Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Wiemy, że nie jesteśmy na początku podróży człowieka. Wytworzyliśmy konkretny świat i konkretną ...
2019-08-27 23:50:00

Wyblakłe niebo i granice pychy

„Niebieski marmur”, 2002 r., NASA; źródło:NASA Goddard Space Flight Center Flickr (CC BY 2.0)
Wyblakłe niebo i granice pychy
Wyblakłe niebo i granice pychy

Wiemy, że nie jesteśmy na początku podróży człowieka. Wytworzyliśmy konkretny świat i konkretną ludzkość. Nie możemy zacząć od początku – nie zdecydowalibyśmy się na to.

Czyta się 20 minut

Współcześni mieszkańcy Jamajki, w tym i ja, nie chcieliby wrócić do czasów, kiedy drzewa owocowe nie zostały jeszcze zawleczone na wyspę. Z nasion przeszłości wykiełkowała teraźniejszość, która zagraża błękitnej kropce, jak nazwał Ziemię astronom Carl Sagan. Zapełniliśmy oceany plastikiem, a nasza lekkomyślność zmieniła klimat. Czy wystarczy zasiąść w salach konferencyjnych i, słuchając siebie nawzajem za pośrednictwem tłumaczy, próbować porozumieć się co do tego, co przeszłość dłużna jest teraźniejszości, a co teraźniejszość winna będzie przyszłości? Pisze Diana McCaulay, jamajska działaczka, założycielka oraz prezeska Jamaica Environment Trust, organizacji pozarządowej działającej na rzecz środowiska naturalnego.

1

Dotkliwą suszę roku 1964 pamiętam z dzieciństwa. Najpierw trawa stała się krucha i brązowa, jak zawsze latem. Później ziemia popękała, jakby przeszło trzęsienie ziemi. Stopniowo, skrawek po skrawku umierała murawa, odsłaniając grunt. Podlewałam trawnik pomyjami, ale to nie wystarczyło. Słyszałam, jak dorośli rozmawiali o czymś, co nazywali zasiewaniem chmur i wyobrażałam sobie chmurę z małą roślinką rozwijającą się w środku. Niektórzy ze znajomych rodziców gorąco popierali zasiewanie, ale inni twierdzili, że deszcz z takich chmur może być nazbyt gwałtowny. Kilka miesięcy później usłyszałam, że choć wywołano deszcz za pomocą zasiewania chmur, to spadł nad morzem. Albo może spowodował powódź na Haiti. Susza na Jamajce ostatecznie dobiegła końca, spękana ziemia zasklepiła się, a łyse połacie zarosła na powrót trawa. O zasiewaniu chmur już nie dyskutowano. Jestem przekonana, że nikt z bywalców werandy moich rodziców nie słyszał o geoinżynierii klimatu.

Jestem aktywistką ekologiczną i kieruję Jamaica Environment Trust – organizacją pozarządową działającą na rzecz środowiska naturalnego – od momentu jej powstania w 1991 r. Moją pracą, a jednocześnie powołaniem, jest próba zmiany tego, jak na każdym etapie naszej historii traktowaliśmy nasz wspólny dom. Z tego też powodu nieobcy jest mi termin „geoinżynieria”, rozumiany jako „celowa, zakrojona na szeroką skalę ingerencja w naturalne systemy Ziemi w celu powstrzymania zmiany klimatu”. To jedna z możliwych definicji. Inną mogłaby być antyczna hybris – ludzka arogancja znana z tragedii greckiej; pycha, której rezultatem jest klęska oraz katastrofa.

W roku 1946 laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii Irving Langmuir obserwował, jak granulki suchego lodu zrzucano z małego samolotu wprost do chmury. Wiedział już, że krople deszczowe są zbyt małe, by dotrzeć do ziemi pod postacią opadów. Potrzebowały wsparcia – nasionka – substancji, która umożliwiłaby kropelkom połączenie się i osiągnięcie odpowiedniego rozmiaru, by spaść na powierzchnię planety. Eksperymenty Langmuira wskazywały, że suchy lód byłby idealny do tego celu. Rezultaty wydawały się obiecujące, a Langmuir utwierdził się w przekonaniu, że ludzkość będzie mogła z powodzeniem kontrolować pogodę. Wywoływanie opadów nie zaspokoiło jednak ambicji naukowca, który zapragnął okiełznać huragany. Zgodnie z jego teorią, cyklon można byłoby osłabić, zwiększając promień oka, czyli jego centralnego obszaru. Rok później US Weather Bureau [odpowiednik Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej – przyp. tłum.], wspólnie z Korpusem Łączności Armii Stanów Zjednoczonych, Biurem Badań Morskich Marynarki Stanów Zjednoczonych oraz Siłami Powietrznymi Stanów Zjednoczonych, przeprowadziło operację znaną jako „Projekt Cirrus”. Huragan King przesuwał się poza Miami, kierując się nad Ocean Atlantycki, kiedy został zasiany granulkami suchego lodu. Naoczni świadkowie eksperymentu spodziewali się, że huragan się uspokoi. Jednak, jak napisał Sam Kean w magazynie „The Atlantic”: „huragan wzmógł się i rozszalał. Ku przerażeniu wszystkich, skręcił niespodziewanie ostro – obrócił się o 135 stopni i ruszył w kierunku Savannah w stanie Georgia, powodując zniszczenia mienia o wartości ówczesnych 3 milionów USD [co obecnie odpowiada 32 milionom – przyp. tłum.] i śmierć jednej osoby”.

Piętnaście lat później zainicjowano „Projekt Stormfury”. Wojsko wystrzeliwało w chmury granulki suchego lodu przy pomocy kanistrów rakietowych. Kolejnym etapem był „Projekt Popeye”, w ramach którego armia USA próbowała wykorzystać technologię zasiewania chmur jako broń w wojnie wietnamskiej w latach 1967–1972. Operacja miała wywoływać ulewne deszcze i zakłócać dostawy zaopatrzenia oraz transportu osób w czasie konfliktu zbrojnego. W 1974 r. specjalna komisja Senatu zbadała serię powodzi, która nawiedziła Wietnam Północny trzy lata wcześniej. Pentagon jednoznacznie zaprzeczył istnieniu związku między zasiewaniem chmur a eskalacją powodzi, twierdząc jednocześnie, że opady wzrosły nieznacznie – jedynie o kilkanaście centymetrów na miesiąc. Na pytanie: „Dlaczego wydano 21,6 miliona USD?” [co obecnie odpowiada 130 milionom – przyp. tłum.], padła lapidarna odpowiedź: „Coś musieliśmy zrobić, sir”.

Zrobić coś. Cokolwiek. Ponieważ nie akceptujemy bezsilności. To właśnie nam – koronie stworzenia – dano świat we władanie. To my podporządkowujemy sobie oceany, naturę, ludzi, a nawet przestrzeń kosmiczną. Zatem dlaczego nie huragany? Dlaczego nie sam klimat?

Erupcja wulkanu Pinatubo na Filipinach w 1991 r. przyniosła obniżenie temperatury, co zauważyli naukowcy. Pycha podpowiadała, by przeprowadzić symulację aktywności wulkanu, żeby zredukować skutki globalnego ocieplenia. Inżynierowie klimatu zaproponowali wprowadzenie aerozoli (układów koloidalnych) do stratosfery, co wywołałoby efekt ochłodzenia, który naturalnie zachodzi w wyniku wybuchu wulkanu. Ben Kravitz i Ken Caldeira, naukowcy z Carnegie Institute for Science w Waszyngtonie, razem z Douglasem MacMartinem z Institute of Technology w Kalifornii, przeprowadzili modelowanie skutków zablokowania dwóch procent promieniowania słonecznego. Wnioski ze swoich badań ogłosili w czasopiśmie „Geophysical Research Letters” w 2012 r. Modelowanie pokazało, że niebo zyskałoby jaśniejszy odcień niebieskiego, byłoby bardziej mgliste i wyblakłe, zupełnie jak firmament rozpościerający się obecnie nad zanieczyszczonymi miastami oraz płonącymi lasami. Niebo, jak podaje artykuł, byłoby białawe niezależnie od położenia geograficznego, a zachodom słońca towarzyszyłaby „poświata”.

Nieboskłon, który nie byłby niebieski. Czemu nie?

W 1994 r. astronauta Carl Sagan nazwał Ziemię „błękitną kropką”. Ten opis zainspirowany był zdjęciem wykonanym 14 lutego 1990 r. przez sondę Voyager 1 znajdującą się 6,4 miliardów kilometrów od powierzchni naszej planety – na fotografii Ziemia to krzta światła w czarnym ogromie przestrzeni kosmicznej. Sagan zanotował wówczas: „Tutaj. Tutaj jest dom. Tutaj jesteśmy my… na drobince kurzu zawieszonej w strudze promienia słonecznego”.

Ziemia to niebieska planeta – niebieskie niebo, niebieskie morza i oceany. Jeśli niebo stanie się białe, czy to nadal będzie Ziemia?

2

Na biurku mam starą czarno-białą fotografię jamajskiej plaży bez nazwy. Zdjęcie znalazłam wśród przedmiotów należących do mojej matki, która zmarła w Toronto w 2005 r. Chcę je mieć na widoku, bo przedstawia plażę otoczoną rzędem wysokich palm kokosowych (Cocos nucifera L.), których wcale nie zostało już wiele na Jamajce: padają ofiarą choroby znanej jako żółtaczka fitoplazmatyczna. Smukłe palmy kokosowe zwykle wdzięcznie wyginały się w stronę morza, żeby ich nasiona z łatwością wpadały do wody i mogły, niesione na falach, odbywać powolną podróż do innych zakątków świata. Palmy kokosowe – widok typowy dla Karaibów – przybyły wraz z europejskimi podróżnikami z Azji Południowo-Wschodniej. Krajobraz współczesnej Jamajki obfituje w gatunki zawleczone: bligia pospolita pochodzi z Afryki Zachodniej, chlebowiec z Południowego Pacyfiku – dostał się tam za pośrednictwem londyńskiego ogrodu botanicznego Kew Gardens – banan i mango z Azji Południowo-Wschodniej, kawa z Etiopii, trzcina cukrowa z Nowej Gwinei za pośrednictwem Tahiti, pomarańcza z Chin przez Haiti.

Kolejna czarno-biała fotografia: mam na oko dwa lata, jestem ubrana w sukienkę z falbankami. Towarzyszy mi jedna z ciotek mojej matki – ma pochyloną głowę, nie widzę jej twarzy, więc nie mam pewności, która konkretnie. Sądząc po ukształtowaniu skał i po falach przybrzeżnych, jesteśmy na plaży na Palisadoes, na południe od Kingston. Kamienie lśnią w świetle zachodzącego słońca. Obecnie przestrzeń plaży przejęły wały nadmorskie, umocnienia uzasadnione obawą o następstwa zmian klimatycznych.

Niebo na obydwu fotografiach jest białawe. Czy świat będzie jak czarno-białe zdjęcie, a kolory będą domalowywać tylko ludzie?

3

Odkąd pojawiliśmy się na ziemi, chodziliśmy, maszerowaliśmy, biegaliśmy, wiosłowaliśmy, żeglowaliśmy w poszukiwaniu nowych terytoriów. Z czasem wynaleźliśmy silnik parowy, kolej, samoloty i zaczęliśmy podróżować, gdzie tylko się dało. W podróż zabieraliśmy ze sobą choroby. Nasiona podróżowały przyczepione do naszego obuwia. Przewoziliśmy szczury, króliki, krowy, świnie, konie, ptaki, ropuchy, węże – niektóre przypadkowo, niektóre celowo – bo upodobaliśmy sobie taki właśnie pomysł. W XIX w. Amerykańskie Towarzystwo Na Rzecz Aklimatyzacji miało jasno sprecyzowany plan międzykontynentalnej wymiany flory i fauny. W 1890 r. Eugene Schieffelin [ornitolog amator i członek nowojorskiego Towarzystwa Zoologicznego – przyp. tłum.] wpuścił 60 szpaków zwyczajnych do Central Parku, co stanowiło część planu sprowadzenia do Stanów Zjednoczonych wszystkich ptaków wymienionych w dramatach Szekspira. Populację szpaka zwyczajnego w USA szacuje się obecnie na 200 milionów osobników. Jest uznawany za gatunek inwazyjny.

Pycha kusi. Mangustę (Herpestes griseus) sprowadzono na Jamajkę w 1872 r., by polowała na szczury i węże, które zagrażały plantacjom trzciny cukrowej. Mangusta zajadała się jednak również drobiem i składanymi przez ptactwo jajami, ptakami wijącymi gniazda naziemne, żółwiami, młodymi prosiakami, owieczkami, owocami, rybami, wężami, jaszczurkami, krabami, pochrzynem, kolokazją, batatami, maniokiem (gorzką i słodką odmianą), bananami, mango, bligią oraz awokado. Zdołała też zasiedlać każdą dostępną jej przestrzeń – opuszczone dziuple czy mury pełniące funkcję miedzy. Mangusta trafiła również na lekcje gramatyki w mojej szkole, bynajmniej nie z powodu zagrożeń, które niosła za sobą jej obecność na Jamajce: forma mnoga słowa mongoose to mongooses [a nie, na wzór rzeczownika nieregularnego goose / geese, *mongeese – przyp. tłum.]. Podczas naszych samochodowych wycieczek w głąb wyspy, ojciec miał w zwyczaju, co prawda nie okazując zbytniego entuzjazmu, skręcać w kierunku mangusty przechodzącej przed nami przez drogę. Błagałam go, by tego nie robił. „Mangusty to szkodniki” – odpowiadał, ale nigdy żadnej nie potrącił.

Krzysztof Kolumb ocenił Tainów – rdzennych mieszkańcach Wysp Karaibskich, na które się zabłąkał – jako materiał na „dobrych i inteligentnych służących”. Między XV a XVII w. Europejczycy zawłaszczali sobie ziemie, wytyczali granice na mapach i nadawali nazwy miejscom, których – jak sądzili – byli odkrywcami. Zadekretowali, że ziemia wymaga ulepszeń. Dziki teren potrzebował zarządcy, a „pomniejszej” ludności zamieszkującej tamte rejony przydałaby się edukacja. Zniewoliliśmy zatem tych ludzi – torturowaliśmy ich, mordowaliśmy, zarażaliśmy chorobami. Wykopaliśmy kruszec, zabraliśmy rośliny, nasiona i zwierzęta do Starego Świata. Wiele z naszych spotkań kończyło się eksterminacją napotkanych.

Po śmierci ludzi dotychczas zamieszkujących nowe dla nas tereny, potrzebni byli inni, by karczować lasy, obsiewać pola, kopać kanały, budować drogi, fedrować w kopalniach, osuszać bagna, wznosić budynki. Udaliśmy się do Afryki, nazwaliśmy jej mieszkańców dzikusami i upakowaliśmy ich w ciemnych ładowniach statków, poświęcając im namysł nie większy niż roślinom. Całe ekosystemy nad Atlantykiem ustąpiły trzcinie cukrowej oraz bawełnie. Na niewolnictwie zbudowano niebotyczne majątki, a uprawy prowadzone na plantacjach uznano za fundament cywilizacji: tytoń, ryż, jutę, cukier, gumę, olej palmowy, herbatę, kakao, ziele angielskie, cynamon, gałkę muszkatołową. Wyrafinowane ogrody obsadzone roślinnością z całego świata były świadectwem najwyższego statusu parków, zamków i rezydencji rozsianych po Europie.

Oto niektóre z [europocentrycznych w swej genezie – przyp. tłum.] nazw geograficznych oznaczających miejsca na Jamajce: Spanish Town, Sevilla la Nueva, Oristano, Aberdeen, Llandovery, Elderslie, Vauxhall, Windsor, Kendal, Charlottenburg, Falmouth, Font Hill. To piętna, ucieleśnienie roszczeń tych, którzy przypłynęli statkami i przywłaszczyli sobie, co tylko im się podobało: nazwy odnoszą się wprost do miejsc, które opuścili, możliwe, że nawet do miejsc, które kochali. Pozostało zaledwie kilka nazw z czasów Tainów: Maima na północnym wybrzeżu; Liguanea, gdzie mieszkam – nazwa pochodzi od iguan, których było tu mnóstwo; Guanaboa w Saint Catherine, której źródłosłów odnosi się prawdopodobnie do drzewa guanabany. Jeszcze rzadsze są nazwy upamiętniające tych, którzy opierali się kolonizacji – Quaw Hill i Quaco Point zostały nazwane na cześć wojowników. Uhonorowaliśmy tylko jedną wojowniczkę – Nanny z ludu Maronów – na jej cześć nadając nazwę miejscowości Nanny Town.

Być człowiekiem oznacza współudział w historii. Jednak nie wszyscy jesteśmy jednakowo współodpowiedzialni.

4

Rodzina mojej matki przybyła na Jamajkę w latach 80. XVIII w. Naszym przodkiem był portugalski Żyd, którego najmłodszy syn przypłynął tu i dorobił się na uprawie tytoniu. Moi protoplaści to europejski właściciel niewolników oraz niewolnica – kobieta o zachodnioafrykańskich korzeniach. O Portugalczyku wiem sporo – archiwa dostępne są w Internecie – także o jego męskich potomkach, których imiona nieraz padają w artykułach naukowych: wszyscy byli prominentnymi mieszkańcami tego regionu i zabierali głos publicznie, składali zeznania oraz oświadczenia w trakcie postępowań czy obrad komisji. Znam jedynie europejskie imię i nazwisko kobiety z Afryki Zachodniej, nadane jej na Jamajce, i niniejszym je tu ogłaszam: Nancy McLean. Pochodzę bardziej z linii kolonizatorów niż niewolników, co jest niezaprzeczalnym faktem, który nadal w sobie przepracowuję.

Ciotki mojego ojca mieszkały w rezydencji zwanej Miramont, w domu w stylu kolonialnym, z idealnym widokiem na Góry Błękitnie. Podłoga pokryta była mahoniem: jej czerwonawą powierzchnię polerowała na czworaka czarna kobieta ubrana w biały uniform. Używała łupiny kokosa, by nadać drewnu błysk. Ze wstydem przyznaję, że nie pamiętam jej imienia. Ciotki miały fortepian i uczyły mnie oraz siostrę francuskiego. Serwowano typowy angielski podwieczorek – piliśmy herbatę, jedliśmy roladę biszkoptową i tosty pocięte na trzy części. Wszystkie chciałyśmy ten środkowy kawałek, bez skórek. Ojciec wyburzył dom, by zrobić miejsce pod budowę jednych z pierwszych kamienic w Kingston. Architektura kolonialna urzeka mnie do dziś.

Słów oraz melodii pieśni Rule, Britannia! nauczyłam się w prywatnej podstawówce. Prawnuczki i prawnuki niewolników oraz potomkowie ich właścicieli stali na baczność, wyśpiewując na całe gardło refren: „Brytyjczycy nigdy przenigdy nie będą niewolnikami”. Nosiliśmy mundurki szkolne, a ławki w klasie zaopatrzone były w kałamarze. Nie miałam żadnych czarnych przyjaciół. Uczyliśmy się na pamięć wierszy Williama Wordswortha [angielski poeta epoki romantyzmu – przyp. tłum.] i do dziś umiem wyrecytować jego Żonkile. Jako uczennica nigdy ich nie widziałam. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam ten blady, kruchy kwiatek, doświadczyłam szoku – wyobrażałam sobie, że są wielkie i mięsiste, na wzór anturium.

W 1962 r. byłam już w liceum. Nadal nosiliśmy mundurki, ale kałamarze zniknęły. Śpiewaliśmy nowy hymn Jamajki, który zaczynał się od słów: „Odwieczny Ojcze, błogosław naszej ziemi”. Niektóre koleżanki oraz koledzy z klasy zostali wybrani, by ćwiczyć układy taneczne i zaprezentować je na uroczystościach celebrujących świeżo odzyskaną niepodległość. Nie znalazłam się wśród nich.

Pamiętam dziewczynę, która przyszła do szkoły z afro, fryzurą, jakiej do tej pory nie widzieliśmy. Została wezwana do dyrektora. Nie wiem, co powiedziała, ale nosiła afro aż do ukończenia szkoły. Pamiętam inną dziewczynę, która powiedziała naszemu białemu historykowi, że nie chce być uczona historii przez białego. Te dziewczyny były odważne. Ja nie byłam. Nie byłam z Jamajki, bo nie byłam z ludu. Moja historia to historia oprawcy. Ale wiedziałam, że jestem z tej ziemi.

Oto kraje, w których mieszkają moi krewni: Anglia, Kanada, Stany Zjednoczone, Nowa Zelandia, Australia, Niemcy, Holandia, Antyle Holenderskie, Szkocja, Belgia, RPA, Dania, Izrael, Włochy, Francja, Hiszpania, Dominikana, Szwecja, Chile, Szwajcaria, Norwegia, Finlandia, Irlandia. Wiem o tym dzięki stronie internetowej poświęconej genealogii i mozolnemu wprowadzaniu imion oraz nazwisk członków rodziny. Pomogła też wyszukiwarka sieciowa. Test DNA nie przyniósł żadnych zaskoczeń – moje geny wskazują 89,3% pochodzenia północno-europejskiego (brytyjskie, irlandzkie, francuskie, niemieckie, skandynawskie, włoskie, aszkenazyjskie, iberyjskie, słowiańskie), 9,8% subsaharyjskiego (Zachodnia, Środkowa i Wschodnia Afryka), i 0,4% wschodnioazjatyckiego i rdzennie północnoamerykańskiego. Co pewien czas otrzymuję mailem wiadomość, że serwis genealogiczny odnalazł kolejnego krewnego. Zdarza mi się skontaktować z tymi osobami. Wyobrażam sobie, że są ze mną połączeni niczym grzybnia – gigantyczna substratowa plecha, która współdzieli między siebie wodę oraz substancje odżywcze pobierane z gleby i która, jak twierdzą niektórzy, przekształca las drzew w pojedynczy organizm. Czasami niektórzy z tych dalekich krewnych odpisują. Jeśli tak się dzieje, korespondencja toczy się mechanicznie wokół nazwisk, przerzucamy się nielicznymi opowieściami rodzinnymi, jakie mamy do dyspozycji, po czym po obu stronach zapada cisza. W wynik internetowego testu DNA wierzę tylko połowicznie, ale nieskończenie zaskakuje mnie, że dzięki niemu udaje się znaleźć wspólnych przodków – ludzi, o których nigdy nie słyszałam.

5

W 2015 r. Jamajkę dotknęła kolejna potężna susza. Każdego dnia przeglądałam zdjęcia satelitarne Morza Karaibskiego w poszukiwaniu chmur deszczowych, codziennie na próżno. Nigdy jeszcze nie widziałam tak niskiego stanu wody w morzu; dzień w dzień wyglądało jak namalowane – jak horyzont teatralny. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby niebo było aż tak daleko – tak oddalone, że wyglądało na niemal zupełnie białe. Ludzie przerzucali się żarcikami, życząc sobie depresji tropikalnej lub nawet huraganu. Prezenterzy programów radiowych apelowali do słuchaczy, by nie urządzali „wodnych balang”. Pomimo do cna wysuszonej ziemi, powietrza przesyconego pyłem i rzek zamienionych w kałuże, organizatorzy wydarzeń rozrywkowych pobierali wodę z jakiegokolwiek jeszcze istniejącego cieku, by ochłodzić imprezowiczów. Setki, jeśli nie tysiące, osób uczestniczyło w tych orgiach głupoty.

Jestem zaangażowana w kampanię na rzecz uchronienia Cockpit Country przed industrializacją i rozpoczęciem w regionie wydobycia boksytu – walka o zachowanie przyrody trwa tam już od ponad 20 lat. Cockpit Country to miejsce na Jamajce, gdzie Maroni (Maroons), zbiegli niewolnicy – nazywani tak najprawdopodobniej od hiszpańskiego słowa cimarron (dziki) lub francuskiego maron (uciekinier) – prowadzili górską partyzantkę przeciwko Brytyjczykom, zmuszając ich do podpisania traktatu pokojowego w roku 1739 [zakończył on tzw. Pierwszą Wojnę z Maronami – przyp. tłum.]. Teren jest nadal w większości niedostępny, a w rezultacie pokryty dziewiczymi lasami. Z powietrza Cockpit Country wygląda jak porośnięta zielenią, odwrócona wytłaczanka do transportu jajek. Nie ma zbyt wielu miejsc, z których można dostrzec ten region z poziomu podnóża wzgórz. Poza ptactwem i motylami, których na całej Jamajce jest mnóstwo, zwierzęta oraz roślinność przebywają tam w ukryciu. Pochowane. Dziwaczne. Żaba, która chrapie. Krab, który wychowuje potomstwo w skorupie należącej uprzednio do ślimaka. To miejsce, po którym stąpasz, które masz na wyciągnięcie rąk, gdybyś tylko wiedziała, gdzie skierować wzrok; to miejsce, które powoduje, że zwalniasz. Co najważniejsze, ten obszar jest złożonym systemem retencyjnym – kolektorem wody, redystrybuującym wodę deszczową poprzez żyły i arterie rzek, źródełka, strumienie, kewiry, rozlewiska, przesieki oraz stawy po wyspie. Niektóre prognozy klimatyczne przewidują, że do lat 50. XXI w. opad deszczu na Jamajce ulegnie zmniejszeniu o 40%. Cockpit Country to serce wyspy. Gdy to czytasz, możliwe, że los regionu jest już znany.

6

Wiemy, że nie jesteśmy na początku podróży człowieka. Wytworzyliśmy konkretny świat i konkretną ludzkość. Nasz dorobek to bestialstwa oraz podboje, przesiedlenia, wykluczenia, ludobójstwo i spustoszenie ziemi. Nie możemy zacząć od początku – nie zdecydowalibyśmy się na to. Współcześni mieszkańcy Jamajki, w tym i ja, nie chcieliby wrócić do czasów, kiedy drzewa owocowe nie zostały jeszcze zawleczone na wyspę. Z nasion przeszłości wykiełkowała teraźniejszość, która zagraża błękitnej kropce Carla Sagana. Zapełniliśmy oceany plastikiem, testowaliśmy broń, która mogłaby eksterminować wszystko, co żyje, a nasza lekkomyślność zmieniła klimat. Czy wystarczy zasiąść w wielkich salach konferencyjnych rozsianych w różnych częściach świata i, słuchając siebie nawzajem za pośrednictwem tłumaczy, podjąć próbę dojścia do porozumienia co do tego, co przeszłość dłużna jest teraźniejszości, a co teraźniejszość winna będzie przyszłości?

Wiemy też, że natura niszczy swoje wytwory. Błyskawice przynoszą pożary lasów, które usuwają podszycie i pozwalają na wzrost nowych roślin. Huragan idzie jak przecinak przez rafę koralową, zostawiając za sobą rumowisko, ale mikroskopijne organizmy, na poły zwierzęta, na poły rośliny, rozpoczynają mozolną odbudowę największych struktur na Ziemi. My, ludzie – swoją zawziętością, sprawczością i nieposkromioną pychą – mnożymy zniszczenie. Być może jednak przy stołach konferencyjnych rozpocznie się skrupulatna rekonstrukcja tego, co utraciliśmy oraz uznanie tego, co nadal możemy stracić. Być może – o ile zadamy pytania, które odsłonią wartości, jakimi kieruje się ludzkość.

Pytanie pierwsze: czy zmiany wywołane przez warunki pogodowe, trzęsienia ziemi i procesy naturalne różnią się od tych wywoływanych przez maszyny stworzone przez człowieka? Huragany zmieniają kształt linii brzegowych; plaże stają się mieliznami przybrzeżnymi, wydmy zostają zrównane z ziemią, a gdzie indziej powstają inne plaże, świeże i połyskliwe. Nasiona palm kokosowych przybyły na Wyspy Karaibskie z daleka, a gdy te drzewa obumarły, ludzie sprowadzili nasiona innych odmian kokosa. Możliwe, że one też dołączą do roślin wymarłych na Jamajce. Miejsca kiedyś porośnięte drzewami zaliczanymi do twardych gatunków – yacca, mahoń, cedr – są teraz całkowicie pokryte bambusem. Oczyma wyobraźni widzę turystów odwiedzających Jamajkę w przyszłości: fotografują falujący bambus i wydają z siebie odgłosy aprobaty. Nawet nie dostrzegamy różnicy między bambusem a lasem. Oba są zielone – czegóż jeszcze można chcieć?

Pytanie drugie: a jeśli nie ma niczego wzniosłego w rafie koralowej czy lasach? Niczego, co moglibyśmy opłakiwać pod bladym niebem? Szukaliśmy bóstw we wschodach słońca i burzach, gdy nie rozumieliśmy tych zjawisk. Potem zgłębialiśmy wiedzę na ich temat, publikowaliśmy prace badawcze w czasopismach akademickich oraz wygłaszaliśmy odczyty na konferencjach naukowych na całym świecie i nasz język stał się beznamiętny. Używaliśmy strony biernej. Badaliśmy śmierć rzeczy. Nauka nie oznaczała zrozumienia lub docenienia. Teraz robimy zdjęcia mocno uszczuplonej przyrodzie i publikujemy je w mediach społecznościowych. Oceniamy niezadowalającą puszystość ręczników plażowych, zamieszczając opinię na TripAdvisorze.

Pytanie trzecie: czy Ziemia stanie się – czy może stać się – czymś, co nie będzie już Ziemią? Górnik spytał mnie niedawno, czy podoba mi się pomysł pomalowania wyrobisk naziemnej kopalni odkrywkowej w jamajskich górach w ramach odbudowy środowiska naturalnego. „Użylibyśmy zielonej farby” – powiedział, jakby chciał mnie uspokoić. „Z daleka wyglądałoby to jak las”. A jeśli to, czego wszyscy tak naprawdę chcemy, to mural przedstawiający przyrodę, namalowany na rozpadającej się ścianie, vis a vis nieistniejącego już oryginału? A jeśli dla większości z nas różnica między zachodem słońca a jego poświatą jest bez znaczenia?

Pytanie czwarte: czy jest możliwe, że kiedykolwiek będziemy traktować błękitną kropkę z szacunkiem należnym skomplikowanym procesom, które na niej zachodzą i zapewniają ludziom wszystkie warunki niezbędne do życia? Czy kiedykolwiek okażemy należyte poszanowanie zawiłym połączeniom, które nie do końca rozumiemy? Przeczytałam hydrologiczną analizę regionu Cockpit Country opracowaną w 2004 r. przez Water Resources Authority [agencja rządowa odpowiedzialna za zarządzanie, ochronę i kontrolowaną dystrybucję zasobów wodnych na Jamajce – przyp. tłum.] i zrozumiałam, jak źródła oraz strumyki stają się rzekami, o których uczyliśmy się w szkole, a następnie znikają pod powierzchnią ziemi, przekształcając się w inne potoki i strumyki. Cytując wspomniane opracowanie:

„One-Eye River płynie na powierzchni aż do Wallingford Cave obok miasteczka Balaclava [położonego w Saint Elizabeth z widokiem na pogórze Cockpit Country], gdzie znika pod ziemią… ponownie wydostaje się na powierzchnię w okolicy Mexico Cave i kieruje się na zachód poprzez Nassau Valley, [gdzie] część cieku niknie pod ziemią i wraca ponownie na powierzchni… jako Elim River”.

Iguany żywią się owocami znalezionymi w lasach Hellshire Hills i rozsiewają ich nasiona w czerwonawej, bogatej w żelazo glebie białych wapiennych wzgórz. Każde nasiono dostaje odrobinę naturalnego nawozu – w tym lesie gady są niezbędne. Franz Kafka twierdził, że ludzka natura nie znosi ograniczeń i że jeśli narzucimy sobie okowy, od razu rzucimy się także, by je szaleńczo zrywać, aż rozszarpiemy wszystko – zarówno kajdany, jak i nas samych. Czy rzeczywiście możemy sobie pozwolić na brak ograniczeń, poświęcając nawet planetę?

Pytanie piąte: czy warto zrozumieć, jak bardzo wszyscy jesteśmy teraz współodpowiedzialni? Jaki dług względem potomków niewolników mają potomkowie właścicieli plantacji? A jeśli pochodzimy zarówno od kolonizatorów, jak i skolonizowanych? Czy konsumenci końcowi korzystający z plastiku są w równym stopniu odpowiedzialni za zupę syntetycznego śmiecia w morzach i oceanach, co producenci tworzyw sztucznych? Czy ci, którzy latają samolotami, ponoszą taką samą odpowiedzialność jak ci, co wydobyli paliwo utrzymujące samolot w powietrzu i ci, którzy pozyskali boksyt celem przerobienia go w latające aluminium?

Ojciec Ramon Pane był świadkiem zwyczajów karaibskiego ludu Tainów w XVI w. Jak pisał, praktykowali system wspólnej własności i prowadzili pokojowe życie, co kolonizatorzy uznali za słabość. Tainowie zostali zgładzeni i przetrwali tylko w DNA współczesnych mieszkańców Karaibów. Populacja o wiele bardziej wojowniczego ludu Karibów została dotkliwie uszczuplona, ale akurat ci prekolumbijscy mieszkańcy regionu przetrwali.

Być może odpowiedź na wszystkie te powyższe pytania kryje się w dwóch słowach: wspólne (common) i dobro czy bogactwo (wealth). Wspólne: należące w równym stopniu albo współdzielone przez dwie lub więcej osób. Należące do całej wspólnoty lub społeczeństwa. Występujące, zaakceptowane, praktykowane, zwyczajne, znane. Bogactwo: obfitość przedmiotów wartościowych lub pieniędzy. Bogate zasoby czegoś pożądanego. Jak woda. Jak powietrze. Cytując Kartę Wspólnoty Narodów:

„Podkreślamy, że szczególna siła Wspólnoty [Commonwealth] opiera się na połączeniu naszej różnorodności z naszym wspólnym dziedzictwem wyrażanym poprzez język, kulturę i rządy prawa; na złączeniu wspólną historią i tradycją; na szacunku dla wszystkich stanów i ludzi; na wspólnie wyznawanych wartościach i zasadach oraz na trosce o słabszych”.

Wspólnota: podział rzeczy, które mają wartość niemonetarną, wśród krajów połączonych historią podbojów i ucisku. Chęć zmierzenia się z nadciągającym zniszczeniem naszego wspólnego, jedynego domu oraz gotowość do borykania się z naszą genetyczną spuścizną – z ostrą reakcją na stres zgodnie z zasadą „uciekaj lub walcz”, która z łatwością radzi sobie z przekształceniem obawy przed bezpośrednim niebezpieczeństwem w działanie, ale ignoruje odległe zagrożenia, których sami jesteśmy sprawcami. Chęć zmierzenia się z prawdą o naszych spuściznach. Chęć wzięcia na siebie współwiny.

Oto drzewa owocowe rosnące w moim ogrodzie; każde z nich zostało kiedyś sprowadzone na Jamajkę: bligia, trzy odmiany mango, awokado, chlebowiec, liczi (nigdy nie owocuje), pigwica. Nie jestem, tak po ludzku, w pełni usatysfakcjonowana i marzy mi się jeszcze limonka. Pewna jestem natomiast, że niebo nie powinno być białe.

 

Tłumaczenie: Bartosz Wójcik

Tłumacz dziękuje Małgorzacie Paprocie za wsparcie redakcyjne.

 

Data publikacji:

Diana McCaulay

Jamajska działaczka ekologiczna i pisarka. Założycielka i prezeska Jamaica Environment Trust, organizacji pozarządowej działającej na rzecz środowiska naturalnego. Autorka powieści: „Dog-Heart”, „Huracan”, „Gone to Drift” i „White Liver Gal”. Za opowiadanie „Łowca delfinów” otrzymała nagrodę w Konkursie Wspólnoty Narodów na Opowiadanie (2012).

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!