Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii.
Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie
zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szanowni Czytelnicy,
dopiero się wprowadziliśmy, więc trochę tu pusto – jak w każdym domu potrzeba czasu, by nasiąknął on naszymi historiami. Mamy nadzieję, że zostaniecie z nami i wkrótce poczujecie się tu u siebie.

Dziękujemy, przepraszamy,
Redakcja
Ewa Winnicka

Święta Barbara od stoczni

Wojtek Laski/EAST NEWS/ Getty Images
Święta Barbara od stoczni
Święta Barbara od stoczni

Swoją fundację prowadzi jej mąż Seward Johnson, jego była żona i przede wszystkim brat. The Robert Wood Johnson Foundation to potęga, jedna z pięciu największych zajmujących się zdrowiem organizacji charytatywnych w Ameryce. 

Give back to zasada zakorzeniona w purytańskiej mentalności. Prócz wspomagania słabszych fundacje bywają też oczywistą formą ucieczki przed fiskusem ze względu na nieograniczone odpisy podatkowe przysługujące darczyńcom. Jeśli na działalność wyda się minimum 5% funduszu założycielskiego, można odpisać od podatku całą wyłożoną sumę. Można też robić zakupy na rachunek fundacji. Zwykle te 5% funduszu na działalność pochodzi z odsetek od kwoty zainwestowanej w akcje albo zysków z działalności gospodarczej. 

W 1974 r. Barbara zakłada fundację dobroczynną swojego imienia. Jej celem statutowym jest kształcenie profesjonalistów z Polski, wspieranie inicjatyw artystycznych, medycznych i międzynarodowych przedsięwzięć humanitarnych. 

Dziesięć lat później, kiedy jest bohaterką najgłośniejszego w Ameryce procesu o spadek, przed sądem na Manhattanie wyjawia swoje motywacje. Opowiada, że wolałaby żyć w wolnej Polsce, niż sądzić się z bogatymi darmozjadami – dziećmi męża z dwóch pierwszych małżeństw. Nie wstydzi się swoich uczuć. Twierdzi, że około 15. roku życia zdarzały się jej wizje. Na przykład leży na łące pośród koniczyny. Jest głodna, tak jak cała jej rodzina. I wtedy słyszy głosy, które mówią, że powinna wyruszyć w świat i kupić wielkie dzieła sztuki, by próbować pomóc zniewolonej Polsce. Sędziowie na Manhattanie przecierają oczy ze zdumienia.

Na razie jednak jest 1975 r. Jednym z pierwszych beneficjentów Barbary zostaje Krystian Zimerman, który się z nią serdecznie zaprzyjaźnia, następnie – jej wielki przyjaciel Witold Małcużyński. A potem filantropia okazuje się bardziej skomplikowana.

Biblioteka

Biblioteka Polska w Paryżu powstaje w XIX w. z inicjatywy Karola Sienkiewicza, Juliana Ursyna Niemcewicza i księcia Adama Czartoryskiego. Mieści się na Wyspie Świętego Ludwika i w drugiej połowie XX w. wciąż gromadzi największy księgozbiór polski poza krajem. Jest symbolem kultury niezależnej od komunizmu – zadłużonym i chylącym się ku upadkowi. Dla Barbary liczy się fakt, że osobą ważną w tej placówce jest Zofia Zdziechowska, przyjaciółka Witolda Małcużyńskiego, którego Barbara uwielbia. Jeszcze przed śmiercią pianisty w 1977 r. deklaruje pomoc finansową. Cyklicznie przelewa na konto biblioteki w sumie 250 tys. dolarów. Do tej pory nawet najbogatsi patrioci za granicą wpłacali raczej po 500 franków.

Wielki dar dla Paryża wywołuje reakcję Polonii amerykańskiej, która z kolei czuje się zdradzona. Do Piaseckiej-Johnson zaczynają docierać komentarze, że najważniejsi są Polacy w Ameryce, a nie abstrakcyjna, daleka biblioteka. Pierwsze spory wśród Polonii komentuje Zygmunt Hertz, redaktor paryskiego pisma „Kultura”, w liście do Czesława Miłosza: 

„Szalenie żałuję, że nie jestem panią Johnson, opieprzyłbym całe towarzystwo od góry do dołu. Popatrz, jakie czasy, nawet milioner nie może wydawać forsy »na cele« takie, jakie chce. Wszystko razem dość ponure”.

Kilka miesięcy później Hertz ma okazję poznać Barbarę osobiście. Dzięki Zofii Zdziechowskiej i swoim hojnym wpłatom na bibliotekę Piasecka-Johnson bywa na emigracyjnych salonach. Zygmunt Hertz- melduje Czesławowi Miłoszowi w jednym z listów:

„U Józiów [Józef i Maria Czapscy] była pani Johnson, dobrodziejka Biblioteki Polskiej w Paryżu i żona milionera (własny boeing itp.). Spłynęła na dół, muszę powiedzieć, że za taką forsę można mieć ładniejsze. Ot, typowa Polka, w miarę tęga, blond, sporawa. Miło jest podśmiewać się o niczym z osobą, która sika forsą, i nic od niej nie chcieć. Stwierdziłem, że słowo dupa nie jest jej obce, bo akurat coś tam podeszło w związku z tym słowem”.

Ten zmieszany z pogardą i ciekawością podziw nie trwa długo. Pół roku później Towarzystwo Historyczno-Literackie wyraża na łamach „Kultury” swoje niezadowolenie ze sposobu, w jaki pani Johnson oraz jej prawnicy chcą ułożyć dalszą współpracę. Fundusze mają być przekazywane przez fundację, a nie z milionerskiej kieszeni. Fundacja Piaseckiej-Johnson – zgodnie z amerykańskim obyczajem – chce mieć też wpływ na funkcjonowanie placówki. Działacze Towarzystwa uznają, że fuzja jego i fundacji jest sprzeczna z interesem biblioteki, zrywają korespondencję, a Barbara przestaje płacić. W listopadzie 1979 r. Rada Towarzystwa uprzejmie dziękuje Barbarze za „wydatne zmniejszenie zadłużenia” biblioteki. 

Znajomość z Zofią Zdziechowską kończy się w sposób mniej dyplomatyczny, o czym pisze amerykański reporter David Margolick, który śledzi słynny proces i życie Barbary:

„– Twoja propozycja jest poniżej godności – denerwuje się Zdziechowska, komentując propozycję przejęcia kontroli nad biblioteką przez fundację.

– Wyciągnęłam cię z biedy i tam cię poślę – wścieka się rozczarowana Barbara.

– Nie potrzebujemy pieniędzy od pastucha takiego jak ty”.

Cudotwórczyni 

Barbara nie traci jeszcze wrażliwości na Polskę. Sierpniowy bunt polskich robotników w 1980 r. zastaje ją we Włoszech, w jednym z należących do niej domów. Ogląda w telewizji włoskiej polskie strajki i nie może przestać. Jest tak wzruszona, że w odruchu serca sprzedaje swoją biżuterię od Bulgariego. Dzwoni do swojej prawniczki Niny Zagat, żeby znalazła kontakt z polskimi robotnikami z „Solidarności”. Nina zaczyna szukać przez amerykańskie związki zawodowe. Basia chce, żeby jak najszybciej przekazać pieniądze. 

Aktywnie wspomaga opozycję (nie ma ważniejszej organizacji i nie ma działacza, któremu by nie pomogła). Daje się nabierać i często naciągać. Ma pretensje, że opozycjoniści nie rozliczają się z dotacji. Ale kiedy zaczyna upadać komunizm – wkracza do Polski z dobrą wolą, wspaniałą wystawą obrazów Opus sacrum z własnej kolekcji i ambicją, by wziąć udział w przemianach społecznych. A także ze zamerykanizowanym podejściem do filantropii. Chce mieć wpływ na przyszły kształt obdarowywanej organizacji. Najlepiej, by przynosiła ona zyski. I tutaj zaczynają się prawdziwe schody.

Do Gdańska zaprasza Barbarę ksiądz prałat Henryk Jankowski, proboszcz parafii Świętej Brygidy, duszpasterz stoczniowców, społecznik oraz miłośnik pięknych przedmiotów. Po odwiedzinach w jej rezydencji pod Princeton przesiada się do mercedesa i zaczyna marzyć o nowej posadzce w kościele Świętej Brygidy. Ma być wykonana z marmuru, w jakim rzeźbił Michał Anioł.

Barbara chce z kolei bliżej poznać laureata Nagrody Nobla Lecha Wałęsę, więźnia politycznego, przywódcę związkowego, który wyrasta na najważniejszego człowieka w centralnej Europie. 

Trwają rozmowy dotyczące przygotowania wystawy Opus sacrum, kiedy dzwoni prałat z zaproszeniem na procesję Bożego Ciała do Gdańska. Barbara wsiada w samolot i następnego dnia melduje się w miejscowym hotelu Hevelius.
Jest 1 czerwca 1989 r., słoneczny czwartek. Za trzy dni mają się odbyć pierwsze częściowo wolne wybory.

Trwa intensywna kampania wyborcza, wychodząca z podziemia opozycja musi stawić czoła kontrolującej telewizję i prasę władzy partyjnej. Pierwsza niepartyjna „Gazeta Wyborcza” ukazuje się dopiero od trzech tygodni. Mobilizacja przypomina atmosferę Sierpnia ʼ80. Jest nadzieja: ludzie użyczają samochodów, powielacze wypluwają tysiące ulotek, które roznoszą wolontariusze. Funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa obserwują poruszenie i składają kierownictwu PZPR sprawozdania oraz przedstawiają oceny sytuacji. Opozycja boi się prowokacji. Jeszcze nie ma pewności, czy wybory nie skończą się rozlewem krwi. 

Najpierw idą na mszę. Kościół Świętej Brygidy pęka w szwach. Stoczniowcy z rodzinami, najważniejsi działacze gdańskiej „Solidarności” i oczywiście przewodniczący.

Bogdan Lis, jeden z działaczy Komitetu Obywatelskiego, widzi, że kobieta towarzysząca prałatowi daje na tacę 100 tys. złotych. Ludzie wstrzymują oddech. 

Potem wszyscy idą w procesji. Barbara jako gość specjalny. 

Alojzy Szablewski, inżynier, szef stoczniowej „Solidarności”, który wciąż jest wzruszony wysokością ofiary, mówi szeptem: „Jak pani taka bogata, to może kupi pani naszą stocznię?”.

To zdanie przypisuje się również Lechowi Wałęsie. Według innej teorii inspiracją dla Barbary jest audiencja u papieża Jana Pawła II w Watykanie. 
W każdym razie Stocznia Gdańska, kolebka „Solidarności”, symbol oporu i przemian, bardzo potrzebuje cudu. W 1988 r. rząd Rakowskiego postawił ją w stan likwidacji. Robotników czekają zwolnienia, produkcję zaczynają przejmować nomenklaturowe spółki.

Podczas procesji nie zostaje doprecyzowane, czy chodzi o 100 mln złotych, czy dolarów, więc kilkunastoosobowa grupa działaczy idzie na plebanię, żeby domówić szczegóły. 1 czerwca Barbara podpisuje list intencyjny, według którego do końca roku ma powstać spółka akcyjna z 55-procentowym udziałem Piaseckiej-Johnson. 
„Mam nadzieję, że cała Polska będzie szczęśliwa” – komentuje skromnie Barbara.
Jeszcze tego samego dnia amerykańska agencja UPI podaje informację, że Barbara Piasecka-Johnson zapowiedziała założenie spółki, która przejmie Stocznię Gdańską, i zainwestuje w nią 100 mln dolarów.

Wyborcza niedziela 4 czerwca 1989 r. zaczyna się znów od uroczystej mszy w kościele Świętej Brygidy. Barbara zjawia się na niej razem z Lechem Wałęsą. Witają ich brawa, podniesione w geście zwycięstwa palce i wspólne Boże, coś Polskę. Barbara siada po lewej stronie Wałęsy, po prawej przycupnęła jego żona Danuta. 

Miodowe miesiące

W czerwcu do Gdańska przyjeżdżają amerykańscy prawnicy. Barbara prosi firmę Arthur Andersen o audyt przedsiębiorstwa. Zaczynają się rozmowy z dyrekcją stoczni, z robotnikami, z „Solidarnością”. Na plebanii parafii Świętej Brygidy oraz w stoczniowej Sali BHP. Na archiwalnych taśmach Video Studio Gdańsk widać zagranicznych towarzyszy Barbary i nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to, co widzą, odbiega od ich dotychczasowych doświadczeń i zahacza o egzotykę.

