Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Jowita Kiwnik Pargana

Szwedzi sprzątają przed śmiercią

Szwedzi sprzątają przed śmiercią
Szwedzi sprzątają przed śmiercią

Kiedy zaczęto mówić o döstädning, niektórzy poczuli się obrażeni, bo o śmierci się nie rozmawia – i tyle. Ale byli też tacy, którzy odetchnęli, że w końcu ktoś o tym powiedział głośno.

Nie potrafię elegancko przetłumaczyć szwedzkiego döstädning. oznacza śmierć, a städning – sprzątanie. Anglicy wymyślili nazwę death cleaning, czyli brutalne „przedśmiertne sprzątanie”. Francuzi mówią bardziej eufemistycznie o „porządkowaniu swojego życia”. Niezależnie od nazwy mowa o trendzie, o którym zrobiło się głośno w Szwecji, na porządkowanie swoich rzeczy przed śmiercią, żeby nie obarczać bliskich bagażem niepotrzebnych przedmiotów.

– Porządkuję papiery, ubrania, książki. Chcę oszczędzić rodzinie mordęgi przedzierania się przez moje śmieci, kiedy mnie już zabraknie – mówi mi 95-letnia Karin Laerum. – Poza tym niektóre z tych rzeczy są tak intymne, że nie chciałabym, żeby ktokolwiek, nawet moi najbliżsi, je oglądał. Dlatego wolę rozliczyć się z nimi sama, nawet jeśli szczerze nienawidzę porządków.

– Czy każdy powinien w ten sposób po sobie sprzątać? – pytam.

– Och, nie obchodzi mnie, co robią inni, to już zależy od nich. Znam wiele osób, które podobnie jak ja odgruzowują mieszkanie przed śmiercią, ale cieszę się niezmiernie, kiedy spotkam kogoś, kto tego nie robi, bo sama mam ciągłe poczucie winy, że robię za mało. Za szybko się już męczę, ale kiedy byłam młodsza i miałam więcej energii, to sprzątanie nie było moim priorytetem.

***

O döstädning zrobiło się głośno po opublikowaniu książki Margarety Magnusson. Szwedzka artystka i ilustratorka, która o swoim wieku mówi „gdzieś pomiędzy 80 a 100 lat”, radzi, jak najlepiej posprzątać swoje rzeczy, zanim umrzemy.

Jej zdaniem najlepiej zacząć w wieku około 65 lat albo wcześniej, bo porządkowanie życia może zająć kilka lat. „To ważne, żeby się nie spieszyć. Jeśli masz taką możliwość, wyznacz sobie czas, który ci odpowiada. Sprzątaj tak, jakbyś chodził codziennie do pracy. Czasem to będzie absorbujące, może nawet męczące, dlatego ważne, żeby mieć czas i nie zniechęcić się już na początku. Pamiętaj, starzenie się nie jest dla słabeuszy” – mówi.

Magnusson kilkakrotnie opróżniała mieszkania po zmarłych krewnych – obojgu rodzicach i teściowej. „Kiedy mama zmarła, ojciec był kompletnie zagubiony, musiałam mu pomóc. Na szczęście mama była bardzo praktyczną kobietą, kiedy zabrałam się do porządkowania jej rzeczy, zauważyłam, że są dokładnie opisane: co do oddania, co do wyrzucenia. To mi bardzo pomogło. Także teściowa na kilka lat przed śmiercią zaczęła porządkować swoje rzeczy. Kiedyś mieszkała w Japonii, potem prowadziła sklep z japońskimi dekoracjami. To, co jej zostało, powoli, przez lata rozdawała krewnym. Kiedy umarła, zostawiła dom całkowicie poukładany” – wspomina Magnusson.

Najtrudniej było jej sprzątać po mężu, z którym przeżyła 48 lat. Porządkowanie ich wspólnego domu i wyprowadzka do mniejszego mieszkania zajęły jej rok. Chociaż mogła liczyć na pomoc pięciorga dzieci, chciała się z tym uporać sama. Dzisiaj mówi: „Porządkowałam już domy po tylu zmarłych ludziach, że musiałabym upaść na głowę, żeby zostawić innym sprzątanie po sobie”.

Według Magnusson wielkie przedśmiertne sprzątanie najlepiej zacząć od piwnicy, strychu czy pawlacza, czyli tych miejsc, gdzie ląduje najwięcej niepotrzebnych przedmiotów, jak stare zabawki czy niechciane prezenty. Rzeczy można też podzielić na kategorie tematyczne, np. na meble, książki, ubrania, pościel i obrusy i zacząć od tych, do których czujemy najmniejszy sentyment. „Ja zaczęłam od ubrań, zawsze miałam ich zbyt dużo. Podzieliłam je na dwie sterty – te, które nadają się do oddania albo wyrzucenia, bo są już znoszone, niemodne, za duże albo za małe, przecież w tym wieku już do nich ani nie przytyję, ani nie schudnę, i te, które chcę zostawić. Potem jeszcze raz przejrzałam stosik, który sobie zachowałam, i wyjęłam z niego rzeczy zniszczone albo wymagające cerowania. Oczywiście zostawiłam sobie ulubione stroje, np. kolorową wyszywaną marynarkę, którą zakładam co roku na święta” – opowiada Magnusson.

Sztokholmskie mieszkanie Magnusson oglądam na filmiku na YouTubie. Wygląda na przytulne, ale raczej dalekie od minimalizmu. „Bo celem nie jest pozbywanie się rzeczy, które sprawiają, że nasze życie jest przyjemne i wygodne, ale tych, które przestały mieć dla nas wartość i przestały być potrzebne. Ja np. zatrzymałam tylko te książki, których jeszcze nie przeczytałam, albo te, do których lubię wracać. Uznałam, że nie potrzebuję też zastawy na 16 osób, jeśli przy moim stole mieści się tylko sześć” – tłumaczy pisarka. I dodaje, że w piwnicy trzyma już tylko rower. Jak mówi, skoro ona swoich starych rzeczy nie chce, to nie spodziewa się, że ktoś inny będzie nimi zachwycony. „Niezależnie od tego, jak bardzo nasi bliscy nas kochają, nie powinniśmy wyobrażać sobie, że będą mieli ochotę marnować czas na rzeczy, o które nam samym nie chciało się zadbać” – uważa.

W swojej książce poświęciła osobny rozdział porządkowaniu przedmiotów sekretnych. „Nie ma sensu trzymać rzeczy, których odkrycie po twojej śmierci zawstydzi rodzinę, za to ucieszy plotkarzy” – twierdzi Szwedka. I radzi, żeby co prawda zatrzymać ulubione dildo, ale wyrzucić pozostałych 15 sztuk. Przypomina też, że sama musiała uporać się z niewygodnymi znaleziskami, takimi jak arszenik w gabinecie ojca.

Najtrudniejszym etapem jest porządkowanie starych fotografii i listów, dlatego najlepiej zostawić je sobie na koniec. „Podchodzę do porządków praktycznie i bez sentymentu, ale segregowanie zdjęć bywa smutne. Tyle nagle wraca wspomnień” – mówi mi 95-letnia Karin Laerum.

Margareta Magnusson przyznaje, że zostawiła pudełko po butach, w którym trzyma przedmioty, o których mówi „bezużyteczne, ale nie potrafię się z nimi rozstać”. A w nim stare listy miłosne, ręcznie wykaligrafowane pocztówki sprzed kilkudziesięciu lat. „Na pudełku napisałam »Do wyrzucenia«, więc kiedy umrę, moja rodzina będzie wiedziała, co zrobić z jego zawartością. Oczywiście nie wykluczam, że pierwsze, co zrobią moje dzieci, to sprawdzą, co jest w środku. Ale równie dobrze mogą tego nie robić i po prostu wyrzucić je na śmietnik”.

***

Książka o döstädning wywołała w Szwecji burzę. Media okrzyknęły Margaretę Magnusson szwedzką Marie Kondo – japońską guru sprzątania (z tą różnicą, że Magnusson nie sprząta „po” sobie, tylko „przed” – w tym wypadku przed śmiercią). Świat rozpływa się nad mentalnością Szwedów, którzy nawet w obliczu śmierci wykazują się pragmatyzmem. Tymczasem sami Szwedzi przyznają, że wcześniej o döstädning nie rozmawiało się wcale tak otwarcie.

„Pośród starszych osób książka wywołała dwie skrajne reakcje: niektórzy byli oburzeni, bo uznali, że o śmierci nie powinno się mówić, nawet jeśli każdy o niej myśli. Ale byli też tacy, którzy odetchnęli z ulgą: »W końcu możemy mówić głośno o rzeczach, o których każdy myśli«. Wiesz, gdyby temat nie był kontrowersyjny, to nie wywołałby takiej dyskusji, a książka nie stałaby się bestsellerem” – mówi mi szwedzki dziennikarz Fredrik Svenningsson. „Wystarczyło, że pokazała się ta książka i nagle każdy, kto nie porządkuje swoich rzeczy przed śmiercią, ma poczucie winy. To dopiero jest szwedzki fenomen” – ironizuje z kolei znajoma Szwedka, Marianne.

Razem z książką padł też mit szwedzkiego minimalizmu. „Minimalizm?! Ależ wielu Szwedów to zbieracze! – mówi Svenningsson. – Sporo osób ze starszego pokolenia wyrosło w biedzie i wzbogaciło się dzięki skokowi gospodarczemu w latach 1960–1980. Nagle ci ludzie dostali dostęp do towarów, o których ich rodziny mogły wcześniej tylko marzyć. Toteż zaczęli gromadzić rzeczy. Dla siebie i dla swoich dzieci. Tacy są moi rodzice, podobnie jak rodzice mojej żony. Naprawdę bym chciał, żeby zaadaptowali modę na döstädning, ale mam obawy, że to się nigdy nie stanie”.

Ale Fredrik dostrzega w modzie na porządkowanie nowy sposób na życie: „Chodzi o to, żeby nie przywiązywać się do zbyt wielu rzeczy materialnych, zmienić dom na mniejszy, kiedy wyprowadzą się z niego dzieci. Po prostu: przejść przez życie z jak najmniejszym bagażem. Podoba mi się ta idea, choć nie jest prosta w realizacji”. I dodaje: „Niedługo skończę 40 lat, chyba niebawem powinienem zabrać się za porządki”.

***

Jeśli w Skandynawii wciąż niełatwo rozmawia się o śmierci, to w Polsce jest to jeszcze trudniejsze. Susanna Lea, agentka literacka Margaret Magnusson, w wywiadzie dla brytyjskiego „Guardiana” przyznała, że największy problem z zakupem książki miały wydawnictwa z Europy Wschodniej. „»U nas nie mówi się o śmierci« – tłumaczyli” – opowiada Lea. Czy w Polsce śmierć to temat tabu?

„To zależy od rodziny, niektóre rozmawiają o tym otwarcie, ale są i takie, które utrzymują umierającego krewnego w niewiedzy o tym, że odchodzi – mówi Bogna Kozłowska, wiceprezes Fundacji Hospicyjnej prowadzącej gdańskie hospicjum im. ks. Dutkiewicza. – Ja sama jestem ogromną zwolenniczką takiego sprzątania po sobie. Już wszystko sobie zaplanowałam na wypadek, gdyby coś mi się stało. Chcę swojej rodzinie oszczędzić problemów” – dodaje. „W Polsce umieranie to jest nadal temat wstydliwy, mimo że media ostatnio próbują go oswoić. Wciąż jednak mało mówi się o konieczności przygotowania do śmierci, a przecież społeczeństwa się starzeją – mówi psycholog społeczna prof. Hanna Brycz. – Ludzie boją się śmierci i to jest naturalne. Dlaczego tak jest? Bo boimy się nieznanego, wszyscy, niezależnie od wyznania. Nieważne, czy człowiek jest wierzący i myśli, że przechodzi na drugą stronę, czy też jest zupełnie niewierzący, boimy się czegoś, czego nie znamy. Nikt stamtąd nie wrócił i nie powiedział nam, jak się to odbywa. Czy to bardzo boli, w jaki sposób się odchodzi? Mnie się bardzo podoba pomysł czyszczenia przestrzeni przed śmiercią, to dowód ogromnej dojrzałości. Tylko oczywiście nie można popaść w przesadę”.

Szwedzka mistrzyni przedśmiertnego sprzątania zastrzega, że döstädning to nie ma być proces smutny, przeciwnie – powinien przynieść ulgę rozliczenia się ze swoim bałaganem. Sam sprzątający powinien nagradzać się za swój wysiłek, czerpiąc z życia, ile wlezie, uprawiając sport (jeśli zdrowie pozwala) lub spędzając czas w gronie przyjaciół. „Nie rozumiem, dlaczego tak wiele osób ma trudności z mówieniem o śmierci – pisze w swojej książce Margareta Magnusson. – W końcu to jedyna rzecz, co do której możemy mieć pewność, że jej w przyszłości nie unikniemy. Nie mamy wpływu na to, co stanie się z nami po śmierci, ale możemy zadecydować, co zrobimy z naszymi rzeczami, zanim to nastąpi. Kiedy byłam młoda, nie wypadało rozmawiać z rodzicami na niewygodne tematy, uważano to za niegrzeczne. Dzisiaj to się zmienia i dobrze, bo lepiej wybrać uczciwość zamiast uprzejmości”.

Data publikacji: