Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 7 „Przekrojowych” tekstów oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
W 1974 r. zakłada fundację dobroczynną swojego imienia. Jej celem statutowym jest kształcenie profesjonalistów ...
2017-03-20 14:00:00

Święta Barbara od stoczni

Święta Barbara od stoczni

Kiedy w Ameryce majątek człowieka przekroczy mniej więcej 100 mln dolarów, oczekuje się, że założy on dobroczynną fundację. Odkąd Andrew Carnegie i John D. Rockefeller postanowili stworzyć instytucje swojego imienia – osoby o statusie materialnym Barbary Piaseckiej-Johnson nie mają wyboru.

Swoją fundację prowadzi jej mąż Seward Johnson, jego była żona i przede wszystkim brat. The Robert Wood Johnson Foundation to potęga, jedna z pięciu największych zajmujących się zdrowiem organizacji charytatywnych w Ameryce.

Give back to zasada zakorzeniona w purytańskiej mentalności. Prócz wspomagania słabszych fundacje bywają też oczywistą formą ucieczki przed fiskusem ze względu na nieograniczone odpisy podatkowe przysługujące darczyńcom. Jeśli na działalność wyda się minimum 5% funduszu założycielskiego, można odpisać od podatku całą wyłożoną sumę. Można też robić zakupy na rachunek fundacji. Zwykle te 5% funduszu na działalność pochodzi z odsetek od kwoty zainwestowanej w akcje albo zysków z działalności gospodarczej.

W 1974 r. Barbara zakłada fundację dobroczynną swojego imienia. Jej celem statutowym jest kształcenie profesjonalistów z Polski, wspieranie inicjatyw artystycznych, medycznych i międzynarodowych przedsięwzięć humanitarnych.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

7 to nadzwyczajna liczba w numerologii – w Chinach brzmi podobnie do słowa „pewny”. U nas masz siedem pewnych i bezpłatnych artykułów do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Dziesięć lat później, kiedy jest bohaterką najgłośniejszego w Ameryce procesu o spadek, przed sądem na Manhattanie wyjawia swoje motywacje. Opowiada, że wolałaby żyć w wolnej Polsce, niż sądzić się z bogatymi darmozjadami – dziećmi męża z dwóch pierwszych małżeństw. Nie wstydzi się swoich uczuć. Twierdzi, że około 15. roku życia zdarzały się jej wizje. Na przykład leży na łące pośród koniczyny. Jest głodna, tak jak cała jej rodzina. I wtedy słyszy głosy, które mówią, że powinna wyruszyć w świat i kupić wielkie dzieła sztuki, by próbować pomóc zniewolonej Polsce. Sędziowie na Manhattanie przecierają oczy ze zdumienia.

Na razie jednak jest 1975 r. Jednym z pierwszych beneficjentów Barbary zostaje Krystian Zimerman, który się z nią serdecznie zaprzyjaźnia, następnie – jej wielki przyjaciel Witold Małcużyński. A potem filantropia okazuje się bardziej skomplikowana.

Biblioteka

Biblioteka Polska w Paryżu powstaje w XIX w. z inicjatywy Karola Sienkiewicza, Juliana Ursyna Niemcewicza i księcia Adama Czartoryskiego. Mieści się na Wyspie Świętego Ludwika i w drugiej połowie ­XX w.­ ­wciąż gromadzi największy księgozbiór polski poza krajem. Jest symbolem kultury niezależnej od komunizmu – zadłużonym i chylącym się ku upadkowi. Dla Barbary liczy się fakt, że osobą ważną w tej placówce jest Zofia Zdziechowska, przyjaciółka Witolda Małcużyńskiego, którego Barbara uwielbia. Jeszcze przed śmiercią pianisty w 1977 r. deklaruje pomoc finansową. Cyklicznie przelewa na konto biblioteki w sumie 250 tys. ­dolarów. Do tej pory nawet najbogatsi patrioci za granicą wpłacali raczej po 500 franków.

Wielki dar dla Paryża wywołuje reakcję Polonii amerykańskiej, która z kolei czuje się zdradzona. Do Piaseckiej-Johnson zaczynają docierać komentarze, że najważniejsi są Polacy w Ameryce, a nie abstrakcyjna, daleka biblioteka. Pierwsze spory wśród Polonii komentuje Zygmunt Hertz, redaktor paryskiego pisma „Kultura”, w liście do Czesława Miłosza:

„Szalenie żałuję, że nie jestem panią Johnson, opieprzyłbym całe towarzystwo od góry do dołu. Popatrz, jakie czasy, nawet milioner nie może wydawać forsy »na cele« takie, jakie chce. Wszystko razem dość ponure”.

Kilka miesięcy później Hertz ma okazję poznać Barbarę osobiście. Dzięki Zofii Zdziechowskiej i swoim hojnym wpłatom na bibliotekę Piasecka-Johnson bywa na emigracyjnych salonach. Zygmunt Hertz­­melduje Czesławowi Miłoszowi w jednym z listów:

„U Józiów [Józef i Maria Czapscy] była pani Johnson, dobrodziejka Biblioteki Polskiej w Paryżu i żona milionera (własny boeing itp.). Spłynęła na dół, muszę powiedzieć, że za taką forsę można mieć ładniejsze. Ot, typowa Polka, w miarę tęga, blond, sporawa. Miło jest podśmiewać się o niczym z osobą, która sika forsą, i nic od niej nie chcieć. Stwierdziłem, że słowo dupa nie jest jej obce, bo akurat coś tam podeszło w związku z tym słowem”.

