w kręgu, by móc podzielić się swymi radościami, trudnościami, wyzwaniami. Dzięki słuchaniu przyroda była jednią, każdy, ale to każdy miał swój głos. W pewnym momencie człowiek przestał przychodzić do kręgu, uznał, że da radę sam. To, co teraz dzieje się na świecie, czyli katastrofa ekologiczna, wymieranie gatunków, wycinanie ostatnich dzikich lasów, dżungli, zatruwanie mórz, rzek – wypływa z tego oddzielenia. Gdyby człowiek czuł się częścią świata, nie niszczyłby go, wiedząc, że tym samym niszczy sam siebie. Dualizm, że ja jestem tu, a przyroda jest gdzieś na zewnątrz, prowadzi do nadużyć, ale też słabej ludzkiej kondycji, utraty sensu, zagubienia.

Jak w praktyce wygląda takie zgromadzenie?

To rytuał mający swoje etapy. Może trwać kilka dni. Poprzez milczenie, medytacje, wizualizacje, wędrówkę po lesie – inicjuje się doświadczenia umożliwiające poczucie natury, jej głosu, wezwania. Istotne jest doświadczenie żalu związanego z tym, że tracimy właśnie swój świat, dzikość, naturę. To potrafi przytłoczyć. Niektórzy twierdzą, że to za dużo do udźwignięcia, odwracają wzrok. Ale gdy pozwalamy, by te uczucia przepłynęły przez nas, pojawia się współczucie i troska, poczucie siły i pomysły na rozwiązania. Zrozumienie, że to, co się dzieje, nie wydarza się wcale poza nami, że jesteśmy tego częścią. Punktem kulminacyjnym warsztatu jest właśnie zgromadzenie. Każdy z uczestników idzie do lasu lub podczas prowadzonej medytacji otwiera się na głos istoty, która do niego przyjdzie. To może być mysz, kaczka, wilk, niedźwiedź, korzeń, rzeka, głaz, polana, morze zatrute ropą, szczyt góry zniszczonej ośrodkiem narciarskim. Następnie każdy przygotowuje maskę istoty, która przyszła. Spotykamy się w kręgu ubrani w maski. Chowamy ludzką tożsamość i użyczamy głosu istocie, która do nas przyszła. Sam akt wypowiedzenia się w imieniu innej istoty znaczy, że jesteśmy połączeni, że potrafimy się wczuć w inną formę życia i usłyszeć jej wołanie.

Co trzeba zrobić, by ochronić dziką przyrodę?

Najważniejsza jest zmiana świadomości, zmiana czucia i widzenia siebie w świecie. Potrzebne jest głębokie poczucie, że przynależę, że jestem stąd, że jestem dzieckiem tej ziemi, a nie jej panem. Kiedy stawiam się ponad naturą, pojawia się dualizm. Ja jestem tu, a natura tam. Tu, za murami tworzę swój bezpieczny świat, a tam chodzę po surowce i wierzę, że te są nieskończone, a nawet jak nie są, to co mnie to obchodzi. Będąc obcy, mogę brać, ile chcę. Na zewnątrz jest natura, z której mogę czerpać, dzikie zwierzęta, których się boję, i żywioły, które mi zagrażają. Jest jakieś tam i jakieś tu. Gdy jednak zdam sobie sprawę, że wyrosłem z natury, że przyjdą kolejne pokolenia, że tak naprawdę jestem naturą, wtedy rodzi się odpowiedzialność. To jest przemiana świadomości i dojrzałość.

O czym mówią polskie drzewa?

Uważnie słuchają. Dają dużo wsparcia. Można się o nie oprzeć, przyłożyć policzek lub całe ciało, by poczuć życie i zaufać mu. Uczą cierpliwości i wytrwałości. Potrafią stać w jednym miejscu setki lat. Szczególnie te najstarsze, wielkie i piękne, uczą szacunku do starości. Lubię siadać pod drzewami i zastanawiać się, jak to jest tak być w tym miejscu, z tym wszystkim dookoła. Takie wejście w świadomość drzewa jest bliskie bycia świadomym siebie.

Pytasz o coś drzewa?

Kiedyś bardzo często. Pytałem o to, co mam zrobić w danym momencie życia, pytałem, co dalej. Ze spokoju drzewa przychodziły odpowiedzi. Pewność, że przetrwam. Drzewa mówiły, że dają schronienie innym i ja też mogę to robić. Od kiedy przejaśniło się w moim życiu, pytam mniej. Ale wciąż uważnie słucham. Najbardziej intymne spotkanie z drzewem jest dla mnie wtedy, gdy z czułością dotykam ich korzeni.

Co Cię zaskakuje w lesie?

Niedawno na koniec siedmiodniowej męskiej wyprawy postanowiliśmy przesiedzieć ostatnią noc w milczeniu, przy ogniu. To była równonoc. Z czerni i ciszy nocy doleciał dźwięk ptaka. Nagle zaczął śpiewać pieśń. Nie było żadnej próby, zaczął śpiewać pełną parą, na cały dziób i cały las. Zacząłem się zastanawiać, kim jest ta osobistość, która oznajmia zbliżający się wschód słońca. To musiał być ktoś wyjątkowy. Nie bał się odezwać pierwszy, śpiewał przez kilka minut, obudził inne ptaki. Wtedy poleciał dalej, słyszałem go długo, miał silny głos, budził kolejne ptaki. Jakby był posłańcem wschodu słońca, posłańcem dnia.


Mieszko Stanisławski:

filozof, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, absolwent Szkoły Edukacji w Dzikiej Przyrodzie oraz Szkoły Trenerów Rozwoju Osobistego „Meritum”. Przewodnik po dzikiej przyrodzie, trener edukacji ekologicznej, podróżnik, fotograf, muzyk. Ratownik GOPR-u i instruktor narciarstwa PZN. Prowadzi leśne odosobnienia Vision Quest, wyprawy poza szlaki, warsztaty rozwojowe, zajęcia edukacji ekologicznej. Inspirację do pracy czerpie z praktyki buddyjskiej, głębokiej ekologii oraz rdzennych tradycji duchowych. Więcej na www.byciewlesie.pl

Data publikacji:

Robert Rient

Urodzony w Szklarskiej Porębie, dziennikarz i pisarz, autor reportażu „Świadek” wydanego również w Ameryce, powieści „Duchy Jeremiego” i książki „Przebłysk. Dookoła świata – dookoła siebie”. Twórca przekrojowych cykli: „Letnie oświecenie”, „Istoty rzadziej spotykane” i „Ludzie listy piszą”. Więcej na www.erient.info

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!