Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Poradnia F
Marcin Fabjański

Świadomy jak jeleń

Świadomy jak jeleń

Codzienne udręki – dojeżdżanie, zarabianie, oglądanie telewizji, płodzenie, nasłuchiwanie, co kto o mnie powiedział – są raczej płytkie, do przejścia na automatycznym pilocie. Stąd ich niebezpieczeństwo.

1

Pierwsze stado prowadzi samica. Doświadczona, urodziła już kiedyś cielaka. Czujna. Jej duże, ruchome uszy wychwytują każdy podejrzany szmer w lesie pokrywającym dolinę rzeki Simbrivio. Łanie trzymają się blisko siebie, za to byk idzie nieco z tyłu. Najważniejsze to nie pozwolić, żeby inny jeleń przejął jego stado. Właśnie stoczył walkę z młodym samcem, który miał na to ochotę. Wygrał, więc teraz ryczy.

Drugie stado nasłuchuje tego ryku w ciszy, zbite w grupę. Samice i samce trzymają się blisko siebie, pewnie dlatego, że nocny październikowy wiatr na wysokości 1450 m bywa zimny. Mają nieruchome małżowiny uszne i niewyćwiczony słuch. Tkwią tu już prawie trzy godziny i trudno im koncentrować uwagę na nasłuchiwaniu. Prawie wszystkie wyciągnęły z kurtek smartfony i rozmawiają ze znajomymi za pomocą pewnej popularnej we Włoszech aplikacji.
Jestem w drugim stadzie. Z pracownikami Parco Naturale dei Monti Simbruini i wolontariuszami próbujemy policzyć, ile jeleni żyje na terenie najbliższego Rzymowi kawałka dzikiego terenu, wyławiając ich ryczenie z ciszy doliny. Drżę z zimna mimo polaru, który pożyczył mi samiec alfa mojego stada – dyrektor parku Paolo Gramiccia. I nie mogę opędzić się od pytania: Jak wyglądałoby moje życie, gdybym był członkiem pierwszego, a nie drugiego stada?

Skończymy dokładnie o 23.00. Każdy osobnik zje po korzennym ciasteczku, popije herbatą i pojedzie do domu z raportem o tym, ile razy ryczały jelenie w dolinie, o której godzinie i w jakiej odległości od punktu, gdzie nasze stado się zbiło, na schodach prowadzących do sanktuarium Świętej Trójcy. Wyniki nasłuchu tej i 10 innych grup przemieli i wypluje software liczący jelenie. Nie będzie niespodzianek – okaże się, że w Parco żyje ich prawie 200.

2

Następnego dnia wrócimy do codziennych udręk: doglądania swoich młodych i rodziców, gotowania, płodzenia, zarabiania, dojeżdżania, oglądania telewizji, łykania leków, nasłuchiwania już nie natury, ale tego, co kto o nas powiedział. To nie są wielkie udręki, raczej płytkie, pełzające, do przejścia na automatycznym pilocie. Stąd ich największe niebezpieczeństwo. Uwikłani w ich dramaturgię osobnicy z drugiego stada będą ignorować rytm dnia i nocy, zmęczenie, niepokój, długotrwałe przygnębienie, starzenie się swoich ciał. Wielu umrze na zawał, zanim karetka dowiezie ich do najbliższych szpitali. Być może tuż przed śmiercią uświadomią sobie, jak absurdalnie mechaniczne było ich życie. Że nie umieli zadbać o to, co ważne: przyjaźń, wyrażanie uczuć, czas dla siebie.

Byk, którego ryk słyszeli, umrze inaczej. Na starość będzie przewodził coraz mniejszym stadom, w końcu zacznie żyć samotnie. Nie ma dobrze rozwiniętej kory czołowej – nie będzie rozpamiętywał czasów, gdy jego nawoływania słuchała cała dolina. Pewnego dnia położy się pod drzewem. Umrze bez żalu, bo nigdy nie miał wyboru.

Stara, jeszcze sokratejska prawda mówi, że człowiek ma wybór tylko jeden: pomiędzy życiem świadomym a mechanicznym. Wszystkie inne nie są szczególnie ważne, choć człowiekowi wydaje się czasem, że zależą od nich losy wszechświata, a przynajmniej jego wszechświata. Wybór zawodu np. może decydować o zarobkach, komforcie życia, sumie fizycznych przyjemności i udręk. Może zaprowadzić do zaszczytów albo do więzienia. Ale z pewnej filozoficznej perspektywy wszystkie te konsekwencje nie mają wielkiego znaczenia. Ma je natomiast sposób myślenia o tym, co nas spotyka. „Tym, co trwoży ludzi, nie jest to, co im się przydarza, ale znaczenie, jakie temu przypisują” – pisze stoicki filozof Epiktet.

ilustracja: Mieczysław Wasilewski
ilustracja: Mieczysław Wasilewski

Człowiek ma dopiero rozkwitnąć, zgadzają się ze sobą właściwie wszyscy antyczni filozofowie – od Platona po Buddę. Aby to się stało, musi podjąć indywidualny wysiłek przekształcenia własnej świadomości z takiej, która traktuje świat jako środek do zaspokajania celów, na świadomość bezstronną, dla której świat to po prostu świat. Tę pierwszą świadomość, codzienną, możemy nazwać włączonym self – jest prawie zawsze podszyta lękiem, samoudręką, porównywaniem się z innymi. Nie może być inna, bo zaspokojenia, których szuka, są tylko chwilowe. To dla nich sięgamy po smartfony, gdy musimy zbyt długo milczeć w naszym ludzkim stadzie.