Ten zmieszany z pogardą i ciekawością podziw nie trwa długo. Pół roku później Towarzystwo Historyczno-Literackie wyraża na łamach „Kultury” swoje niezadowolenie ze sposobu, w jaki pani Johnson oraz jej prawnicy chcą ułożyć dalszą współpracę. Fundusze mają być przekazywane przez fundację, a nie z milionerskiej kieszeni. Fundacja Piaseckiej-Johnson – zgodnie z amerykańskim obyczajem – chce mieć też wpływ na funkcjonowanie placówki. Działacze Towarzystwa uznają, że fuzja jego i fundacji jest sprzeczna z interesem biblioteki, zrywają korespondencję, a Barbara przestaje płacić. W listopadzie 1979 r.­Rada Towarzystwa uprzejmie dziękuje Barbarze za „wydatne zmniejszenie zadłużenia” biblioteki.

Znajomość z Zofią Zdziechowską kończy się w sposób mniej dyplomatyczny, o czym pisze amerykański reporter David Margolick, który śledzi słynny proces i życie Barbary:

„– Twoja propozycja jest poniżej godności – denerwuje się Zdziechowska, komentując propozycję przejęcia kontroli nad biblioteką przez fundację.

– Wyciągnęłam cię z biedy i tam cię poślę – wścieka się rozczarowana Barbara.

– Nie potrzebujemy pieniędzy od pastucha takiego jak ty”.

Cudotwórczyni

Barbara nie traci jeszcze wrażliwości na Polskę. Sierpniowy bunt polskich robotników w 1980 r. zastaje ją we Włoszech, w jednym z należących do niej domów. Ogląda w telewizji włoskiej polskie strajki i nie może przestać. Jest tak wzruszona, że w odruchu serca sprzedaje swoją biżuterię od Bulgariego. Dzwoni do swojej prawniczki Niny Zagat, żeby znalazła kontakt z polskimi robotnikami z „Solidarności”. Nina zaczyna szukać przez amerykańskie związki zawodowe. Basia chce, żeby jak najszybciej przekazać pieniądze.

Aktywnie wspomaga opozycję (nie ma ważniejszej organizacji i nie ma działacza, któremu by nie pomogła). Daje się nabierać i często naciągać. Ma pretensje, że opozycjoniści nie rozliczają się z dotacji. Ale kiedy zaczyna upadać komunizm – wkracza do Polski z dobrą wolą, wspaniałą wystawą obrazów Opus sacrum z własnej kolekcji i ambicją, by wziąć udział w przemianach społecznych. A także ze zamerykanizowanym podejściem do filantropii. Chce mieć wpływ na przyszły kształt obdarowywanej organizacji. Najlepiej, by przynosiła ona zyski. I tutaj zaczynają się prawdziwe schody.

Do Gdańska zaprasza Barbarę ksiądz prałat Henryk Jankowski, proboszcz parafii Świętej Brygidy, duszpasterz stoczniowców, społecznik oraz miłośnik pięknych przedmiotów. Po odwiedzinach w jej rezydencji pod Princeton przesiada się do mercedesa i zaczyna marzyć o nowej posadzce w kościele Świętej Brygidy. Ma być wykonana z marmuru, w jakim rzeźbił Michał Anioł.

Barbara chce z kolei bliżej poznać laureata Nagrody Nobla Lecha Wałęsę, więźnia politycznego, przywódcę związkowego, który wyrasta na najważniejszego człowieka w centralnej Europie.

Trwają rozmowy dotyczące przygotowania wystawy Opus sacrum, kiedy dzwoni prałat z zaproszeniem na procesję Bożego Ciała do Gdańska. Barbara wsiada w samolot i następnego dnia melduje się w miejscowym hotelu Hevelius.

Jest 1 czerwca 1989 r., słoneczny czwartek. Za trzy dni mają się odbyć pierwsze częściowo wolne wybory.

Trwa intensywna kampania wyborcza, wychodząca z podziemia opozycja musi stawić czoła kontrolującej telewizję i prasę władzy partyjnej. Pierwsza niepartyjna „Gazeta Wyborcza” ukazuje się dopiero od trzech tygodni. Mobilizacja przypomina atmosferę Sierpnia ʼ80. Jest nadzieja: ludzie użyczają samochodów, powielacze wypluwają tysiące ulotek, które roznoszą wolontariusze. Funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa obserwują poruszenie i składają kierownictwu PZPR sprawozdania oraz przedstawiają oceny sytuacji. Opozycja boi się prowokacji. Jeszcze nie ma pewności, czy wybory nie skończą się rozlewem krwi.

Najpierw idą na mszę. Kościół Świętej Brygidy pęka w szwach. Stoczniowcy z rodzinami, najważniejsi działacze gdańskiej „Solidarności” i oczywiście przewodniczący.

Bogdan Lis, jeden z działaczy Komitetu Obywatelskiego, widzi, że kobieta towarzysząca prałatowi daje na tacę 100 tys. złotych. Ludzie wstrzymują oddech.

Potem wszyscy idą w procesji. Barbara jako gość specjalny.

Alojzy Szablewski, inżynier, szef stoczniowej „Solidarności”, który wciąż jest wzruszony wysokością ofiary, mówi szeptem: „Jak pani taka bogata, to może kupi pani naszą stocznię?”.

To zdanie przypisuje się również Lechowi Wałęsie. Według innej teorii inspiracją dla Barbary jest audiencja u papieża Jana Pawła II w Watykanie.

W każdym razie Stocznia Gdańska, kolebka „Solidarności”, symbol oporu i przemian, bardzo potrzebuje cudu. W 1988 r. rząd Rakowskiego postawił ją w stan likwidacji. Robotników czekają zwolnienia, produkcję zaczynają przejmować nomenklaturowe spółki.

Podczas procesji nie zostaje doprecyzowane, czy chodzi o 100 mln złotych, czy dolarów, więc kilkunasto­osobowa grupa działaczy idzie na plebanię, żeby domówić szczegóły. ­1 czerwca Barbara podpisuje list intencyjny, według którego do końca roku ma powstać spółka ak­cyjna z 55-procentowym udziałem Piaseckiej­-Johnson.

„Mam nadzieję, że cała Polska będzie szczęśliwa” – komentuje skromnie Barbara.

Jeszcze tego samego dnia amerykańska agencja UPI podaje informację, że Barbara Piasecka-Johnson zapowiedziała założenie spółki, która­ przejmie Stocznię Gdańską, i zain­westuje w nią 100 mln dolarów.

Wyborcza niedziela 4 czerwca 1989 r. zaczyna się znów od uroczystej mszy w kościele Świętej Brygidy. Barbara zjawia się na niej razem z Lechem Wałęsą. Witają ich brawa, podniesione w geście zwycięstwa palce i wspólne Boże, coś Polskę. Barbara siada po lewej stronie Wałęsy, po prawej przycupnęła jego żona Danuta.

Miodowe miesiące

W czerwcu do Gdańska przyjeżdżają amerykańscy prawnicy. Barbara prosi firmę Arthur Andersen o audyt przedsiębiorstwa. Zaczynają się rozmowy z dyrekcją stoczni, z robotnikami, z „Solidarnością”. Na plebanii parafii Świętej Brygidy oraz w stoczniowej Sali BHP. Na archiwalnych taśmach Video Studio Gdańsk widać zagranicznych towarzyszy Barbary i nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to, co widzą, odbiega od ich dotychczasowych doświadczeń i zahacza o egzotykę. Obwieszeni aparatami fotografują wszystko, co pojawia się w zasięgu wzroku: robotników, meble, posiłki.

Ale wtedy jeszcze wszystko układa się jak najlepiej.

Na plebanii parafii Świętej Brygidy Lech Wałęsa przekazuje Barbarze list do Ronalda Reagana, prezydenta USA. Dziękuje w nim za pomoc udzieloną „Solidarności”. Barbara obiecuje, że osobiście dostarczy.

„Chcę przełamać nieufność zachodnich biznesmenów i przez swój sukces zachęcić ich do inwestowania w Polsce” – powtarza jak mantrę Barbara.

„Gratuluję ekonomicznego zacięcia, ponieważ brakuje nam w Polsce rozwiązań ekonomicznych, bez których nasze polityczne zwycięstwa nie będą skończone. Jestem z panią Basią, która właśnie rozpoczyna z brawurą temat ekonomiczny” – dodaje przewodniczący „Solidarności” Lech Wałęsa.

„Pani Basiu, możemy zbudować dużo pięknych żaglowców” – zapewniają stoczniowcy, kiedy Barbara zwiedza stocznię.

„Pani Basiu, kiedy nas pani kupi?” – dopytują z nadzieją robotnicy w błysku fleszów amerykańskich prawników.

„Z satysfakcją przyjmujemy propozycję ze strony amerykańskiego kontrahenta, szczególnie że jest z Polski” – mówi dowcipnie Czesław Tołwiński, dyrektor stoczni.

Żona nie rozumie

W czerwcu 1989 r. do Gdańska zjeżdżają również amerykańscy reporterzy. David Margolick pisze artykuł o Wałęsie i Barbarze, dzięki któremu oboje znajdują się na okładce „The New York Times Magazine”.

„Nim jeszcze wydała złotówkę, pławiła się w sławie i komplementach – zauważa Margolick. – W magazynie »Parade« została z kolei nazwana Aniołem Gdańska i polską Joanną d’Arc, we francuskim dzienniku – Notre Dame de Gdańsk. Polska prasa pisała o niej z religijnym uniesieniem. Gdańszczanie rzucali kwiaty na limuzynę, straganiarze sprzedawali zdjęcia portretowe po pięćset i czterysta złotych. Kiedy wychodziła z samochodu – rozdawała autografy. Na stoczni zawisło jej zdjęcie z Janem Pawłem II”.

Co do okładki: Piotr Siemion, pisarz i prawnik, w 1989 r. doktorant na Columbii i czytelnik „New York Timesa”, nie ma wątpliwości, że artykuł oraz zdjęcie okładkowe mają prześmiewczy charakter. Bohater ludowy i cudotwórczyni wyglądają jak para z surrealistycznej bajki, a nie z placu budowy kapitalizmu.

