Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
ludzie listy piszą
Robert Rient

Tolerancja, lęk i wiara

ilustr. Karyna Piwowarska
Tolerancja, lęk i wiara
Tolerancja, lęk i wiara

Po co homoseksualistom parady skoro heteroseksualiści swoich nie mają? Chcę żyć sama, ale boję się – czy to się godzi? Okłamuję rodziców, by mieli spokój – jest lepsza droga?

 

Tolerancja

Pani Profesor,

jestem osobą tolerancyjną, poważnie, ale co przesada, to przesada. Chodzi o parady równości, coraz ich więcej, kiedyś to była głównie Warszawa, teraz nawet w Częstochowie paradują, a 30 czerwca w Rzeszowie, w którym mieszkam, zapowiadają pierwszy marsz. Pytanie: po co? Czy my heteroseksualiści mamy swoje parady? Czy wychodzimy na ulice? Otóż nie. Żeby było jasne – jestem za równością i tolerancją dla homoseksualistów, jeśli chodzi o mnie, to zarówno dwie kobiety, jak i dwóch mężczyzn mogą sobie robić, co tam tylko zechcą w swoim domu, swojej sypialni, swoim łóżku, przecież nie trzeba z tym wychodzić na ulice, nie muszę na to patrzeć. Prawda?

Wacław H. z Rzeszowa, 27 lat, ekonomista

 

Szanowny Panie,

my heteroseksualiści mamy swoje parady, a wręcz rajdy, wychodzimy na ulicę każdego dnia, bez odrobiny refleksji. Trzymamy się za ręce, padamy sobie w ramiona, całujemy się, kłócimy, prowadzimy się ze swoimi rodzinami i dziećmi. Normę i dyskryminację prawie zawsze dostrzegają wyłącznie ci wyrzuceni poza normę i dyskryminowani. Nie rozumie Pan celu, sensu i zasadności parad równości, dając sobie bezczelne prawo stawiania się na równej pozycji z osobami homoseksualnymi. Stoi Pan znacznie wyżej, a przynajmniej z takiej pozycji Pan pisze. Otóż wyjaśnię. Parada równości to dla osób homoseksualnych jeden dzień w roku, podczas którego mogą iść centrum miasta, trzymając się za ręce bez obaw, że dostaną za to w twarz albo będą musiały się zmierzyć z setkami spojrzeń, uśmiechów, obelg, podczas których trzymanie się za ręce zupełnie traci swój intymny wyraz, a staje się heroicznym aktem politycznej odwagi. Osoby homoseksualne, biseksualne, transpłciowe i te wypisujące się z kategorii tożsamości czy płci są w naszym kraju traktowane jak podkategoria, narażone na przemoc i codzienną walkę o uznanie swojego prawa nie tylko do zawierania związków, ale również bezpieczeństwa i partnerstwa. Z tego powodu istnieją parady równości – celem jest widoczność. Jeśli natomiast chodzi o tolerancję, to powiem Panu, że toleruję komara, który lata po pokoju, przynajmniej dopóki go nie zabiję. Proszę rozważyć akceptację i zrozumieć, czym różni się ona od tolerancji. I proszę iść na ten pierwszy marsz równości w Rzeszowie, historyczna chwila, poza tym będzie okazja zamienić kilka słów twarzą w twarz – bo ja się wybieram.

Lęk

Pani Profesor,

zacznę wprost, bo się nauczyłam, że tak Pani lubi. Jestem atrakcyjną kobietą, znaczy przynajmniej z zewnątrz, jeśli zaś chodzi o wnętrze – nie narzekam, bliscy zazwyczaj też. Mężczyźni od dawna lgną do mnie jak muchy do lepu, trochę się ich nauczyłam, chcą zaliczyć, pisząc bez ogródek. Kiedyś traktowałam te ich flirty i nieporadne obietnice - że niby chodzi o coś innego - jako zniewagę, teraz mnie to bawi i jak mam ochotę to idę w tango. Życie sobie ułożyłam, dobra praca, dobrzy ludzie, znaczy przyjaciele, kredyt się spłaca i starcza na drobne podróże. Czuję jednak ogromną presję, bym wybrała w końcu jednego z zalotników, zaszła w ciążę, a ja nie chcę. Lubię dzieci, zwłaszcza mojej siostry, rozczulają i wzruszają mnie, ale swoich po prostu nie chcę. Presja płynie ze strony rodziny i tak zwanego społeczeństwa, naturalnie, ale co zaskakujące, najsilniejsza wypływa ode mnie. Jak się tylko zapatrzę na parę idącą za rękę, na wózek, na durnowaty film o miłości, to wszystko mi w środku krzyczy, że jak tak dalej pójdzie, to spóźnię się, przegapię ten pociąg. Ale związki mi nie wychodzą, nie lubię, jak mi się ktoś kręci po domu, jak mam ochotę na seks, to umiem sobie poradzić. Najbardziej to bym chciała spędzać życie, jak chcę, znaczy tak, jak jest teraz, ale się boję, tak bardzo się boję, że przegapię coś ważnego, istotnego, boję się, że na starość zostanę sama. No i co mam zrobić?

Anna T. z Kołobrzegu, 31 lat

 

Szanowna Pani,

zostanie Pani na starość sama, bez względu na to, czy obok będą przyjaciele, krewni czy dzieci, proszę uwierzyć starej osobie. Wszystkie kobiety i wielu mężczyzn są zastraszani wizją samotnej starości, przed którą powinni się uchronić zrobieniem sobie dziecka, a najlepiej dwojga. Cóż za presja na pojawiające się dziecko, jaki okrutny plan, który powinno wypełnić, i jaki niski motyw sprowadzania kolejnej istoty na przeludnioną planetę. Coś Pani napiszę, a Pani niech skupi się na tym i nie poszukuje ukrytego znaczenia: spędza Pani życie tak, jak Pani chce – zawsze.

Są różne strategie na poradzenie sobie z lękiem. Wielką popularnością cieszy się ignorowanie, upychanie i zmiana w szeroki wachlarz chorób psychosomatycznych i sporadyczne ataki paniki. Można również ulec ścieżkom terapeutycznym – szukać traum w dzieciństwie, obwiniać rodziców, analizować związki, nazywać emocje, szukać doznań w ciele. Są również strategie coachingowe, agresywne i konfrontacyjne, polegające na mierzeniu się z lękiem twarzą w twarz, braniu na ręce włochatych pająków, śliskich węży i patrzeniu urojonemu mordercy tak długo w oczy, aż zniknie. Przetestowałam wszystkie, urobiłam się i obecnie polecam metodę Bełkotskiej. Proszę się zająć miłością i nie myśleć, jak to brzmi. Gdy piszę o miłości, mam na myśli to wszystko, co powoduje, że odczuwa Pani czułość do siebie, innych i świata, obojętnie w jakich proporcjach. Proszę potraktować lęk jak nieciekawy zapach – może Pani: 1) udawać, że go nie ma, 2) wąchać kompulsywnie i próbować dociec jego składu, 3) wbiec w zapach, by z nim walczyć i się go pozbyć, albo 4) wybrać metodę Bełkotskiej. Proszę opuścić śmierdzące pomieszczenie albo otworzyć okna. Nie zapach jest problemem, ale brak świeżego powietrza. Nie lęk i presja są problemem, chodzi o miłość. Rozumie Pani?

Wiara

Szanowna Pani,

straciłam wiarę, ale zupełnie. Co ciekawsze, straciłam ją lata temu, jeśli kiedykolwiek naprawdę miałam. Wychowałam się w religijnym, żeby nie napisać fanatycznym domu. Rodzice wokół wiary zbudowali swoje życie. Gdy miałam siedem lat, mój maleńki brat zginął w wypadku samochodowym, od tamtej pory rodzice zmienili się w zagorzałych wyznawców. To starsi ludzie i raczej nie zmienią swoich poglądów. Niedawno zachorowali i bywam u nich co drugi dzień. Każdej niedzieli chodzę z nimi do kościoła, nalegają, bo wierzą, że dzięki temu spotkają się ze swoim synkiem i całą rodziną w niebie. A dla mnie to puste rytuały, nic nie czuję w kościele poza nudą i poczuciem winy. Ukrywam się przed nimi z paleniem papierosów, nie wiedzą o tym, że pięć lat temu się rozwiodłam – po prostu powiedziałam im, że mąż mnie porzucił i się wyprowadził. Czekam, aż umrą, by zacząć żyć, męczy mnie to, ale może jest jakiś sposób by na nich wpłynąć?

Dagmara T. z Łodzi

 

Pani Dagmaro,

proszę pomyśleć, czy chciałaby Pani dać szansę rodzicom i sobie. Powiem Pani, co sama zrobiłam kilkadziesiąt lat temu i czego nie żałuję do dzisiaj, chociaż rodzice od dawna nie żyją. Zaczęłam im mówić prawdę, a nawet palić przy nich papierosy, gdy jeszcze paliłam. Zaczęłam odmawiać i wyjaśniać, tłumaczyć i pytać, przestałam się ukrywać. Wie Pani dlaczego? Bo pomyślałam, że mi umrą i to niebawem. Byłam ciekawa, co się stanie z naszą relacją, gdy postawię na szczerość, zupełną szczerość.

Przez lata grałam w tę samą grę, uwierzyłam, że jeśli będę spełniać ich oczekiwania, te, które wyrazili, i te, które sobie wyobrażałam – przyniesie to spokój, i bliskość. Ale z każdym rokiem się oddalaliśmy. Gdy postawiłam na szczerość, przyszło wiele trudnych spotkań, wiele gęstych emocji, ale cały czas rozmawialiśmy i nie przestaliśmy rozmawiać do końca ich życia. Nie, nie ucieszyli się z wielu moich wyborów, tak jak i ja nie cieszyłam się z niektórych ich sposobów na życie, ale skorzystaliśmy z szansy i zaczęliśmy dostrzegać w sobie osobne istoty zasługujące na szacunek, które zostały przy sobie, w bliskości, bo chciały. Być może miałam szczęście, ale nigdy się Pani nie dowie, czy również je ma, jeśli nie zaryzykuje prawdy. Widzę w niej niemożliwą do opowiedzenia szansę.

 

Na listy odpowiada prof. filozofii, antropologii i psychologii - Janina Bełkotska, laureatka Nagrody Nobla za moralną diagnozę świata w książce „Moje wszystkie odpowiedzi”.

 

Pytania do pani profesor proszę słać pod adresem: robert.rient@gmail.com

Data publikacji:

Robert Rient

Urodzony w Szklarskiej Porębie, dziennikarz i pisarz, autor reportażu „Świadek” wydanego również w Ameryce, powieści „Duchy Jeremiego” i książki „Przebłysk. Dookoła świata – dookoła siebie”. Twórca przekrojowych cykli: „Letnie oświecenie”, „Istoty rzadziej spotykane” i „Ludzie listy piszą”. Więcej na www.erient.info