3

Nie mamy sierści jak jelenie. Jesteśmy przykryci grubymi warstwami ubrań, które wydają nam się nasze, ale takie nie są. Bielizna, podkoszulek, spodnie, kurtka należą do nas tylko dzięki umowie społecznej. Zamieniliśmy na nie kawałki papierów albo ciągi cyfr zapisanych na plastikowych kartach, posiadamy je dzięki konwencji, w umowny sposób. Inaczej niż jeleń stoję w pożyczonej skórze, którą będę musiał oddać i nie dotyczy to tylko polaru. Epiktet mówił, że nie mamy nic. Kiedy sobie to uświadomimy, zyskamy wolność, bo nic nie będziemy mogli stracić. Poucza: „Nigdy o żadnej rzeczy nie mów: »Straciłem«, ale »Oddałem«”. Jest radykalny. Dla niego pożyczone jest nawet ciało. Przyjdzie czas, że trzeba je będzie oddać właścicielowi, którym jest wszechświat. Żeby to zrobić bez popadania w grecką tragedię, bezgłośnie i bezboleśnie jak stary jeleń, trzeba najpierw nauczyć się wyłączyć self.

Tak jak stoicy, Budda i Laozi, myślę, że człowiek może w pełni rozkwitnąć tylko przez ćwiczenie się we współistnieniu z resztą procesu życia. Nie przez fortyfikowanie silnego ego, które się życiu oprze. Dlaczego żyjemy, jakbyśmy z tego procesu zostali wyjęci? Dlaczego po krajobrazie życia jeździmy tylko koleinami tych samych co zawsze emocji, percepcji i myśli i nie chcemy poza nie wyjrzeć?

4

Kilkanaście kilometrów od Vallepietry, w VI w., człowiek znany później jako Święty Benedykt – na freskach mężczyzna o dużej, łysej głowie, napiętej czasem aż tak, że wychodzą żyły, stanowczym spojrzeniu i długiej, siwej brodzie – przesiedział trzy lata w jaskini, a potem założył swój klasztor. To w Parco Naturale dei Monti Simbruini narodziła się pierwsza uniwersalna reguła zachodniego monastycyzmu, nagle, z doświadczenia 1000 dni w samotności jednego człowieka. Święty Benedykt porzucił dramaturgię doglądania swoich młodych i rodziców, płodzenia, zarabiania, gotowania (jedzenie w koszyku na sznurku spuszczał mu ze skalnej półki nad jaskinią miejscowy chłop). Uczył się tutaj dramaturgii ryku jelenia, wilgoci wsiąkającej w ciało, szumu deszczu, własnego oddechu. Dostrzegł w niej Boga, a być może wyraził ją tylko za pomocą słów takich jak Bóg, bo był z nimi oswojony. Jego reguła – ora et labora (módl się i pracuj) – bez wątpienia szuka szczęścia w wyłączeniu self.

Ale już w wykutym w wielkiej skale sanktuarium Świętej Trójcy, kilkaset metrów od miejsca, gdzie liczyliśmy jelenie, oglądam wizerunek Boga, Jego Syna i Ducha Świętego z XII w., w postaci fresku, który przedstawia trzech identycznych, przystojnych młodzieńców. Podobno jedyny taki na świecie. Kiedyś ta jaskinia była prawdopodobnie miejscem kultu bogini wody. W swojej katolickiej odsłonie stała się domem Boga-człowieka w trójcy jednakowych ciał, wyrwanego z natury, obecnego tutaj, ale zadomowionego w zaświatach. Czy to razem z przeniesieniem tego, co najważniejsze, do zaświatów oddaliliśmy się od natury i zagnieździliśmy w konwencjach i umowach, w słowach i freskach?

5

Będę z Wami rozmawiać, czytelnicy „Przekroju”. Robię to teraz, pisząc te słowa z baru „Il Bandito” w Vallepietrze, między notatkami popatrując na westerny, które lecą na kanale Rai 3 i być może usprawiedliwiają nazwę tego miejsca. Zgadzam się na ryzyko, które ponosi każdy filozof, gdy chce powiedzieć coś od siebie, a nie tylko mleć sentencje dawnych mędrców: że uznacie mnie za świra. Ale na świecie jest już dość treści wygenerowanych z innych treści, słów będących popłuczynami innych słów.

Ja chcę z Wami rozmawiać o dostrojeniu do procesu życia, które praktykuję sam i we wspólnocie dociekań – szkole filozofii, którą założyłem i która wkrótce będzie miała siedzibę w parku Monti Simbruini. Pokazać, że możliwe jest podanie w wątpliwość self jako naszej tożsamości przez studiowanie i ćwiczenie się we współzależności i współistnieniu z resztą procesu życia. I że da się wyjść poza koleiny poznawcze codziennej świadomości. Że można sprowokować stan bycia w świecie, gdy odgłos spadającego deszczu całkowicie zaspokaja ludzką potrzebę dramaturgii.

Data publikacji: