Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Już jest – nowy „Przekrój”, a w nim jak zwykle dużo wszystkiego! Piszemy o bliskich nam wartościach, dalekiej Japonii i jeszcze dalszej Wenus. Rozmawiamy z dziećmi i mądrymi dorosłymi, przyglądamy się snom i fraktalom. Wiosenny "Przekrój", jak można go nie kupić?

Kup numer wiosenny

Przekrój
Ci z Państwa, którzy w dzieciństwie biegali po podwórku z chmarą innych dzieci, mogą się okazać ...
2020-12-11 09:00:00
dzieciństwo
Weź się, podziel!

Brak nie oznacza jeszcze ubóstwa. W zachowaniu zdrowego umiaru w czasach nadprodukcji na kredyt pomocne są wspomnienia z polskich podwórek. Zanim zaczęliśmy je grodzić i prywatyzować, były zarządzane demokratycznie i opanowane przez dziecięcą ekonomię współdzielenia.

Czyta się 13 minut
Czyta Nina Harbuz

Wypożyczalnia sprzętu sportowego powstała w małym piwnicznym pomieszczeniu w naszej klatce. Ale po sanki, łyżwy, piłki, kije hokejowe mogli zgłaszać się mieszkańcy całego osied­la, nawet ci z najodleglejszych bloków. Zeszytu z zapisami pilnował mój tata, który ten rezerwuar wymarzonych rakiet i paletek wymyślił. Pieniądze dał Komitet Osiedlowy. Pamiętam zapach tego małego pomieszczenia oświetlonego gołą żarówką. W zamykanym na kłódkę piwnicznym powietrzu wisiała obietnica sportowych wrażeń – inni już ich zaznali i zdążyli naopowiadać, jak świetnie się grało albo jeździło. Aromat skóry, plastiku i drewna mieszał się z zapachem rzeczy używanych, historii już wydarzonych oraz przeżyć, których nie można mieć na własność, ale można wziąć w nich udział.

Asortyment wypożyczalni był imponujący jak na ubogie lata 80. XX w. Dzieciaki ustawiały się w długiej kolejce po dwie wąskie deskorolki typu „łezka”, kilka kijów hokejowych oklejonych taśmą w miejscach uszkodzeń i dwa ciężkie czarne krążki, drewniane rakiety tenisowe, zestaw do badmintona nazywanego wtedy kometką (z lotką obciążoną plasteliną i ­wciśniętym w nią kamyczkiem), dwie pary sanek, narty zjazdowe i biegowe wraz z kijkami, łyżwy dziewczyńskie – z białej skóry – i te dla chłopaków – czarne, z szeroką płozą, łataną piłkę do nogi, piłki do kosza i siatkówki oraz zdarte paletki do tenisa stołowego. Czekanie w rzeczywistości niedoborów było sprawą normalną i nikogo nie dziwiło. Podobnie jak to, że ktoś ma coś, czego samemu mieć nie można. Były na to sposoby.

Złote piachy

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

„Dzień dobry, jest Tomek? A wyjdzie na dwór?” Na podwórku nasze skromne indywidualne możliwości natychmiast się pomnażały. Razem można było więcej – więcej wymyślić, więcej mieć. Wystarczyło, że jeden dzieciak wyszedł z piłką i zaczął kopać o ścianę bloku, a echo odbijania wyciągało z domów całą zgraję i zaczynał się mecz. Dziewczyny i chłopaki, w nogę, w króla, w dwa ognie – pięciolatki i piętnastolatki. Razem, bez podziałów i sekciarstwa, bo zabawa była możliwa tylko w większej ekipie. Wtedy rywalizacja, emocje, wygrana nabierały sensu.