Temperaturę podnosi informacja, że Barbara ma przy sobie butelki z preparatem torfowym profesora Tołpy z Wrocławia. Telewizja informuje, że zainwestowała w badania nad lekiem o prawdopodobnym działaniu przeciwrakowym. We Wrocławiu koczowano pod kliniką, w Gdańsku – pod Heveliusem.

Kiedy Lech Wałęsa oprowadza Barbarę po stoczni, rozemocjonowany flirtuje z nią po swojemu w obecności zagranicznych reporterów. „Co taka delikatna kobieta robi w stoczni? Lubię ją całować i cieszę się, że mi pozwala”.

Tłumacz zwraca uwagę, że jego słowa mogą znaleźć się w gazecie o wielomilionowym nakładzie. Przewodniczący macha ręką: „Żona nie zrozumie po angielsku”.

Manna z nieba

O pomyśle kupienia stoczni Jacek Merkel, inżynier, działacz opozycyjny, dowiaduje się podczas jednej z rutynowych wizyt na plebanii parafii Świętej Brygidy. W pierwszych miesiącach 1989 r. finalizuje się walka o zalegalizowanie „Solidarności”.

Jacek Merkel: „Przewodniczący Wałęsa powitał mnie z miną człowieka, który wygrał w totolotka. Pokazał mi zapisaną na maszynie kartkę. »Ja, Barbara Piasecka-Johnson, zdrowa na ciele i umyśle…«. I tak dalej. Poczułem, że ja, prosty stoik, który koncentruje się na tym, na co ma wpływ, znalazłem się w sytuacji bajkowej, która od razu mnie uwierała.

Przewodniczący jest katolikiem, człowiekiem zawierzenia. Matce Boskiej Częstochowskiej, a potem pani Basi. Dla niego manna, która właśnie miała spłynąć z nieba, była oczywista. Zadzwoniłem do mojego kolegi Jana Krzysztofa Bieleckiego. Był ekonomistą, prezesem Spółdzielni Doradca, którą założyliśmy, kiedy zdolnych wykładowców komuniści pozwalniali z Uniwersytetu Gdańskiego. Powiedziałem, że musi urealnić rozmowy z panią Barbarą. Ale to okazało się niemożliwe”.

Gdzie jest stocznia?

Jesienią rusza kolejna tura rozmów w sprawie stoczniowej inwestycji. Z Londynu przylatują specjaliści z firmy Arthur Andersen, którą Barbara wyszukała w książce telefonicznej. Na pierwszy ogień idzie Duleep Aluwihare, 32-letni prawnik ze Sri Lanki, zachwycony, że może obejrzeć z bliska żywy symbol, czyli Lecha Wałęsę, galopującą inflację oraz terapię szokową, o których uczył się na studiach.

Jeszcze w Londynie Aluwihare zostaje ostrzeżony, że w Polsce żyją ludzie o ograniczonych horyzontach myślowych, konserwatyści i rasiści, ale ciekawość jest silniejsza. Na powitalnym spotkaniu w hotelu Hevelius oprócz Wałęsy obecni są Barbara i Jan Krzysztof Bielecki.

Prawnicy i ekonomiści skrupulatnie zbierają informacje o polskiej gos­podarce, systemie prawnym i sposobie zarządzania ludźmi. Stocznia od dawna nie produkuje dużych statków, ostatnio urosła jej konkurencja w Korei i Japonii. Rozpada się za to radziecki rynek zbytu.

Prawnikom i ekonomistom z Londynu otwierają się oczy.

Jacek Merkel: „Zaczęli zadawać pytania. Kto jest właścicielem gruntu? Czy jest hipoteka? Co to są za spółki, którymi działacze komunistyczni kierują na terenie stoczni, korzystając z jej zasobów? Kto ma podpisywać umowę z panią Barbarą? Czy jest ustawa reprywatyzacyjna? I kim jest ten rumiany ksiądz, który na wszystkim trzyma rękę?”.

Tymczasem w prasie zaczynają pojawiać się wielkie, pełne złych wróżb artykuły o międzynarodowych konsultantach, którzy prywatyzują świętą kolebkę „Solidarności”. Gazety prześcigają się w proroctwach. Piszą, ­że stocznia warta jest co najmniej ­­250 ­mln­ dolarów. Że władze nowej spółki mają zamiar zakazać strajków na pięć lat. Że pensje robotników ustalono na 40 centów za godzinę.

Stoczniowcy powoli tracą entuzjazm. Dyrekcja stoczni zaczyna sugerować, że jeśli negocjacje się przedłużą, stocznia zostanie sprzedana innemu kontrahentowi.

Zimą prawnicy i ekonomiści z Zachodu zaczynają rozumieć, że transakcja może być niemożliwa.

Duleep Aluwihare: „Wyjaśniliśmy pani Johnson, że jeśli kupi stocznię, to bardzo szybko straci cały majątek, te swoje pół miliarda dolarów. W końcowej fazie negocjacji powiedzieliśmy, że jeśli się upiera, aby wejść w ten biznes, to niech chociaż kupi stocznię za symboliczną złotówkę”.

Niestety, dyrekcja odmawia dalszych negocjacji. Nie chce przedłużać ważności listu intencyjnego.

Barbara źle znosi negatywne artykuły o sobie, ale wciąż jeszcze chce być tą, która uratowała stocznię.

Na początku 1990 r. pokazuje wynik audytu Lechowi Wałęsie. Przynosi do Sali BHP gruby plik, prawdziwą opowieść o trudnościach stoczni.

Przewodniczący wpada w szał. Rozrzuca kartki, grozi Piaseckiej wywiezieniem na taczkach. Barbara wychodzi z płaczem.

W oczach stoczniowców staje się krwiożerczą kapitalistką, ale wiosną 1990 r. ma jeszcze nadzieję: „Nie zważając na to, w jaki sposób przedstawiano przebieg naszych negocjacji, i mimo wydatkowania na próżno wielu milionów dolarów wciąż jestem zainteresowana stocznią” – mówi Jerzemu Baczyńskiemu z tygodnika „Polityka”. I dodaje gorzko: „Mam takie wrażenie, że zbyt wielu ludzi oczekuje, że wszystko się samo zrobi, zamiast zacząć zmiany od siebie. Natomiast z lubością – i to jest rodzaj narodowego sportu – krytykuje się i recenzuje tych, którzy usiłują coś zrobić. A przecież tylko razem można osuszyć ten grunt, na którym ma być zbudowana nowa Polska”.

Lech Wałęsa: „To była miła pani, ale ja nie mogłem trzymać jej za rękę. Znalazłem jej temat, rzuciłem go, potem musiała sobie dawać radę sama. Mnie interesowało tylko i wyłącznie ratowanie stoczni”.

Duleep Aluwihare zostaje szefem polskiego oddziału firmy Arthur Andersen i przez trzy kolejne dekady mieszka w Polsce.

„To, co później stało się ze stocznią, tylko potwierdziło nasze prognozy, pani Johnson straciłaby pieniądze”.

Uzdrowicielka

Na początku 1989 r. Barbara spotyka się z profesorem Stanisławem Tołpą, którego nazwisko co najmniej od dwóch lat elektryzuje Polskę. Tołpa – absolwent Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie – od 1945 r. organizuje życie naukowe w powojennym Wrocławiu, jest pierwszym rektorem tutejszej Wyższej Szkoły Rolniczej.

Jeszcze przed wojną promotor zaraził Tołpę pasją badania bagien torfowych i naukowiec poświęcił swoje zawodowe życie próbom udowodnienia, że aktywne substancje zawarte w torfie mają silne właściwości uodparniające, a może nawet antyrakowe.

W latach 70. powstaje Pracownia Biologii i Biochemii Torfu, w której profesor i jego współpracownicy uzyskują brunatną ciecz torfową. Wokół jej niezwykłych właściwości szybko rośnie legenda. Ludzie z ust do ust przekazują sobie opowieści o cudownych uzdrowieniach. Wrocław staje się mekką chorych.

Janina Jaworska, kierowniczka laboratorium Tołpy: „W 1975 r. przyjechała rodzina z chłopcem chorym na ziarnicę. Chłopiec zaczął przyjmować preparat. Żyje do dziś. Mieliśmy wiele podobnych relacji”.

Pacjenci koczują pod laboratorium w kolejce po preparat profesora, a gazety z drugiej połowy lat 80. na różne sposoby odmieniają słowo „nadzieja”: „Gram nadziei”, „Nadzieja rośnie”, „Dawki nadziei”, „Nadzieja bliska spełnienia”.

Do Wrocławia co miesiąc nadchodzi 500 listów z prośbą o preparat dla ciężko chorych. Rekomendacje dla pacjentów ślą: Lech Wałęsa, generał zakonu paulinów, episkopat i wojewoda, który ma w swoim biurku urzędowy wzór druku – „Uprzejmie proszę o przyjęcie na obserwację obywatela …” z własną pieczątką i podpisem.

Profesor ma przeciwko sobie większość środowiska lekarskiego. Onkolodzy biją na alarm przed „średniowieczem i ciemnogrodem”.

Ale kiedy w 1987 r. profesor mówi w Teleexpressie, że nie może już rozdawać preparatu, bo nie jest w stanie sprostać zamówieniom, pod jego gabinetem ustawiają się tłumy zdesperowanych pacjentów, a Janina Jaworska musi wejść do pracy przez okno. Na kolejkową listę wpisuje się kolejne 20 tys. osób.

Żeby ruszyć z masową produkcją, trzeba lek profesjonalnie zbadać i opatentować. Mimo protestów onkologów profesor uzyskuje w końcu poparcie ministerstwa. Badania nad preparatem trwają dwa i pół roku. Jego działanie sprawdza 300 naukowców: immunologów, toksykologów, farmakologów, w różnych ośrodkach na terenie Polski.

Na przykład profesor Wojciech Witkiewicz, współpracownik Tołpy, testuje preparat na 100 osobach z żylakowymi owrzodzeniami podudzi. Piją go i przykładają okłady bezpośrednio na rany. Oczyszczają się one i goją znacznie szybciej niż po zastosowaniu innych dostępnych leków.

Preparat udaje się zarejestrować tymczasowo, ale tylko jako lek wzmacniający odporność. Dla nieugiętego Stanisława Tołpy to dopiero początek drogi.

Więcej torfu

Już po pierwszym spotkaniu z profesorem Barbara jest zauroczona. W liceum uczyła się przyrody z napisanych przez niego podręczników. Odkrycie leku na raka to kolejne przedsięwzięcie na miarę jej ambicji. Może uczynić ją nieśmiertelną.

Zagraniczni eksperci, którzy zdyskredytowali pomysł Piaseckiej-Johnson na inwestowanie w stocznię, teraz mają bardzo dobre zdanie o torfowym biznesie.

Jeden ze współpracowników: „Wpłaciła na zagraniczne konto Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ) dwieście siedemdziesiąt dziewięć tysięcy dolarów, które miały być przeznaczone na wykup polskiego długu zagranicznego. Kupiła złotówki po bardzo korzystnym kursie. Według umowy z szefem FOZZ Grzegorzem Żemkiem otrzymała sześć miliardów czterysta tysięcy ówczesnych złotych (równowartość miliona dolarów). Miała mnóstwo gotówki i zastanawiała się głośno, co z nią zrobić. Wybrała między innymi Tołpę”.

„Wiem, że ośmieszano jego lek jako preparat szamana, a mimo to wspaniały profesor nie poddał się – mówi Barbara gazetom. – Wierzę w profesora, zwłaszcza że jego lek pochodzi z apteki matki natury”.

Janina Jaworska: „Roztaczała wizje sukcesu, mówiła, że cały świat zalejemy preparatem. W profesora wstąpił nowy duch”.

Barbara daje naukowcom pieniądze na dalsze badania. Zakłada spółkę Torf Corporation, dzieląc się udziałami w niej ze swoim bratem Rochem. Za sprzedaż licencji na produkcję preparatu obiecuje Wyższej Szkole Rolniczej 8% wartości jego sprzedaży. Spółka Torf Corporation zobowiązuje się także prowadzić dalsze badania. Profesor zasiada w radzie programowej.

W marcu, w uroczystej asyście kamer, rusza produkcja preparatu torfowego. Na zdjęciach Telewizji Wrocław Barbara i Roch wyglądają na bardzo zadowolonych. Roch Piasecki żartuje: „Rok temu wydawało się, że kupujemy kota w worku”. Barbara karcąco: „Brat bardzo wierzy w preparat”.

Porcja tabletek kosztuje jedną piątą ówczesnej pensji.

Idylla nie trwa długo. Kolejne badania potwierdzające skuteczność preparatu należy dostarczyć do 1992 r.­­Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych nie spieszy się z wydaniem opinii. Tymczasem o preparacie i Tołpie znów wypowiada się telewizja. Tym razem źle.

Doktor Bogdan Szelepin, przyjaciel Barbary, wrocławski chirurg, prezes Torf Corporation: „Profesor Nowacki z Centrum Onkologii powiedział, że nasz preparat nie będzie leczył, a może nawet spowodować rozwój nowotworu. Po tym wystąpieniu sprzedaż preparatu spadła do zera. Torf Corporation zostało uratowane dzięki zamówieniom z Norwegii, która kupowała całą produkcję tabletek”.

Preparat przestaje być badany jako lek przeciw nowotworowi.

Profesor Wojciech Witkiewicz: „Możliwości preparatu nie zostały wykorzystane przez medycynę”.

Gazety piszą, że to wina Barbary, która przecież obiecywała. Współczują profesorowi: „Wyszedł jak Tołpa na torfie”, „Chodziło jej tylko o biznes”. Barbara czuje się zdruzgotana. Profesor umiera, nie doczekawszy się ostatecznej oceny swojej pracy.

Ale to jeszcze nie są wszystkie rozczarowania Barbary.

Zamek na piasku

Sławomir Pietras, dyrektor wielu polskich teatrów operowych (w 1989 r. teatru w Łodzi), odbiera telefon w środku nocy. Z Jasnej Polany dzwoni przyjaciel, Krystian Zimerman. Jest w odwiedzinach u znajomej i prosi o radę.

Sławomir Pietras: „Krystian powiedział, że rozmawia z Barbarą o kupnie zamku, ponieważ Barbara ma pomysł, by ratować polskie zabytki. Do wyboru ma dwie ruiny. Jedną w Karkonoszach, drugą pod Częstochową. Nie wiedziałem, o co chodzi. Ponieważ wychowałem się blisko Częstochowy, powiedziałem, że może kupić tamtejszy zamek i poszedłem spać”.

Niedługo potem Sławomir Pietras dowiaduje się z gazety, że w ramach wspierania polskiego dziedzictwa narodowego obywatelka amerykańska Barbara Piasecka-Johnson wystąpiła do Konsulatu Generalnego PRL z ofertą kupna XVII-wiecznego, otoczonego parkiem pałacu w Pilicy. Zupełnie zrujnowanego. Wcześniej wojewoda katowicki bezskutecznie próbował znaleźć na niego nabywcę.

Barbara spotyka się z wicewojewodą, wojewódzkim konserwatorem zabytków oraz ministrem spraw wewnętrznych Czesławem Kiszczakiem, który osobiście wydaje zgodę na kupno zabytku przez obcokrajowca.

Do kasy gminy spływają pieniądze, a Barbara oświadcza publicznie, że za trzy lata chce mieć w pałacu swoją rezydencję wraz z udostępnioną do zwiedzania galerią malarstwa.

Zaczyna się kosztowny remont. Do Pilicy przyjeżdżają polscy konserwatorzy z Jasnej Polany, żeby odtworzyć kasetonowe sklepienie, oraz specjaliści od leczenia starych drzew. Zaangażowanych jest 200 osób. Koszty remontu przekraczają właśnie trzeci milion dolarów, kiedy Barbara otrzymuje pozew sądowy.

Oto dzień przed podpisaniem aktu notarialnego wojewoda katowicki otrzymuje telegram od mężczyzny podającego się za spadkobiercę pałacu. Jan Przyłuski informuje, iż nie zgadza się na sprzedaż obiektu. Ponieważ wojewoda nie rea­guje, grupa spadkobierców zaczyna dochodzić swoich praw w sądzie.

Spadkobiercy są przekonani, że 45 lat wcześniej państwo bezprawnie przejęło majątek, ponieważ pałacu nie powinna obejmować reforma rolna. Oprócz tego zgody na sprzedaż zabytkowego obiektu nie wydał minister kultury, tylko minister spraw wewnętrznych. Spadkobiercy stoją więc na stanowisku, że sprzedaż jest nielegalna. W oczekiwaniu na zakończenie sporu Barbara wstrzymuje remont. Już nigdy go nie podejmie. Zamek do dziś niszczeje.

Nienależne miliony

W Wigilię 1990 r. rząd Tadeusza Mazowieckiego decyduje, że Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego będzie zlikwidowany. Odkryto nieprawidłowości, sprawa FOZZ urasta do rangi największej afery nowej Rzeczypospolitej. Okazuje się, że przez konta Funduszu przepłynęły 132 mld złotych i 120 mln dolarów. Teraz jego likwidatorzy szukają na gwałt pieniędzy, które trafiłyby z powrotem do skarbu państwa.

Likwidatorzy oznajmiają, że umowa, jaką jedna z firm kontrolowanych przez Barbarę zawarła z Grzegorzem Żemkiem, jest nieprawna. Barbara, mimo że była jej właścicielką, nie należała do władz firmy. Formalnie nie miała prawa zawierać transakcji.

Likwidator występuje na drogę sądową i chce zabezpieczenia majątku Barbary w Polsce. Barbara prosi o pomoc mecenasa Wiesława Johanna, który w rozmowach z dziennikarzami wyraża oburzenie, że władze Polski traktują Piasecką-Johnson jak małego kanciarza, podczas gdy wydała ona tutaj o wiele więcej niż gotówka będąca wynikiem transakcji z FOZZ.

Prawnicy Barbary rozdają dziennikarzom listę dotacji, stypendiów i wpłat, które zrealizowała jej fundacja. Dokument liczy 46 stron.

„Być może chciała pomóc, ale prawdą jest, że otrzymała ogromne pieniądze. Mówiło się, że zainwestuje je w Polsce, ale w umowie nie było takiej klauzuli” – mówi jeden z urzędników Funduszu w likwidacji.

Po kolejnej interwencji likwidatora FOZZ Sąd Wojewódzki w Warszawie wydaje postanowienie o zabezpieczeniu powództwa na hipotece pałacu w Pilicy.

Barbara postanawia wymóc od skarbu państwa zwrot nakładów poniesionych na remont. Gazety natychmiast komentują, że lubi bawić się w dobroczynność, pod warunkiem że za cudze pieniądze.

Gdzie jest Zabrze?

W 1991 r. profesor Zbigniew Religa, kardiolog i szef podejmującego nowatorskie zadania Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu, zwierza się dziennikarzom, że szpitalowi brakuje nawet nici chirurgicznych i centrum może przestać działać.

Ale to nie niedobór nici chirurgicznych jest prawdziwą bolączką kardiologa rewolucjonisty, tylko brak funduszów na badania i prace nad sztucznym sercem. Do tego potrzebna jest fundacja – poza strukturą Akademii Medycznej, poza kliniką, precyzyjnie skierowana na cel.

Pod koniec 1991 r. siedemnaścioro współpracowników profesora, w tym lekarze: Marian Zembala, Romuald Cichoń, Marek Krzyśków, oraz Ingeborg Kutscha, dyrektor zabrzańskiego oddziału banku PBK, zakładają Fundację Rozwoju Kardiochirurgii. Jej celem są badania naukowe nad sztucznym sercem i biologiczną zastawką serca, stypendia i staże naukowe dla młodych osób związanych z kardiochirurgią, wreszcie produkcja biologicznych zastawek, a w przyszłości także sztucznego serca. Promowanie tych produktów w kraju i za granicą. Darowizny na rzecz Fundacji można sobie odliczać od podatku. Prezes Rady Fundacji: Zbigniew Religa. Szef zarządu: Jan Sarna.

Na kolejnym spotkaniu założycieli Religa wpada na pomysł, żeby co roku najważniejszym darczyńcom wręczać Oscary Serca i organizować dobroczynne koncerty na rzecz Fundacji. Chce, by na początek zaśpiewał Pavarotti, czym wywołuje panikę w zespole, bo nikt nie ma pojęcia, jak zwabić mistrza do Zabrza.

Wtedy odzywa się współpracownik Religi, młody chirurg Romuald Cichoń. Przypomina sobie wizytę w Jasnej Polanie. Było to pięć lat wcześniej, kiedy dzięki Relidze pojechał na staż do szpitala w Browns Mills w New Jersey. Barbara Piasecka sponsorowała szpital i młodych polskich naukowców. Z uwagą słuchała o szalonych chirurgach z Zabrza, niektórych zapraszała do rezydencji, w tym także Cichonia (z wrażenia nie wyhamował na podjeździe i wjechał autem do fontanny przed pałacem). Gospodyni była ciepła i wesoła, a na kominku stały jej zdjęcia w objęciach słynnych ludzi.

Tak więc Cichoń zamawia połączenie z Princeton, przedziera się przez sekretariat i prosi Barbarę:

„Czy zna pani Pavarottiego?”.

Barbara nie zna, ale przyjaźni się z rodziną Domingów. Natychmiast zgadza się pomóc. Przeszczep serca to też projekt na miarę jej ambicji.

Telefonuje do Wiednia do słynnego śpiewaka, żeby opowiedzieć o najwybitniejszym chirurgu, jakiego mógłby sobie wyobrazić.

Domingo chce śpiewać w Warszawie, ponieważ nie wie, gdzie jest Zabrze. Barbara tłumaczy, że Zabrze jest obecnie ważniejsze niż Warszawa.

O koncercie mówi cała Polska.

Sprzedano 2 tys. biletów, a ci, którzy odchodzą z kwitkiem oraz mający wątlejsze portfele, mogą oglądać koncert na telebimie przed Domem Muzyki i Tańca w Zabrzu.

Kiedy Domingo kończy występ, Religa prosi na scenę Barbarę i wręcza jej nagrodę – Oscara Serca – w podzięce za dobroczynność. W tym dniu Barbara zyskuje ogólnopolską rozpoznawalność i sympatię milionów. Ma nadzieję na ocieplenie relacji z Polską.

Ale kiedy zapraszają ją do popularnego telewizyjnego programu 100 pytań do…, w którym dziennikarze zadają pytania ważnym osobom życia publicznego, okazuje się, że Polsce nie o to chodzi. Jeden z dziennikarzy pyta z wyrzutem, dlaczego nie Carreras albo Pavarotti? Dlaczego nie udało się ściągnąć wszystkich trzech tenorów?

Barbara nie godzi się na emitowanie odcinka.

Epilog

Barbara Piasecka-Johnson wyniosła się z Ameryki w połowie lat 90. Mieszkała w Monte Carlo i w Asyżu. Negocjowała z polskimi władzami przekazanie części swojej kolekcji do kilku muzeów, ale wszystkie rozmowy zostały zerwane. Ci, którzy mieli do czynienia z Barbarą, uważają, że była chimeryczna i nieskłonna do negocjacji.

Do Polski przeprowadziła się dopiero rok przed śmiercią. Zmarła ­1 kwietnia 2013 r. w Sobótce na Dolnym Śląsku. Rok wcześniej „Forbes” umieścił ją na 120. miejscu najbogatszych osób na świecie. Podobno cały swój majątek przekazała zarządzanej przez bratanków fundacji.

Dziesięć lat wcześniej udzieliła jedynego wywiadu, w którym odniosła się do swoich doświadczeń z dobroczynnością. Powiedziała:

„Wiele stypendiów przyznałam nieodpowiednim osobom, które zmarnowały moją pomoc, nie doceniły jej. Przepadło dziewięćdziesiąt procent stypendiów, a wielu stypendystów nie widziałam na oczy. Smutne i przykre. Nie oczekuję niczyjej wdzięczności, ale uważam, że człowiekowi, który tyle robi dla drugiego, należy się chociaż szacunek ze strony obdarowanego. A tu? Nadzieje pokładane w młodych talentach też przeważnie się nie spełniały. Powinnam bardziej się zastanowić, komu daję pieniądze. Inwestycje mojego dobrego serca zostały zmarnowane, nie przeze mnie, ja chciałam dobrze. Dlatego obraliśmy jeden cel: leczenie autyzmu. To najlepszy wybór”.

Dzięki Fundacji Barbary Piaseckiej-Johnson zaczął działać m.in. Instytut Wspomagania Rozwoju Dziecka. W 2014 r. na pomoc osobom dotkniętym autyzmem i inne cele statutowe Fundacja przekazała około 800 tys. zł.

 

Książka Ewy Winnickiej Milionerka. Zagadka Barbary Piaseckiej-Johnson ukazała się niedawno nakładem wydawnictwa Znak.


Barbara Piasecka-Johnson:

Córka Pelagii i Wojciecha, przychodzi na świat w 1937 r. w Staniewiczach (obecnie Białoruś), a po wojnie razem z rodzicami i trzema starszymi braćmi osiada we Wrocławiu. Ojciec, rolnik, dostaje pracę w Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacji i bywa, że rodzinie brakuje na jedzenie. Barbara zdaje maturę i po dwóch latach przerwy zaczyna studiować polonistykę, rolnictwo, a w końcu przenosi się na historię sztuki. Na zaproszenie starszych znajomych z Londynu wyjeżdża z Polski, tłumacząc władzom, że przez dwa miesiące chce szlifować język. Trafia do Nowego Jorku, a potem do New Jersey jako pokojówka w bogatym domu WASP-ów. Dwa lata później, w 1971 r., zostaje żoną pana domu, Sewarda Johnsona, spadkobiercy gigantycznego koncernu farmaceutyczno-kosmetycznego Johnson & Johnson. Pan młody ma 76 lat, dwie byłe żony i sześcioro dzieci. Prócz oczywistych zmian idących w ślad za wzrostem statusu materialnego (rolls-royce, jeden z najkosztowniejszych prywatnych domów w USA, wyspa na Bahamach) na Barbarze zaczynają ciążyć obowiązki.
 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!