Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści

Spotkać się z życiem
część III

Spotkać się z życiem

Julia Fiedorczuk: Czytałam gdzieś ostatnio, że zen jest nauką umierania. Zgodziłabyś się z takim stwierdzeniem?

Aleksandra Porter: To tylko część prawdy. Zen jest przede wszystkim nauką życia. Ale śmierć jest częścią życia – jakkolwiek paradoksalnie by to brzmiało. Zatem, tak, zen jest także nauką śmierci, sposobem na oswojenie się ze śmiercią.

Co właściwie znaczy słowo zen? Ludzie mają dużo błędnych koncepcji na ten temat.

To prawda, jest dużo nieporozumień. Zen w dosłownym tłumaczeniu to po prostu medytacja, czyli świadomość tego oto momentu, świadomość tego, co robisz w danej chwili, co dzieje się w twoim umyśle. Tylko w niewielkim stopniu możemy wpłynąć na wydarzenia zewnętrzne, możemy jednak nauczyć się prawidłowo reagować na to, co przynosi życie. Praktyka zen uczy przekraczania swoich słabości i ograniczeń, pomaga w pokonaniu uwarunkowań, w rozbrojeniu nawyków, czyli „programów” kontrolujących nasze zachowanie. Te programy uruchamiają się przede wszystkim w sytuacjach podszytych silnymi emocjami, zwłaszcza lękiem. Wyzwolenie się z pęt nawykowego reagowania pomaga poradzić sobie w trudnych sytuacjach, także wtedy, gdy zagrożone jest nasze życie, gdy stajemy twarzą w twarz ze śmiercią.

Dlaczego tak bardzo boimy się śmierci? Wydaje się, że lęk przed śmiercią leży u podstaw wielu innych lęków, także tych, które na pierwszy rzut oka dotyczą czego innego.

Tak, lęk przed śmiercią istotnie jest fundamentalny. Jest to lęk przed czymś, czego nie znamy i nie rozumiemy, czego nie możemy sobie nawet wyobrazić – z natury rzeczy. Tak naprawdę nikt nie wie, czym jest śmierć, jak przebiega to doświadczenie, jak będzie przebiegało w jakimś konkretnym przypadku, co dalej – nic nie jest bardziej niepoznane. Jedyna pewność jest taka, że umrzemy (śmiech). Ego boi się końca, pustki, zniknięcia. Oczywiście, istnieje mnóstwo teorii. Ludzie lubią mieć pogląd na każdą sprawę, bo posiadanie poglądu trochę nas uspokaja. Ale trudno mieć pogląd w sprawie własnej śmierci.

Jakie jest buddyjskie spojrzenie na śmierć?

W buddyjskiej kosmologii uważa się, że zachodzi pewna ciągłość istnienia. Ciało umiera, ego rozprasza się, ale coś zostaje. Różnie się to określa: energia, umysł. Więc śmierć zarazem jest i nie jest końcem. Jest końcem „ja” i wszystkiego, co się z nim wiąże – naszej sytuacji, naszej pozycji w świecie. Mimo to można mówić o kontynuacji życia. Forma tej kontynuacji jest wynikiem naszych działań. Buddyzm mówi o prawie przyczyny i skutku. Wszystko z czegoś wynika, jest w jakiś sposób uwarunkowane. Prawo przyczyny i skutku określa się jako karmę.

Czy to prawo działa przez cały czas?

W każdym momencie coś umiera, coś się rodzi. Prawo przyczyny i skutku można łatwo zaobserwować we własnym życiu. Jeśli jeden moment jest jasny, to istnieje szansa, że następny też będzie jasny. Jeśli jesteśmy zagubieni, pomieszani, rozemocjonowani, to najprawdopodobniej spowodujemy jeszcze więcej zamieszania. Pomyśl, co się dzieje, kiedy podejmujemy działanie pod wpływem bardzo wzburzonych egocentrycznych emocji, takich jak złość czy poczucie krzywdy. Rezultat rzadko kiedy jest jasny.

Lęk przed śmiercią to także lek przed utratą, przed przemijaniem, przed cierpieniem, chorobą, starością.

Wszystko mija, nic nie jest trwałe. To przecież nie jest jakiś buddyjski pomysł, tylko oczywistość. Z dnia na dzień może tego nie widzimy, ale już na przestrzeni lat staje się ewidentne, że także i my przemijamy. Zmienia się ciało, zmienia się sposób myślenia. Budda zachęcał do przyglądania się trzem cechom egzystencji. Pierwszą z nich jest właśnie nietrwałość. Zachęcał, żeby świadomie kontemplować nietrwałość. Ktoś mógłby powiedzieć, że to pesymistyczne podejście. Ale to nie jest ani pesymistyczne, ani optymistyczne, tylko pragmatyczne. Rzeczy mają się tak, a nie inaczej. Przemijanie jest faktem. Wszystko tracimy. Kontemplowanie tego, refleksja nad nietrwałością ma korzystny skutek: dogłębnie doświadczając nietrwałości, zaczynamy naprawdę doceniać życie – nawet w trudnych sytuacjach. Zdarza się, że ludzie ciężko chorzy stają się bardzo radośni – czują, że każdy moment jest bezcennym skarbem, który warto w pełni przeżyć. Nietrwałość sama w sobie nie powoduje cierpienia. Cierpienie wynika z nadmiernego lgnięcia do jakiegoś określonego stanu rzeczy. Dwie kolejne cechy egzystencji, o których mówił Budda, to dukkha, czyli brak satysfakcji (czasem tłumaczy się to słowo jako „cierpienie” wpisane w egzystencję) i nie-ja. To ostatnie jest nieco bardziej skomplikowane. Chodzi o to, że nic nie ma swojej niezależnej, autonomicznej natury. Nic nie istnieje w oddzieleniu od innych rzeczy, a jednak wszystko zachowuje własną tożsamość. Mistrz zen Man Gong mówił: „Ty i ja nie jesteśmy jednym, ale nie jesteśmy dwoma”. Trudno to zrozumieć, dopóki się tego samemu nie doświadczy. Z jednej strony jesteśmy połączeni ze wszystkim, co istnieje, ale z drugiej strony nie jesteśmy przecież jednolitą masą. Podobno nie ma dwóch identycznych ziarenek piasku, nie ma też dwojga takich samych ludzi.

Kontemplowanie trzech wyżej wymienionych cech egzystencji przynosi spokój, zgodę na życie – we wszystkich jego aspektach – a zatem także zgodę na śmierć. Medytacja to jest właśnie czas kontemplacji. Medytujemy, żeby zostawić na moment wir codziennego życia, nasz zwyczajny pośpiech. Oczywiście sprawy codziennego życia są ważne, ale czasem bywamy tak zajęci, że nie zostawiamy sobie miejsca i energii na wielkie, fundamentalne pytania na temat życia i śmierci. To powoduje brak równowagi i sprawia, że lęk staje się coraz większy. Te naprawdę ważne sprawy nie znikną od tego, że zepchniemy je na drugi plan, w nieświadomość. Wręcz przeciwnie, im bardziej odsuwamy od siebie rzeczy, których się boimy, tym bardziej one intensywnieją, tym większą mają nad nami władzę.

Thích Nhất Hạnh pokazuje trzecią z cech egzystencji, o których mówisz, za pomocą metafory. Przypomina, że wszyscy byliśmy kiedyś połączeni pępowiną z organizmem matki – to ona oddychała i jadła za nas. Proponuje, żebyśmy spróbowali wyobrazić sobie pępowiny łączące nas ze światem – z powietrzem, bez którego umieramy w ciągu sekund, z wodą, bez której umieramy w ciągu dni, z lasem produkującym tlen, ze Słońcem, ogrzewającym Ziemię, dzięki czemu może na niej istnieć życie, i tak dalej. To poetycki obraz, ale pomagający spojrzeć na śmierć w nieco inny sposób, z mniejszym lękiem.

Jasne, można wyobrażać to sobie w ten sposób. Ale najważniejsze to złapać prawdziwy kontakt z własnym doświadczeniem, z samym sobą. Mnóstwo czasu i energii poświęcamy na organizowanie otoczenia zewnętrznego tak, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo. Budujemy ogrodzenia, stawiamy mury. Ale żadne zewnętrzne czynniki ostatecznie nas nie ochronią. Nie ma się na czym oprzeć, można polegać tylko na sobie.

Czym jest poleganie na sobie, na czym polega wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa?

To spokój i pewien rodzaj siły. Z pewnością można tę siłę wypracować na różne sposoby. Ja znam akurat ten sposób, czyli zen. Siła polega na tym, że niezależnie od okoliczności udaje się zachować względną równowagę. Lęk jest oczywiście częścią życia, tak samo jak radość czy smutek. Nie pozbędziemy się go, ale możemy nad nim zapanować tak, żeby nie decydował za nas. W naszej tradycji używa się czasem określenia „mocne centrum”. W niebezpiecznej, trudnej, stresującej sytuacji często trzeba reagować bardzo szybko, żeby zachować się właściwie, zrobić właściwą rzecz. Mocne centrum bardzo w tym pomaga. Ale poza tym stabilność daje głębokie poczucie komfortu. Jest właśnie tą rzeczą, na której można się oprzeć. W medytacji w ogóle nie chodzi o jakieś wyjątkowe stany umysłu (to jedno z popularnych nieporozumień), ale o stabilność pozwalającą trzeźwo spojrzeć na rzeczywistość. Umiejętność przytomnego spojrzenia na sytuację jest bezcenna. Nie wiem, czy żyjemy w wyjątkowo niespokojnych czasach, czy chodzi tylko o to, że dociera do nas więcej informacji, ale poziom lęku w ludziach jest bardzo duży, co przekłada się na zupełnie nieadekwatne reagowanie w kryzysowych sytuacjach – nawet przy dobrej woli.

ilustr. Karyna Piwowarska
ilustr. Karyna Piwowarska

Co byś powiedziała komuś, kto bardzo boi się starości?

Jest taka myśl konfucjańska: „Jeśli trenowałeś swój umysł w sensie niestawiania oporu, sprzeciwu na to, co przynosi życie, przeciwnie próbowałeś otwierać się na to, wtedy po pięćdziesiątce życie będzie cię wspierać i potraktuje łagodniej. Odwrotnie, jeśli byłeś zamknięty i usiłowałeś uciec przed trudnościami, to po pięćdziesiątce będziesz coraz bardziej żałosny, a nawet stuknięty”. A więc można starzeć się na różne sposoby. Jasne, przemiana fizyczna jest nieprzyjemna. Zwłaszcza w przypadku bardzo atrakcyjnych ludzi utrata urody jest bardzo bolesna. Ludzie tracą mnóstwo energii na podtrzymanie młodości, ale przecież nie da się tego robić w nieskończoność. Lepiej wzmocnić się i budować nad wewnętrznym pięknem, nad mądrością. Tymi rzeczami można się podzielić. Starość to doskonały czas na praktykę. Otwiera się nowa przestrzeń wolności. Słabną emocje, nie trzeba skupiać się bez przerwy na swojej atrakcyjności, często odpadają stresy związane z ambicjami. Rozwijanie mądrości, siły to mocne strony starości. Wszystko powstaje, rozwija się, ma swój okres świetności, ale potem upada i rozpada się (nie tylko ludzie i inne żywe organizmy, ale też miasta i cywilizacje). Jeśli przyjmiemy tę prawdę bez oporu, docenimy piękno rzeczy takimi, jakie są. 

Na Wschodzie jest takie podejście: w chwili narodzin ludzie się cieszą, choć powinni się martwić, bo przecież narodziny oznaczają nieuchronną śmierć. W chwili śmierci – płaczą, a powinni się cieszyć: przecież śmierć oznacza narodziny.

Czy praktyka zen może pomóc w przeżywaniu tych ostatecznych spraw komuś, kto nie wierzy w buddyjską kosmologię?

Żaden światopogląd, żaden rodzaj wiary nie jest potrzebny do tego, żeby praktykować zen. Ta praktyka nie ma nic wspólnego z dogmatami. Owszem, pomaga uporać się z fundamentalnymi pytaniami. Mówię tu o praktyce zen w odróżnieniu od praktyki medytacji dla relaksu, gdzie chodzi tylko o to, żeby lepiej się poczuć. Zen to ciężka praca, praca z umysłem, praca przekraczania swoich nawyków, jak to powiedziałyśmy na początku. W końcu ma to prowadzić do odsłonięcia naszej ludzkiej natury, do pełnej realizacji naszego człowieczeństwa. Tylko kiedy rozumiemy, co się z nami dzieje, jakie są nasze przeszkody i słabości, jak bardzo jesteśmy niezrównoważeni, jaki wielki wpływ ma na nas nasz wewnętrzny niepokój, jak wielu rzeczy się chwytamy i nie potrafimy puścić, jak wiele rzeczy z kolei odpychamy – tylko wtedy zobaczymy życie takim, jakie jest. Praktyka medytacji pozwala uwolnić się od łańcuchów nawykowego myślenia czy reagowania, inaczej spojrzeć na rzeczywistość, a zatem także na śmierć.

Czy możemy powiedzieć, że zen nie tyle prowadzi do wolności od cierpienia i śmierci, ile pozwala nam otworzyć się na te rzeczy?

Dokładnie tak – cierpienie staje się częścią naszego doświadczenia, nie osłabia nas, a wzmacnia. Mocne centrum można rozumieć jako ugruntowanie w sobie, wiarę w siebie. rozwinięcie umysłu, który nie jest rozchwiany, dzięki czemu nawet jeśli coś w nas uderzy, szybko wracamy „do pionu”.

Ale mocne centrum nie oznacza utraty emocji? Mówi się też o tym, że praktyka zen buduje współczucie.

Nie, praktyka zen nie oznacza utraty emocji. Jednak stają się one mniej egocentryczne. Co do współczucia – utożsamianie go z emocjonalnością jest błędem. Większość ludzi uważa, że współczucie to współodczuwanie. To nie do końca jest prawdą. Załóżmy, że ktoś jest głodny. Czy współczucie miałoby polegać na tym, że ty też będziesz głodna? Nie całkiem. Mistrz Seung Sahn mawiał, że współczucie jest funkcją mądrości. Nie trzeba mylić współczucia z jakimś rozczuleniem. Kiedy się rozczulamy, to przeważnie jest w tym dużo skupienia na samym sobie, dużo egocentryzmu.

Przypomina mi się dziarska niechęć Nietzschego w stosunku do wszelkiej maści „litośników”.

Ludzie lubią się litować, ale kiedy naprawdę jest coś do zrobienia, odwracają głowę. Praktyka zen uwrażliwia. Otwiera umysł i serce, nie prowadzi do skamienienia. Ale jednocześnie daje nam coś w rodzaju tarczy ochronnej, dzięki której udaje się nie stracić gruntu pod nogami, kiedy dzieje się coś złego.

Co to za tarcza?

„Jak mogę ci pomóc?” – kiedy taki stan umysłu staje się prawdziwie uwewnętrzniony, kiedy to już nie jest tylko piękny slogan, a rzeczywisty, spontaniczny, niemal nieświadomy kierunek działania, wtedy otrzymujemy ogromną siłę. Tak rozumiane współczucie jest najpotężniejszą bronią – i sednem praktyki zen. To wymaga nauki. Nie tylko siedzenia na poduszce, ale ciągłej pracy, obserwowania siebie, korygowania swoich reakcji, zauważania swoich emocji, odważnego spotkania z prawdą. Wszystko, czego doświadczamy, daje się ostatecznie przekuć w tę broń – nawet i rozczulenie, i strach. Dopiero wtedy można naprawdę pomóc światu. Wtedy nie ma już litowania się, jest tylko pogodny, spokojny, naturalny flow, robienie właściwej rzeczy we właściwym czasie.

Jak oceniasz, ile trzeba czasu, żeby zbudować jakiś rodzaj mądrości i siły w praktyce zen?

Mówi się, że 10 lat. Taki pogląd obowiązuje na Wschodzie, ale może nie tylko. Podobno dobre opanowanie gry na instrumencie również wymaga mniej więcej 10 lat pracy. Oczywiście pod warunkiem, że robi się to rzetelnie, wytrwale i regularnie, czyli zasadniczo – codziennie. Trzeba przejść przez trudne okresy, przez etapy zastoju, kiedy wydaje się, że nic się nie dzieje, nic się nie zmienia – trzeba wytrwać. Tak naprawdę nigdy nie stoi się w miejscu, bo życie jest drogą. Praktyka zen pomaga to zobaczyć. 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!