Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Lepiej spędzić święta z własną rodziną czy z rodziną żony? Skąd mam wiedzieć, czy ona mnie ...
2018-12-21 12:00:00
ludzie listy piszą

Tradycja, miłość i cuda

ilustracja: Karyna Piwowarska
Tradycja, miłość i cuda
Tradycja, miłość i cuda

Lepiej spędzić święta z własną rodziną czy z rodziną żony? Skąd mam wiedzieć, czy ona mnie kocha? Uzdrowiłam siebie, nikt mi nie wierzy, więc pytam – jak dalej żyć?

Tradycja

Pani Profesor,

pochodzę z niezwykle tradycyjnej rodziny, chociaż pewnie powinnam napisać – upiornie tradycyjnej. Święta Bożego Narodzenia spędzamy wszyscy razem od czterech pokoleń, czym szczycą się moi rodzice. Nie ma znaczenia rodzina naszych mężów, żon czy partnerek, wszyscy zjeżdżają się do domu dziadków lub rodziców. Ktokolwiek pojawia się w naszej rodzinie, jest o tym wielokrotnie i przy każdej okazji informowany, niby to żartem, ale musi obiecać, że z tradycji owej nie zrezygnuje. Na drugie święta ostatecznie można się nie zjawić, ale należy mieć dobry powód typu pogrzeb przyjaciela, złamana noga lub inna choroba, którą będzie można udowodnić. Krąży legenda o tym, jak pradziadek z prababcią pozbawili swojego wnuka, a mojego wujka spadku, bo omieszkał zignorować rodzinną tradycję w imię rodziny swojej żony. Wigilia to przepych, dwanaście potraw, siano pod obrusem, głodowanie do Gwiazdki, przemowy starszyzny, kolędy. Nie ukrywam, ma to swój urok, jednak jest to urok poszukiwany w obrębie więzienia. Moja od miesiąca narzeczona i od jedenastu miesięcy dziewczyna nie uległa rodzinnej presji. Pochodzi z równie upiornej czy też tradycyjnej rodziny. Nie wyjdzie za mnie, jeśli nie obiecam jej, że święta będziemy spędzać u niej w domu. I to nie tylko Wigilię, ale całe święta. Kocham ją. Na swój sposób kocham moją rodzinę, ale miłość ta podszyta jest uzasadnionym lękiem. Myślałem o tym, by złamać nogę i zostać w szpitalu, ale odrzucam te i inne masochistyczne pomysły. Moja narzeczona jest nieustępliwa. Moja rodzina jest nieustępliwa. Znalazłem się w potrzasku. Jak wybrnąć?

Edmund G. z Katowic, agent nieruchomości

Szanowny Panie,

jest pewne rozwiązanie, ale od razu zrzekam się wszelkiej odpowiedzialności za jego zastosowanie. Za wszelkie konsekwencje korzystania z tego pomysłu odpowie Pan. Uprzedzam. Musi Pan umrzeć, spokojnie, tylko na chwilę. I tylko na papierze. Nie może Pan wtajemniczyć w plan ani narzeczonej, ani żadnej z osób należących do Pana tradycyjnej rodziny. Chodzi o ryzykowną i ze wszech miar nieetyczną terapię wstrząsową. Wykorzystanie elementu zaskoczenia. Wybicie umysłu z rutyny. Szok. Musi Pan to dobrze przygotować. Koledzy w stroju policjantów odwiedzający zebraną rodzinę lub żonę. Nekrolog wydrukowany w prasie. Telefon z fikcyjnego szpitala. Opcji jest wiele. Pana narzeczona i rodzina dowiadują się, że Pan umarł. W jakich okolicznościach – pozostawiam to Pana kreatywności. Z wiadomością tą nie mogą zostać długo. Koniec końców serwuje Pan ból. Gdy Pana bliscy pogrążają się w rozpaczy, na scenę wkracza Pan, żywy, poważny, w żadnym wypadku uśmiechnięty. Pana zachowanie i tak wywoła falę oburzenia, której nie należy potęgować błazenadą. Wkracza Pan i krótko ogłasza, że kończy z rodzinną tradycją, że święta będzie spędzał tam, gdzie zechce: z własną rodziną, u rodziny żony, na wakacjach w ciepłych krajach, samotnie szusując na nartach. Następnie zmienia Pan szybko temat zdaniem w stylu: „Czyż to nie wspaniałe, że żyję? Że wszyscy tu zebrani żyjemy?”. Koniec. Przypominam ponownie, że to niebezpieczna gra, która ma potencjał zapraszania zawału serca.

Jest jeszcze jedno, mniej spektakularne, ale skuteczniejsze rozwiązanie. Znajduje Pan swoje wewnętrzne centrum, odpowiada sobie na pytanie, kim jest i czym jest lęk w Pana życiu. Następnie korzysta Pan z różnych technik terapeutycznych, szamańskich bądź medytacyjnych, by zrozumieć, że miłość nierozerwalnie łączy się z wolnością, a Pan ma prawo stanowić o swoim życiu. Ostatnim krokiem jest podejmowanie autonomicznych decyzji na temat tego, jak, gdzie i z kim spędza Pan swoje życie, wliczając w to święta Bożego Narodzenia. Alleluja.

Miłość

Pani Profesor,

skąd mam wiedzieć, czy ona mnie kocha? Chodzimy razem do gimnazjum, klasa to jest przedostatnia. Czasami patrzy na mnie tak długo. Czasami jednak w ogóle nie patrzy. Jak jest z koleżankami, to mnie ignoruje, a jak jest sama, to się uśmiecha. Wysiadamy na różnych przystankach, czasami za mną patrzy. Ostatnio zaprosiłem ją na imprezę. Uśmiechnęła się i powiedziała, że przyjdzie. No ale przyszła z koleżanką, czym mnie wkurzyła i spędziłem ten wieczór z kumplami. Obraziła się. Ostatnio znowu na siebie patrzymy, ale niezbyt długo. Czasami w tramwaju jestem prawie pewien, że mnie kocha, ale potem odwraca ode mnie wzrok, chociaż za oknem nie dzieje się nic. I ona w to nic patrzy, jakby patrzyła we wszystko. Wtedy to już naprawdę nie wiem. Skąd mam wiedzieć, czy moja dziewczyna mnie kocha?

Kacper B. z Poznania, 16 lat

Szanowny Panie,

pytanie to zaprząta głowy ludziom od wieków, wielu poległo, szukając odpowiedzi. Sprawa się komplikuje, gdy mamy do czynienia z dziewczyną, która odwraca wzrok w kierunku okna, za którym nie dzieje się nic. Nie znam odpowiedzi na Pana pytanie. Przykro mi, że muszę rozczarować. Mam jednak dla Pana pomoc, którą uważam za pomoc nie do przecenienia. Będzie Panu zdecydowanie łatwiej, gdy odpowie sobie Pan na jedno pytanie: czy Pan ją kocha? Jeśli odpowiedź okaże się twierdząca, proszę podążać za wymogami miłości, pamiętając, że ta jest czynną akcją i dobrem. Być może natchnie to Pana do złożenia wyznań, wykonania drobnych gestów uprzejmości, zaniechania czekania i wypatrywania znaków, by w ich miejsce stwarzać atmosferę miłości. Można zacząć od trzech prostych słów: „Cześć, co słychać?”. Trzymam za Pana kciuki.

Cuda

Szanowna Pani,

uzdrowiłam się. Naprawdę. Wiem, jak to brzmi. Sama sobie nie wierzę. Ale dowody mam namacalne w postaci badań krwi i rezonansu magnetycznego. Chorowałam kilka miesięcy. Medycyna zachodnia mnie zawiodła, a nawet pogłębiła stan chorobowy. Byłam dosyć głupia i naiwna, słuchałam lekarzy, którzy nie stawiali diagnozy, ale leczyli. A to proszę łykać te tabletki. Nie działa? Nie szkodzi, to teraz te i te, i jeszcze te. Zasypałam sobie organizm antybiotykami i innym syfem. Aż zrobiło się nieciekawie. Pewnego wieczoru zostałam sama, bezradna. Segregator z wynikami badań puchł, a portfel robił się coraz cieńszy. Przypomniała mi się tego wieczoru moja babcia, biedna fizycznie, ale niezwykle szczodra osoba. Zawsze wszystkich rozumiała. Wierzyła w Boga, nie to co ja. Ale wierzyła tak, że wierzących i niewierzących przygarniała pod swoje skrzydła. Żadna zasada nie była dla niej święta, chociaż każdy człowiek i samo życie już tak, było święte. Myślałam o niej. Przyłożyłam sobie ręce do ciała, tam, gdzie chorowało. I zamarłam na jakieś sześć godzin. Ciało mi cierpło, ale nie odejmowałam rąk. Czułam się jak we śnie, chociaż przecież wszystko pamiętam. Czułam się leczona. A po wszystkim już wiedziałam, że jestem zdrowa, chociaż sama sobie nie wierzyłam. Zrobiłam badania – wszystko było w normie. Lekarz sam zlecił powtórzenie, bo pewnie laboratorium pomieszało próbki. I znowu: zdrowa. Lekarze nie wiedzą, nie potrafią tego wyleczyć, mówią, że tak się czasami zdarza, i już. A ja zostałam z niczym, znaczy ze zdrowiem. Ale nie wiem, co mam zrobić z tym doświadczeniem. Przyjaciele i rodzina pukają się w głowę. Sama sobie nie dowierzam. Gotowa jestem zapomnieć o całym doświadczeniu, ale nagle stałam się osobą wierzącą. Nie wiem, w co wierzę, ale wierzę. I jak ja mam teraz żyć?

Bernadetta L. ze Stilo, 29 lat, nauczycielka

Szanowna Pani,

proszę nie szukać odpowiedzi u tych, którzy nie potrafili postawić diagnozy. Proszę żyć tak, jakby dostała Pani prezent. Słyszałam, jak pewien potężny szaman zapytał chorującą osobę: „Chcesz być zdrowa czy chcesz się czegoś nauczyć?”. Chorująca osoba przez długi czas nie potrafiła znaleźć uczciwej odpowiedzi. Proszę przez chwilę zostać z tym pytaniem. Medycyna, biologia, psychologia, fizyka i szamanizm inaczej wyjaśniają chorobę – nie tylko to, czym jest, co ją wywołuje, ale również to, o co pyta chorującą osobę. Przydarzyło się Pani chorować i przydarzyło się Pani wyzdrowieć. W cały proces zamieszana jest Pani babcia. I ciepłe ręce. I wiara. Tych, którzy pukają się w głowę, nigdy nie zabraknie. Brakuje nam jednak uzdrowicielek i uzdrowicieli. Proszę sobie pozwolić być prowadzoną.

 

Na listy odpowiada prof. filozofii, antropologii i psychologii - Janina Bełkotska, laureatka Nagrody Nobla za moralną diagnozę świata w książce Moje wszystkie odpowiedzi.

Pytania do pani profesor proszę słać pod adresem: robert.rient@gmail.com

Data publikacji:

Robert Rient

Urodzony w Szklarskiej Porębie, dziennikarz i pisarz, autor reportażu „Świadek” wydanego również w Ameryce, powieści „Duchy Jeremiego” i książki „Przebłysk. Dookoła świata – dookoła siebie”. Twórca przekrojowych cykli: „Letnie oświecenie”, „Istoty rzadziej spotykane” i „Ludzie listy piszą”. Więcej na www.erient.info

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!