Wystarczyło, że jeden dzieciak zszedł do piaskownicy i zaczął kopać, budować, przyklepywać, a wkrótce w piachu robiło się tłoczno. Budowaliśmy wspólnie albo każdy kopał w swoim miejscu – najlepsze były rogi, bo przy betonowych murkach zalegało najwięcej wilgotnego piachu, który najbardziej się lepił. Ale nawet na środku z sypkiego i suchego materiału można było przesiewać i gotować wytworne zupy z dodatkiem liści i patyków. Nie było złych miejsc do zabawy, wszystko było kwestią wyobraźni. Te swoje zamki i fortece „odwiedzaliśmy” – chodziło się oglądać, co koleżanka zbudowała. Przyjeżdżało się do niej swoim resorakiem, przychodziło ze swoją lalką. Podziwiało, zapraszało do siebie, w drugi róg albo pod rynnę, przy której powstała okazała tama z kawałków kory i powstrzymując spływającą deszczówkę, tworzyła imponujący zalew znajdujący ujście dopiero w kratce ściekowej przy ulicy.

„Ej, dasz się przejechać?” – takie pytanie zawsze miało ciąg dalszy: „Dam ci piłkę”. „Dam ci pograć”. „Dam ci mój”. Na socjalistycznym podwórku obowiązywała wzajemność i wymiana. Zdarzały się oczywiście akty nieodwzajemnionej hojności, ale codzienność uczyła przede wszystkim barteru. I tak po raz pierwszy wsiad­łam na jubilata o kołach tak wielkich i kierownicy tak ogromnej, że ledwo dawałam mu radę. Mój rowerek Reksio leżał w tym czasie na trawie. Na wymianę dałam pewnie procę albo spluwę, cenione wśród starszych ode mnie obywateli podwórka zasoby z arsenału mojego brata. Starszy brat to była postać bezcenna, bo dysponująca licznymi skarbami, np. armią „malców”, czyli miniaturowych plastikowych żołnierzyków, których zastępy godzinami ustawiało się do nieruchomych bitew na polach i wzgórzach uformowanych z koców czy kołder. Maleńcy wojownicy strzelali do siebie tylko w naszej wyobraźni – wydawaliśmy dźwięki artyleryjskie, jęki rannych, sygnały ambulansów, komendy. Zmienialiśmy bieg historii, choć w rzeczywistości mikroskopijne bataliony i dywizje ani drgnęły. Na takie „wojny” chodziło się do domów koleżanek i kolegów, do klatki obok albo na piąte piętro. Mama nie wołała przed dobranocką, było sprawą dorozumianą, że jakaś „ciocia” dokarmi porcją leniwych pierogów albo zupą ogórkową, a nasza mama się przy okazji odwdzięczy. Bo wizyty składaliśmy sobie uczciwie, to jest naprzemiennie. U Karoliny oglądałyśmy pierwsze filmy na wideo, u Ewy bawiłyśmy się ze świnką morską, a u mnie budowałyśmy domy z kaset magnetofonowych i sprzedawałyśmy plastikowe rzodkiewki oraz pomidory w sklepie wyposażonym w wagę i odważniki.

Coś za coś – to była oczywista,­ praktykowana każdego dnia transakcja ekonomiczna w czasach, w których pieniądze nie znaczyły dla małych ludzi wiele. Bo też niewiele można było za nie mieć.

Epoka wyobraźni

Zanim po 1989 r. prawie wszyst­ko stało się możliwe i dziecięce tornistry zaczęły migać na różowo, piórniki wypełniły się jaskrawymi flamastrami, a na balkonach pojawiły się talerze anten satelitarnych, nasze bogactwo składało się z dwóch niemal nieograniczonych zasobów: czasu i wyobraźni. Tylko ich mieliśmy pod dostatkiem, podczas gdy przedmioty i sprzęty pozostawały obiektami pragnień, na spełnienie których nie liczyliśmy bardziej niż na spotkanie egzotycznego stworzenia – żyrafy albo hipopotama.