Obwieszeni aparatami fotografują wszystko, co pojawia się w zasięgu wzroku: robotników, meble, posiłki. 

Ale wtedy jeszcze wszystko układa się jak najlepiej.

Na plebanii parafii Świętej Brygidy Lech Wałęsa przekazuje Barbarze list do Ronalda Reagana, prezydenta USA. Dziękuje w nim za pomoc udzieloną „Solidarności”. Barbara obiecuje, że osobiście dostarczy. 

„Chcę przełamać nieufność zachodnich biznesmenów i przez swój sukces zachęcić ich do inwestowania w Polsce” – powtarza jak mantrę Barbara. 
„Gratuluję ekonomicznego zacięcia, ponieważ brakuje nam w Polsce rozwiązań ekonomicznych, bez których nasze polityczne zwycięstwa nie będą skończone. Jestem z panią Basią, która właśnie rozpoczyna z brawurą temat ekonomiczny” – dodaje przewodniczący „Solidarności” Lech Wałęsa.

„Pani Basiu, możemy zbudować dużo pięknych żaglowców” – zapewniają stoczniowcy, kiedy Barbara zwiedza stocznię.

„Pani Basiu, kiedy nas pani kupi?” – dopytują z nadzieją robotnicy w błysku fleszów amerykańskich prawników. 

„Z satysfakcją przyjmujemy propozycję ze strony amerykańskiego kontrahenta, szczególnie że jest z Polski” – mówi dowcipnie Czesław Tołwiński, dyrektor stoczni. 

Żona nie rozumie

W czerwcu 1989 r. do Gdańska zjeżdżają również amerykańscy reporterzy. David Margolick pisze artykuł o Wałęsie i Barbarze, dzięki któremu oboje znajdują się na okładce „The New York Times Magazine”.

„Nim jeszcze wydała złotówkę, pławiła się w sławie i komplementach – zauważa Margolick. – W magazynie »Parade« została z kolei nazwana Aniołem Gdańska i polską Joanną d’Arc, we francuskim dzienniku – Notre Dame de Gdańsk. Polska prasa pisała o niej z religijnym uniesieniem. Gdańszczanie rzucali kwiaty na limuzynę, straganiarze sprzedawali zdjęcia portretowe po pięćset i czterysta złotych. Kiedy wychodziła z samochodu – rozdawała autografy. Na stoczni zawisło jej zdjęcie z Janem Pawłem II”.

Co do okładki: Piotr Siemion, pisarz i prawnik, w 1989 r. doktorant na Columbii i czytelnik „New York Timesa”, nie ma wątpliwości, że artykuł oraz zdjęcie okładkowe mają prześmiewczy charakter. Bohater ludowy i cudotwórczyni wyglądają jak para z surrealistycznej bajki, a nie z placu budowy kapitalizmu. 

Temperaturę podnosi informacja, że Barbara ma przy sobie butelki z preparatem torfowym profesora Tołpy z Wrocławia. Telewizja informuje, że zainwestowała w badania nad lekiem o prawdopodobnym działaniu przeciwrakowym. We Wrocławiu koczowano pod kliniką, w Gdańsku – pod Heveliusem. 

Kiedy Lech Wałęsa oprowadza Barbarę po stoczni, rozemocjonowany flirtuje z nią po swojemu w obecności zagranicznych reporterów. „Co taka delikatna kobieta robi w stoczni? Lubię ją całować i cieszę się, że mi pozwala”.

Tłumacz zwraca uwagę, że jego słowa mogą znaleźć się w gazecie o wielomilionowym nakładzie. Przewodniczący macha ręką: „Żona nie zrozumie po angielsku”. 

[...]

Drodzy Czytelnicy! To jest fragment wywiadu, opublikowanego w nr 3557/2017. Jesli pragniecie przeczytać go w całości, sięgnijcie do wydania papierowego. 

Dziękujemy, przepraszamy!

Redakcja 

Data publikacji: