Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Anna Rembowska

Ucieczka na działki

zdjęcie: Jerney, źródło: Wikimedia Commons (CC BY-SA 3.0)
Ucieczka na działki
Ucieczka na działki

Jak wiele osób mieszkających w dużym mieście myślę czasami o ucieczce, nawet jeśli lubię swoje mieszkanie i dzielnicę. Od jakichś 10 lat (a zbliżam się do czterdziestki) widzę, że wielu z moich znajomych snuje ciszej lub głośniej marzenia o odskoczni, nawet nie od miasta, a od miejskiej zadaniowości, od tempa i bezrefleksyjności życia.

Żartujemy często, że pokolenie naszych rodziców dojrzewało do pragnienia „daczy” między czterdziestką a pięćdziesiątką, a my, wymaglowani już na starcie dorosłości stresem, pracą, wyścigiem o utrzymanie się na powierzchni i ogólnym niepokojem płynnej nowoczesności, „zestarzeliśmy się” o wiele szybciej, jeśli za objaw starzenia się można wziąć pragnienie spokoju, kontaktu z przyrodniczym konkretem i alternatywną rzeczywistością, którą miałyby oferować nam nasze wymarzone „miejsca ucieczki”. Trudno jednak wychowywać dzieci na odludziu, chcąc dla nich jednocześnie dobrej edukacji i usiłując na nią zarobić. Ciężko stać cztery godziny dziennie w korkach, dojeżdżając do miasta z domku na wsi. Co z tego, że tam koszty życia są mniejsze, skoro czasu starcza tylko na to, by się przespać przy otwartym na ogród oknie? Z kolei na kupno letniego domku gdzieś w Polsce i utrzymywanie go cały rok mało kogo z nas stać.

Jakiś czas temu zobaczyłam w lifestyle’owym piśmie sesję zdjęciową „hipsterskich” rodziców z dziećmi na miejskich działkach ROD. Sama przez wiele lat mieszkałam w pobliżu takich działek. Lubiłam chodzić tam na spacer z psem, obserwować stylistyczną różnorodność „posiadłości” warszawiaków: fikuśne domki, pokręcone drzewka, kiczowate dekoracje, minirezydencje i dzikie, opuszczone poletka z kwitnącymi drzewami i trawą do kolan. Wspaniałą książkę o tych miejscach, zatytułowaną Antropologia codzienności, napisał kiedyś antropolog kultury profesor Roch Sulima, pokazując, na przykładzie saskokępowych działek, jak ludzie tworzą i kodują swoją własną przestrzeń. „Trudno byłoby dziś wskazać – poza miejskimi warzywnymi ogrodami – sferę tak wyraziście »oznaczającą jednostkę«; sferę, gdzie coraz intensywniej pielęgnuje się nasze życiodajne złudzenia i nasze marzenia, że istnieje jeszcze gdzieś świat »niegotowy«” – pisał Sulima w tekście Między rajem a śmietnikiem. Ikonosfera warzywnych ogródków.

Nigdy podczas moich spacerów nie pomyślałam, że mogłoby to być miejsce dla mnie. Wydawało mi się, że niewielkie rozmiary działek, brak intymności i świadomość, że to miejsce, do którego się przywiążę, nigdy nie będzie moją własnością, to wystarczające powody, by nie angażować się w coś takiego… Jednak w tym roku, u progu lata, sama zaskoczona swoim zapałem, rozpoczęłam research.

Okazało się, że działki są w cenie, w okolicach kwietnia na portalach typu Allegro, OLX czy Gumtree robi się naprawdę gorąco, a popyt na nie rośnie z roku na rok. Samo nabycie prawa do dzierżawy od dotychczasowych właścicieli też do najtańszych przyjemności nie należy. Obejrzałam pośpiesznie kilka działek i zrozumiałam, że chyba naprawdę zestarzałam się, bo nagle podnieca mnie perspektywa dzierżawienia grządek, studni, pompy, domku pachnącego przegrzaną na słońcu ceratą, drzewek owocowych i przynależących do nich robaków – choćby na 300 m2, choćby z o pokolenie lub dwa starszymi sąsiadami za płotem, choćby z szumem miasta gdzieś w tle. Po dwóch tygodniach byłam u notariusza. Starsza pani, która sprzedała mi działkę, płakała. Spędzała tam czas od wczesnej wiosny do późnej jesieni przez 52 lata, dopóki miała siłę tam jeździć. Obiecałam, że zaopiekuję się tym miejscem i że gdyby tylko chciała odwiedzić swoje małe królestwo na Czerniakowie, zawsze przyjmę ją tam z honorami.

Działka, od dwóch lat nieruszana, była bardzo zarośnięta. Na ziemi pod drzewami leżały już pierwsze gnijące owoce. W wysokiej trawie uwijały się mrówki i trzmiele. Wszystko zarastał rdest i perz. Dawno niepodcinana jabłoń uginała się pod ciężarem zainfekowanych jakąś chorobą owoców, jak ilustracja spotworniałego, patologicznego urodzaju. Położyłam się na kocu na ziemi, patrząc na kawałek nieba przynależący mojej posesji. To wszystko stało się tak szybko, że nawet nie próbowałam się zastanowić, dlaczego nagle zdecydowałam się na ten erzac przestrzeni, erzac posiadania, ten skromniutki, obarczony wieloma niedoskonałościami sposób na ucieczkę od miasta, choć przecież położony w mieście, tę namiastkę dzikości…

Przypomniała mi się sytuacja sprzed kilku lat, kiedy wybrałam się do niszowej perfumerii. Wyszłam z niej bardzo szybko z zapachem, o którym wiedziałam, że nie ma z moimi olfaktorycznymi upodobaniami nic wspólnego. Mimo to kupiłam go, całkowicie ignorując perfumy, które sobie wcześniej upatrzyłam. Następnego dnia rano, kiedy użyłam nowego zapachu, poczułam najpierw, że chce mi się wymiotować, a potem, że się duszę i że jeśli nie pozbędę się go z siebie, coś złego stanie się z moim sercem. Kilka kolejnych prób użycia perfum wyglądało zawsze tak samo. Ponieważ byłam wtedy w terapii, opowiedziałam o tym swojej terapeutce, która poprosiła mnie o przyniesienie perfum na sesję. Wykonałyśmy behawioralny eksperyment – ekspozycję na zapach w kontrolowanych, bezpiecznych warunkach… Dotarło wtedy do mnie, dlaczego kupiłam te perfumy wbrew swoim upodobaniom zapachowym i dlaczego moje ciało zareagowało na nie tak gwałtownie. Perfumy pachniały butwiejącą i gnijącą trzciną. Wetiwerem – powiedzieliby perfumiarze. Znałam ten zapach z dzieciństwa, choć zapomniałam o nim. Jako dziecko spędzałam z dziadkiem dużo czasu na polach, podmokłych łąkach, w lasach… tam właśnie poznałam zapach trzcin. Szliśmy kiedyś na bosaka po dotkniętych suszą mokradłach. Ziemia pachniała bardzo intensywnie wyschniętym mułem, trzciną, rozgrzanymi na słońcu organicznymi szczątkami roślin i owadów. Spacerowaliśmy w ciszy. Na sesji dotarło do mnie, że ten zapach kojarzy mi się ze śmiercią, być może moją własną. Z rozkładem, ze stawaniem się na powrót częścią ziemi, organiczną materią. Dlatego zareagowałam na niego tak gwałtownie, choć w niewytłumaczalny sposób coś mnie do niego przyciągnęło. Ta świadomość odczarowała moje perfumy. Używam ich bardzo rzadko, ale mdłości i uczucie palpitacji serca zniknęły.

Nagłe kupno zarośniętej chwastami działki było chyba decyzją tego samego gatunku. Podyktowaną przez tę samą trzewną, wygenerowaną przez gadzi mózg potrzebą zlania się w jedno z naturą lub choćby jej namiastką. Brudzenie sobie rąk, kontrolowana obserwacja gnicia w kompostowniku, wąchanie zapachów, których próżno szukać w parku, patrzenie na cykl, któremu przecież ja też podlegam, tylko wolniej, przypomnienie sobie, czym jestem i czym będę, kiedy któregoś dnia stanę się częścią ziemi. Mam nadzieję, że będzie nade mną szumiało jakieś drzewo. Nie są to myśli, które się ma w przestrzeni, w której nigdy nie gasną światła i ekrany. Kontakt z ziemią, ze swoją „zwierzęcą”, organiczną częścią nieczęsto mamy, żyjąc w wielkich miastach. Tak samo jak refleksję o swojej przemijalności i byciu częścią ekosystemu na takich samych prawach, jak każda koniczyna, żaba czy mucha. Teraz, kiedy już wiem, dlaczego mam działkę i do czego była ona potrzebna mojej podświadomości, mogę podciąć gałęzie jabłoni i powiesić na nich huśtawkę dla mojego syna. On też jest częścią tego cyklu. I za rok posiejemy pomidory. Dziś na śniadanie pierwszy raz zjedliśmy dżem z „naszych” porzeczek.

Data publikacji:

Anna Rembowska

Z wykształcenia reżyserka, literaturoznawczyni i psycholożka kliniczna. Dyrektor artystyczna Wydawnictwa Telewizji Kino Polska w latach 2008-2017, redaktorka, tłumaczka. Obecnie współpracuje z FINA, Newsweekiem Historia i TVN. W przyszłości chce zostać psychoterapeutką, stolarzem i ceramikiem.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!