Czas wolny i wyobraźnia to sfery nierozerwalnie ze sobą związane, bez tego pierwszego drugie nie może zaistnieć. Z wiszenia na trzepaku albo kopania kamyka o parkan brały się najlepsze pomysły: wielobarwne malowidła kredą na asfalcie. Trwały tak – tęczowe fantazje kilkunastu par rąk – aż do pierwszego solidnego deszczu. Z zimnych poranków rodziły się zabawy domowe: wyobrażone rajdy Paryż–Dakar po atlasie, budowane z koców i krzeseł pałace, otwierane naprędce restauracje serwujące galaretkę z bitą śmietaną oraz kogel-mogel. Z gorących lipcowych przedpołudni, gdy w telewizji leciały powtórki ArabelliRumburaka, brały się leśne wyprawy i wykładane z mchu łoża księżniczek pozwalające odpocząć w cieniu brzóz. Z zagrożonych nudą dni brało się wywoływanie duchów na schodach do piwnic i konstruowanie domów na drzewach. Drzewom należą się zresztą szczególne podziękowania – za gościnność i cierpliwość dla naszych ciekawskich rąk i butów, przesiadywania, huśtania się, ukrywania w gałęziach. Wdrapać się na drzewo, pomieszkać w jego koronie, jednocześnie skryć się przed światem, poczuć jego częścią i spojrzeć na niego z góry – w hierarchii dziecięcych chwil szczęścia trudno o piękniejszą.

Zwykle mówi się, że wyobraźnia służyła jako antidotum na ciągły brak, że karmiliśmy się nią z braku frykasów, ale to nie oddaje sprawiedliwości jej mocom. Czas niezapełniony i umysł niezajęty tworzą przestrzeń dla powstawania światów alternatywnych, umożliwiają bycie gdzie indziej, tworzenie obrazów często piękniejszych i lepszych niż realne doświadczenie. Wyobraźnia jest najwspanialszą z zabaw, a w rzeczywistości dorosłych – wysoko cenioną kompetencją, bez której świat stanąłby w miejscu.

Nasze sekrety, wasze szałasy

Marzyć o czymś, czekać na to bez obietnicy spełnienia – wiedzieliśmy, jak to się robi. Pragnień nie dało się ani sztucznie podsycić, ani szczególnie rozpędzić, bo cały świat, jaki znaliśmy, był w swoich możliwościach umiarkowany. Dziś powiedzielibyśmy „ubogi”, ale to pojęcie z uniwersum wolnorynkowego nadmiaru, żaden z przyjaciół z mojego podwórka nie uważał się za „biednego”. Nasze dzieciństwo obfitowało w zabawy, przeżycia, fantazje, a także w przedmioty, przy czym większość tych ostatnich była w ten lub inny sposób zaczarowana i miała szczególną wartość. Dobrym przykładem takich skarbów o unikatowej i strzeżonej wartości były „sekrety” – ściśle dziewczyńska specjalizacja. Te małe, urokliwe witrażyki tworzyłyśmy, układając na piasku kwiatki, listki, patyczki – tak robiłyśmy własne kompozycje, a następnie nakrywałyśmy kawałkiem szkła znalezionego gdzieś przy śmietniku. Witrażyk zakrywało się piaskiem i od tej pory stanowił sekret, odsłaniany tylko przed najbardziej zaprzyjaźnionymi i zaufanymi. Chodziłyśmy je odwiedzać, sprawdzałyśmy, czy nikt naszego skarbu nie zniszczył, szeptałyśmy sobie na ucho w wielkiej tajemnicy. Chłopacy mieli swoje szałasy i ziemianki, pobudowane w lesie albo gdzieś na obrzeżach osiedla, tam z kolei my nie byłyśmy zapraszane. Chodzili do nich w swoich bandach akurat wtedy, gdy my skakałyśmy w gumę na rozciąg­liwym białym pasku kupionym za kilkadziesiąt dawnych złotych w pasmanterii. Gumy były lepsze i gorsze. Która z nas miała lepszą, decydowała o tym, gdzie skaczemy – na ogół na jej terenie, przed jej klatką.

Posiadanie czegoś cennego: piłki, roweru, zestawu kapsli z zatopionymi w nich woskiem flagami państw, które wycinało się z atlasu geograficznego, pozwalało wyznaczać warunki. Gramy na naszym boisku, na tym, a nie innym chodniku. Ale nie zmieniało to istoty sprawy – bogactwo liczyło się tylko, gdy było współdzielone. Nie można samemu strzelać kapslami przez wyrysowany kredą slalom ani samemu kopać piłki – to smutne i bez sensu. Woleliśmy być razem, wspólnie tworzyliśmy zabawę.

Zresztą niedostatek przedmiotów wcale nie powodował nadmiernej koncentracji na nich. Rowery i paletki były fajne przez jakiś czas, ale w żadnym stopniu nie zdetronizowały zabawy w chowanego, w berka ani podchodów, które uprawialiśmy, korzystając z różnych zakątków osiedla, łącznie z piwnicami. Współdzieliliśmy nie tylko skromne materialne zasoby, ale przede wszystkim przestrzeń. W dziecięcym słowniku istniało oczywiście rozróżnienie na „wasze” i „nasze” bloki, piaskownice czy huśtawki, ale pomagało ono raczej oddzielić obszary bliskie i obce, mniej rozpoznane. Wiedzieliśmy, że do wszystkich mamy równy i nielimitowany dostęp, tak samo jak do amfiteatru, ogródków działkowych czy zalesionej górki, która zimą zmieniała się w stok narciarsko-saneczkarski. Świat był otwarty oraz wspólny i najprawdopodobniej dzięki temu nikt nie czuł się ubogi, mimo że rodzice tkwili w kolejkach do sklepów i nam też czasem trafiała się misja stawania po cukier.

Oczywiście pragnęliśmy mieć wiele rzeczy, choć długo nie wiedzieliśmy, czego w ogóle pragnąć można. Wszyscy mieli z grubsza to samo: takie same tenisówki, plisowane spódniczki, trzy modele rowerów. Zależy, co było akurat w sklepach.

Zresztą cokolwiek byśmy mieli, nie wystarczyłoby się tym pochwalić i ukryć w domu, rozkoszować w samotności. Świat był ułożony zbiorowo i użytecznie, ideologiczny ład miał na dzieci takie przełożenie, że mało czasu spędzały w pojedynkę. Jednym z bohaterów socjalistycznego dzieciństwa był ostrzyżony na garnek chłopczyk – Piotruś, właściciel psa Pimpusia oraz zaczarowanego ołówka. W popularnej dobranocce chłopiec chodził po świecie, rozwiązując problemy. Jego zaczarowany ołówek pozwalał narysować i stworzyć wszystko: sprzęty, napoje, maszyny, nawet deszcz. Ale Piotruś nie rysował zachcianek, tylko to, czego było trzeba, żeby rozwiązać kłopot, pomóc komuś. Żadnej z narysowanych rzeczy nie tworzył dla jej posiadania. Podziwialiśmy go i zazdrościliśmy mu, ale nie rzeczy, tylko tej sprawczej supermocy. Kilka lat później przed nowymi importowanymi wieczorynkami pojawiły się reklamy. Pamiętam tę o domku dla lalki Barbie, z windą, którą ona i plastikowy Ken zjeżdżali na przyjęcie w swoim salonie. Po raz pierwszy poznałam smak palącego, niecierpliwego uczucia: chcę to mieć. Po co? Co z tym zrobię? O tym nie zdążyłam pomyśleć. Nadejście nowych zabawek zbiegło się w czasie z prywatyzacją świata i krańcem dzieciństwa: już nie zapraszaliśmy się do domów tak często i nie bawiliśmy razem. Pochłonęły nas indywidualne królestwa skarbów.

Pralka przyjaciółka

Butelkę po gazowanym ptysiu o smaku pomarańczowym wystarczyło przepłukać i odstawić na parapet. Ale butelki po mleku mama kazała porządnie szorować szczotką w gorącej wodzie. One też szły do zwrotu. Z zakupów wracałyśmy, taszcząc wiklinowy koszyk wyłożony u spodu przeczytaną gazetą, w warzywniaku pani Zośka ładowała ziemniaki w papierowe torby zdobione jej pośpieszną matematyką, wszystko liczyła pod kreską. Lody z cukierni przynosiliśmy do domu we własnym termosie. Były w domu dwa – biały na lody, czerwony na zupy, które zjadałam przed wyjściem do szkoły na drugą zmianę. Zakrętki ani słoiki nigdy nie lądowały w koszu, nasza piwnica była pełna przetworów. W ogródku działkowym rodzice uprawiali wszystko, czym zajadaliśmy się przez cały rok. Latem sałata z rzodkiewką, młode marchewki wycierane o spodnie i chrupane w biegu oraz zielony groszek wyjadany jak przysmak. Na obiad nielubiana szczawiowa, ale na podwieczorek placek z rabarbarem. Cukinia w panierce i ciepłe od słońca maliny. Miałam za zadanie zbierać małymi rączkami stonkę z liści ziemniaków i wynajdować małe ogórki. Tata upychał je do słoików z kawałkami kopru i ząbkami czosnku, gdy mama cierpliwie smażyła powidła w misie, która kiedyś była spodem od prodiża.

rysunek z archiwum, nr 685/1958 r.
rysunek z archiwum, nr 685/1958 r.

Tylko ziemniaki i cebulę kupowaliśmy od rolników, przyjeżdżali na osiedle najpierw furmanką, potem samochodem dostawczym. Furmanką długo jeździł też staruszek zbierający butelki. Papiery wiązaliśmy z bratem sznurkami w paczki i nosiliśmy na makulaturę. Płacili grosze, ale świnka-skarbonka była cierpliwa.

Nie pamiętam wyrzucania. Pamiętam lutownicę, śrubokręty i dużą skrzynkę z narzędziami. Wikol i butapren do ciągłego podklejania czegoś. Sobotnie narady taty z sąsiadem o tym, jak co nareperować i do kogo z tym pójść. Pan Marek miał w garażu wszechświat starych radioodbiorników, lamp, kabli – oddawało mu się niesprawny odkurzacz i jutro wracał jak nowy. Pan od pralki przychodził często, bo wylewała i stawała. Ale o kupnie nowej nikt nie rozmawiał, pan spokojnie otwierał walizeczkę, coś tam w milczeniu robił i zwracał pralce życie.

Sprzętom wysłużonym, ale działającym nie groził śmietnik. Roztaczały się przed nimi trzy scenariusze: zapasowe terminowanie w pawlaczu lub piwnicy, nowe życie na działce albo wywiezienie do znajomej rodziny na wieś, gdzie na pewno się przydadzą.

Nowe urządzenie w domu – podobnie jak nowy mebel – było jak ważny gość. Wycierane z kurzu częściej niż inne albo przykrywane serwetką. Podziwiane, komplementowane, kochane. Po dwóch rzeczach płakałam: po 17-letniej zastavie 101 w kolorze butelkowej zieleni, którą jeździliśmy do babci, i po pralce Zelmer z kolorowym programatorem, której srebrny bęben długo uważałam za stację kosmiczną. Byliśmy z nimi zaprzyjaźnieni, byliśmy im wdzięczni – urządzenia i przedmioty spędzały z nami wystarczająco dużo czasu, by powstała więź. Wymienić je, wyrzucić – nawet nam do głowy nie przyszło.

Brak ma smak

Pamięć tamtego świata, jadącego w nieśpiesznym tempie taczki, w której siadałam, gdy wybieraliśmy się z tatą do lasu po drewno na ognisko, wydaje mi się dziś bezcennym zasobem. Nie ze względów sentymentalnych, ale ponieważ znam i umiem wyobrazić sobie ład inny niż obecnie obowiązujący. Wiem – z doświadczenia – że inna rzeczywistość jest możliwa. I że ta, w której dorastałam, składała się nie tylko z błędów, wypaczeń i niedoborów. Zawierała również sporo mądrości i praktycznych rozwiązań, o których nie muszę dziś czytać w poradnikach zero waste i minimalizmu. Wiem, jak to się robi.

Wiem też, co znaczy jeść sezonowo. Znam etyczną i odżywczą wyższość kiszonej kapusty nad awokado. Segregator z przepisami kulinarnymi moich rodziców mógłby robić za podręcznik zrównoważonej i ekologicznej diety. Ich piwnica wciąż oferuje bogate menu na 12 miesięcy w roku, wyprodukowane z kilku grządek. Puste słoiki nadal wożę do taty. I mam w domu pawlacz, zamieszkiwany przez miksery oraz lekko tylko przypalone czajniki elektryczne. Jestem pewna, że będą jeszcze miały swoje pięć minut.

Wszystkie te wspomnienia to coś więcej niż zdjęcia śpiące w albumie. Traktuję je jako aktywa, korzystam z nich, odkąd stało się powszechnie jasne, że kapitalizm nie prowadzi do krainy szczęśliwości i obfitości. I że prędzej niż później będziemy potrzebowali nowego pomysłu na rzeczywistość. Jak wiele osób, strapionych drapieżnością i niepohamowaniem ludzkości, mam w sobie coraz śmielszy apetyt na koniec świata. Na koniec tak nieuczciwie, niedobrze urządzonego świata. Marzę o chłopcu lub dziewczynce z zaczarowanym ołówkiem – a najlepiej o całym mentalnym pokoleniu osób gotowych wymyślić i narysować nowy porządek. Zmiana często rodzi strach, ale nie mogę udawać, że się boję. Bo przeszłość spędzona na skromnym i wspólnym podwórku stanowi doskonałą szczepionkę wobec powstrzymujących wyobraźnię obaw. Wiem, że umiemy się wymieniać, pożyczać, naprawiać, oszczędzać. W przeciwieństwie do społeczeństw Europy Zachodniej czy Ameryki Północnej mamy pamięć, a także know-how potrzebne do tworzenia innych i bardziej zrównoważonych relacji społecznych oraz ekonomicznych.

Od 30 lat oduczamy się kategorii wspólnych i publicznych, wyznajemy prywatność oraz indywidualizm. Ale 30 lat to nie wieczność. Kto pamięta wiszenie na trzepaku, ręka do góry! Prawda jest taka, że powrót siatek na zakupy, napojów w szklanych butelkach i jazda na pożyczonych nartach są łatwe i wielu z nas sprawiają frajdę. Bo wszystko to jest nie tylko znowu modne, jest też dobre i się opłaca. A w wymyślaniu nowego świata pamięć nie przeszkadza.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi z zagranicy lub przeczytaj go po angielsku na naszej anglojęzycznej stronie Przekroj.pl/en

 

Data publikacji:

Paulina Wilk

Paulina Wilk

Redaktorka działu Kultura i społeczeństwo w kwartalniku „Przekrój”, pisarka i publicystka zajmująca się literaturą i problematyką rozwoju globalnego. Opublikowała m.in. „Lalki w ogniu” o Indiach współczesnych oraz „Pojutrze. O miastach przyszłości”, a także serię bajek o misiu Kazimierzu dla dzieci i niezupełnie dorosłych. Współtworzy Fundację „Kultura nie boli”, centrum literackie Big Book Cafe oraz międzynarodowy festiwal czytelniczy Big Book Festival.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!