Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

„Przekrój” – poznaj nasze czułe struny!

Ta jesień jest pełna czułości! A już na pewno jest jej pełen jesienny „Przekrój”. W nowym numerze piszemy o tym, jak czułością zmieniać świat, a także o: mądrej edukacji, hologramach, grzybach (też tych, wiadomo których), dojrzałości i Inkach. Zastanawiamy się, czym jest prawda i jak opisać piękno. 196 stron do czytania przez trzy miesiące!

Kup numer na jesień

Jesienny „Przekrój” w nowym formacie jest wygodniejszy do czytania i idealnie mieści się w skrzynce pocztowej. Tylko na stronie Przekroj.pl w niższej cenie. Sprawdź!

Przekrój
Film o krowie? – zdziwienie było chyba najczęstszą reakcją po canneńskich pokazach nowego ...
2021-10-13 00:00:00

Ile może nauczyć nas krowa?
Rozmowa z reżyserką Andreą Arnold

kadr z filmu „Krowa”, reż. Andrea Arnold
Ile może nauczyć nas krowa?
Ile może nauczyć nas krowa?

Film o krowie? – zdziwienie było chyba najczęstszą reakcją po canneńskich pokazach nowego filmu Andrei Arnold, sławnej reżyserki współczesnego brytyjskiego kina, która właśnie wykonała niespodziewaną, ale bardzo ciekawą woltę w swojej karierze. O to, dlaczego bohaterką jej najnowszego filmu stała się akurat krowa, pyta ją Kuba Armata. 

Czyta się 10 minut

Po oscarowej Osie (2003) i późniejszym sukcesie wyreżyserowanych przez nią American Honey oraz Fish Tank wydawało się, że dla Andrei Arnold drzwi do Hollywood są nie tyleż uchylone, co otwarte na oścież. Ale zamiast kolejnej wysokobudżetowej produkcji z gwiazdorską obsadą brytyjska reżyserka zrobiła kameralny, proekologiczny dokument Cow (Krowa) o czarno-białej Lumie, który swoją premierę miał na ostatnim festiwalu w Cannes. 

„Ten film to próba zbliżenia nas do tego zwierzęcia. Tak, by zobaczyć piękno Lumy, nie w sposób romantyczny, a realistyczny. Kiedy patrzę na Lumę, widzę w niej cały świat” – mówi Andrea Arnold. Jej dokument to zniuansowana opowieść o rzeczywistości mlecznej krowy i roli, jaką pełni w naszym ludzkim życiu. Przedstawiona z perspektywy zwierzęcia, bo ludzie mają tu co najwyżej drugoplanowe role. Chociaż to oni obsługują całą skomplikowaną maszynerię na farmie, której podporządkowana jest codzienność Lumy. Filmowanej z bliska, z dużą empatią i czułością, kamerą polskiej autorki zdjęć Magdaleny Kowalczyk. W chwilach błogiego spokoju, wycieńczającej pracy, cudu narodzin, ale i w tym najbardziej dramatycznym momencie, który niechybnie musiał nastąpić. Bo jak przekonuje reżyserka: „śmierć to część tego wszystkiego”.

Kuba Armata: Chyba już nie dało się dalej uciec od Hollywood?

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Andrea Arnold: Trochę tak to wygląda, prawda? To nie był z góry założony plan, ale rzeczywiście ten film jest na drugim biegunie mojej twórczości. Jeden z dziennikarzy powiedział mi nawet po projekcji, że jak zobaczył w programie festiwalu tytuł Cow i moje nazwisko obok, myślał, że to będzie o rzeźni. Pomyślałam sobie wtedy, co jest nie tak z moją reputacją? (śmiech).

Opowieść o krowie to Pani powrót do dzieciństwa?

Zupełnie nie, pierwszy kontakt z krową miałam, gdy byłam już prawie dorosła. Wychowałam się raczej pośród miejskiego krajobrazu, choć może lepiej powiedzieć, że było to graniczne miejsce. Tereny przemysłowe, ale były tam też lasy. A więc połączenie natury oraz ingerencji człowieka. Mama urodziła mnie w wieku 16 lat, a do 22. roku życia miała już czwórkę dzieci. Ojca często nie było w domu, nikt specjalnie zatem nade mną nie czuwał. Od bardzo wczesnego dzieciństwa całe dnie spędzałam na dworze – i mówiąc o wczesnym dzieciństwie, mam na myśli czas, kiedy miałam trzy, cztery albo pięć lat. Przez te lata eksplorowałam środowisko, w jakim przyszło mi dorastać, włóczyłam się po okolicy, chodziłam po lesie, okolicznych żwirowniach, nad rzekę. Jako że mama specjalnie nas nie pilnowała, przynosiliśmy z rodzeństwem do domu różne zwierzęta, mieliśmy ich całe mnóstwo. Pamiętam, że kiedyś poszłam gdzieś z moją najlepszą przyjaciółką Debrą, miałyśmy wtedy po 10 lat. Powiedziała, że jej koleżanka ma szczeniaki, więc pobiegłyśmy je zobaczyć. I to oglądanie skończyło się na tym, że wzięłam jednego do domu. Nie musiałam o to nikogo pytać. Mój pies nigdy nie miał żadnej smyczy, obroży, robił, co chciał, choć żył w naszym domu. Włóczył się i wracał, podobnie jak ja – włóczyłam się i wracałam.

Tych doświadczeń ze zwierzętami było więcej?

Choćby takie: pewnego dnia mój tata przyprowadził do domu owcę. Byliśmy na rynku, gdzie ojciec czasami coś sprzedawał i poprosiłam go o owcę; miałam wtedy pięć albo sześć lat. Pamiętam, że miała bardzo bujne runo, zwłaszcza że nigdy jej nie goliliśmy. Biedne stworzenie, nie wyobrażałam sobie wtedy, jak bardzo musiało jej być gorąco… Moja relacja z naturą od zawsze była bardzo intensywna. Kiedy już w starszym wieku przeniosłam się do Londynu, a w mieście przecież zawsze stajemy się bardziej odizolowani, czułam zawsze pewien rodzaj straty. I już potem zawsze odczuwałam prawdziwy smutek z powodu naszego odłączenia się od przyrody. Powinniśmy być częścią tego kontinuum – zresztą przecież tak naprawdę nią właśnie jesteśmy – a często tak się nie zachowujemy. Myślę też, że skutkiem tego odłączenia może być to, że nasze współczesne spojrzenie na przyrodę często ma wymiar romantyczny. Widzimy sielankę, a nie to, jaka natura jest naprawdę. Pasące się spokojnie krowy to bardzo typowy obraz na Wyspach Brytyjskich, podczas kręcenia Cow zastanawiałam się, jaka siła w nim tkwi. Zastanawiałam się także, jaka jest rzeczywistość, ukryta za tą jej romantyczną wizją. Postanowiłam pokazać pewną świadomość przez pryzmat relacji z jednym zwierzęciem.

Od samego początku jasne było, że tym zwierzęciem, bohaterem Pani filmu,  będzie krowa? Co w niej było specjalnego, że to opowieść o niej, a nie np. o owcy podobnej do tej z dzieciństwa?

Tak jak wspomniałam, w dzieciństwie w zasadzie nie miałam kontaktu z krowami, ale z owcami, poza tą jedną jedyną, też nie. W miejscu, gdzie się wychowałam, nie było zbyt wielu farm, a raczej dzika, nieokiełznana przyroda. Pierwszy bliższy kontakt z krową miałam dopiero w wieku 18 lat. Byłam na spacerze z moim chłopakiem, który chciał mi zrobić ciekawe zdjęcie. Kiedy wyszłam na łąkę, całe stado krów podeszło do mnie, najwyraźniej ciekawe, co się dzieje. Kiedy byłam dzieckiem, miałam kontakt jedynie z małymi zwierzętami, a tu nagle  – one. Miałam świadomość ich rozmiaru, ale jednocześnie miały w sobie dużą delikatność. Lizały mnie, była w tym jakaś wielka, niespotykana czułość. Zafascynował mnie ich rozmiar i to, że my, ludzie, potrafiliśmy je oswoić. Na pewno w przypadku mlecznych krów ważny jest dla mnie też kobiecy aspekt. Pracują bardzo ciężko, są eksploatowane, a ich życie podporządkowane jest macierzyństwu. Są zapładniane, zachodzą w ciążę, rodzą, dają mleko. I tak przez cały czas. Może się to powtarzać nawet 15 razy. 

Czy wybór Lumy – decyzja, że chce Pani opowiedzieć o tej konkretnej krowie – był trudny?

Kiedy pojechaliśmy na tę farmę, zobaczyliśmy mnóstwo krów. Myślę, że każdy z nas w takim miejscu widzi stado, a nie pojedyncze zwierzęta. To postrzeganie się zmieniło dopiero później, kiedy już wybraliśmy Lumę i zaczęliśmy ją filmować. Dlaczego właśnie ona? Była piękna. Oczywiście, wszystkie krowy były piękne, ale ta wydała mi się w jakiś sposób szczególna. I miała dobre podejście. Tak przynajmniej powiedzieli mi ludzie z farmy, a ja uznałam, że potrzebuję krowy z pozytywnym nastawieniem do świata!

Ostatnio jest głośno o filmie Gunda rosyjskiego reżysera, Wiktora Kossakowskiego. Z czego to wynika, że dwoje znanych twórców w podobnym czasie robi dokumenty o zwierzętach hodowlanych?

Słyszałam o filmie Wiktora Kossakowskiego, ale jeszcze go nie widziałam. A co do tego zbiegu okoliczności – coś ewidentnie wisi w powietrzu. Może to jest temat, który jest zgodny z duchem czasu? Bywa, że ludzie nagle zaczynają podejmować kwestie, które są w życiu ważne – wydaje mi się, że to jest jedna z nich. Chociaż muszę powiedzieć, że nad Cow pracowałam po cichu przez bardzo długi czas, pomysł na ten film pojawił się już siedem lat temu.

W ostatnich latach toczy się dyskusja na temat świadomości zwierząt oraz tego, czy i jak odczuwają emocje. Jakie jest Pani zdanie?

Podczas zdjęć okazało się, że Luma jest w ciąży. Umieszczono ją w kojcu wraz z innymi krowami, które miały rodzić. I ona doskonale wiedziała, co się będzie działo. Nie wszystkie z tych scen znalazły się w filmie, ale jest scena, kiedy ona zaczyna muczeć w określonych sytuacjach, próbuje się komunikować. Najbardziej bolesne jest to wtedy, gdy już po porodzie odbierają jej cielaka. Luma wtedy zachowuje się zupełnie tak, jakby mówiła, co czuje. To robi wrażenie.

Jestem pewna, że zwierzęta są świadome, zresztą dowody na tę tezę są przytłaczające. Jednak nam jest wygodnie myśleć, że zwierzęta hodowlane nie mają świadomości i nie odczuwają emocji. Pamiętam, że byłam kiedyś na Arktyce i przywiozłam stamtąd mojemu ówczesnemu partnerowi książkę kucharską. Były w niej przepisy na burgery z mięsa niedźwiedzia polarnego, dania z foki, makaron z mięsem łosia. Mój partner się tym zachwycał i powtarzał: „Wow, burger z niedźwiedzia polarnego. Ale numer, pasta z łosia”. A ja go zapytałam, jaka jest różnica pomiędzy tym a burgerem wołowym.

To, jak wygląda dziś przemysł spożywczy i hodowla zwierząt, też było jedną z motywacji do zrobienia tego filmu?

Chciałabym, żeby ludzie odebrali ten film w taki sposób, w jaki mają na to ochotę. Natomiast słucham prognoz odnośnie tego, jak będzie wyglądała nasza przyszłość. Ilość mięsa, jaką jemy, prowokuje wiele pytań, związanych chociażby ze zmianami klimatycznymi, kolejną pandemią, naszą odpornością na antybiotyki. Jest wiele istotnych kwestii na świecie, które wiążą się z tym, jak dużo mięsa spożywamy. Niestety uważam, że ludzie sami z siebie się nie zmienią. Zmiany klimatyczne są tego dowodem, przecież nikt nimi się specjalnie nie przejmuje.  Ludziom trudno przejąć się czymś, co bezpośrednio nie wiąże się z ich życiem, żyją na zasadzie: dopóki tajfun nie rozszaleje się dookoła mojego domu, to nie do końca wierzę w jego istnienie. Jedynym sposobem, by coś zmienić, jest podejmowanie decyzji na wyższych szczeblach. Nie sądzę, żeby wiele osób odmówiło sobie jedzenia mięsa w trosce o klimat. Ostatni rok w Stanach Zjednoczonych był rekordowy pod względem spożycia mięsa. Wydaje mi się, że ludzie w ten sposób po prostu się pocieszali w trakcie pandemii. Na szczęście szuka się nowych sposobów pozyskiwania białka, jak chociażby to pochodzenia roślinnego, które jest tańsze, a tak samo dobre dla organizmu i w dodatku smakuje jak mięso.

Co Pani myśli o ludziach, którzy pracowali na farmie, gdzie kręciła Pani film?

Byli fantastyczni, nigdy nie pomyślałam o nich źle. Pracują naprawdę ciężko, wielu z nich od bardzo dawna. W tych okolicznościach robią dla zwierząt, co mogą. To jest po prostu ich rzeczywistość. Ci ludzie doskonale wiedzieli, co zamierzamy zrobić. Wszystko było bardzo klarowne. Zresztą spotkałam się z nimi przed przyjazdem do Cannes. Powiedziałam, że prawdopodobnie wiele będzie się o tym pisało, ludzie mogą mówić różne rzeczy. Chciałam ich ostrzec, poznać ich obawy i móc z nimi o tym porozmawiać.

Czego nauczyła się Pani o krowach z tego filmu?

Gdy patrzyłam na Lumę, miałam przekonanie, że to jest właśnie życie. Może więc nauczyłam się patrzeć?

W Pani filmie ludzka obecność jest zredukowana do minimum. Takie było założenie od początku?

Tak, choć chyba nie chodziło nawet o minimalizowanie, a o samo przebywanie ze zwierzęciem. Szybko zdałam sobie sprawę, że w oczach Lumy jest wszystko, dlatego chcieliśmy się skoncentrować na jej głowie w największym możliwym stopniu. Dlatego też na autorkę zdjęć wybrałam Magdę Kowalczyk. Kiedy rozmawiałam z nią w Polsce, pojechała sfilmować kilka krów, koncentrując się właśnie na tym elemencie. Zrobiła świetną robotę. Patrzysz na krowy i zdajesz sobie sprawę, że one na co dzień wcale tak dużo nie robią. Poza łąką stoją w zagrodach. Nuda. Nagle ktoś otwiera drzwi i wszystkie reagują. A ty za nimi: „Kto jest za drzwiami? O mój Boże, co się dzieje?”. Pojawia się ekscytacja. Zdałam sobie sprawę, że wystarczy po prostu być z tymi krowami i dzielić ich doświadczenie. Kiedy nagle weterynarz stanie tuż przed jedną z nich, zdajesz się rozumieć jej sytuację.

Czy przebywanie tam, wiedząc, jak to wszystko się skończy i że nie będzie to raczej happy end, było trudne?

Bardzo się do Lumy przywiązaliśmy. Dzień, w którym odeszła, był trudny, ale było też coś pięknego w jej śmierci. Czułam, że śmierć stanowi część tego wszystkiego. Wydaje mi się, że jestem realistką, jeśli chodzi o takie sprawy. Może to nie jest zbyt romantyczne, ale taka jest rzeczywistość. Niektóre z tych rzeczy są trudne do przyswojenia, a my staramy się unikać niekomfortowych sytuacji w życiu. Nie jest tak? Czasami wolimy po prostu nie wiedzieć. A życie bywa brutalne.

W niektórych kwestiach możemy jednak podejmować bardziej świadome decyzje.

Oczywiście i każdy powinien to robić w zgodzie ze sobą. Wczoraj ktoś opowiadał mi, że niedawno jakiś znany influencer z Rosji miał ponoć iść ulicą i przechwalać się dość głośno, że co prawda ma kawę, ale już jednak bez mleka, bo właśnie widział film Cow.

Pokazywanie śmierci zwierząt to delikatna sprawa. W Pani filmie możemy jednak ją wyraźnie zobaczyć. Spodziewa się Pani jakiejś reakcji ze strony obrońców praw zwierząt?

Ale dlaczego? Pokazuję przecież dokłądnie to, co robimy każdego dnia, przecież my, ludzie zabijamy zwierzęta. Śmierć Lumy była bardzo szybka. W pewnym momencie musiałaby umrzeć. Tak jak my wszyscy. Mam nadzieję, że kiedy dla mnie nadejdzie ta chwila, będę szła ulicą w słoneczny dzień, zjem coś i już. „Do widzenia”.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!